Humor i satyra. Tu nie ma tematów tabu ani świętych krów. Przełamujmy zmowę milczenia. Zdemaskujmy i zniszczmy kamarylę. Nadchodzi kontrrewolucja.

środa, 28 kwietnia 2010

Sytuacja Polski jest niezwykle groźna

Kocham Polskę i Polaków, a jednocześnie mam wielki żal do głupoty i krótkowzroczności moich rodaków. Mam żal także do siebie, że nie udało mi się zrobić więcej, by w 2007 roku wygrał PiS. Czułem wtedy, że ważą się nasze losy, ale po przegranej nie straciłem nadziei, a już na pewno nie przewidywałem, że sprawy zajdą tak daleko jak dziś.

Polska dziś stacza się już po równi pochyłej do utraty suwerenności. A co my na to? Nie chcę teraz pisać o ludziach zaczadzonych kulturą Wojewódzkiego czy też o tych, którzy ciężko pracując na byt swoich rodzin, nie mieli czasu i możliwości rozejrzeć się wokół siebie. Chodzi mi o prawicę. Kibicowaliśmy PiS z mniejszym czy większym zaangażowaniem, nierzadko z ironicznym dystansem, mierząc tę partię według własnego ideału prawicy. Nawet taka sprawa jak próba uratowania przed zniszczeniem jednego z naszych nielicznych skarbów narodowych, jakim jest TVP z jej archiwami, u wielu z nas budziła odrazę. Bo złe metody, bo obciach, bo gdzieś tam nastąpiło potknięcie. A teraz nagle okazało się, że emocjonowaliśmy się sprawami trzeciorzędnymi. Daliśmy się całkowicie rozpracować i zmanipulować przez zamknięcie się w wygodnych dla przeciwników ramach debaty: że chodzi tylko o afery korupcyjne, o walkę o stołki, a najbardziej to chodzi o wizerunek. Wielu powtarzało uczenie, zgodnie z naukowym marketingiem, że gdyby Jarosław Kaczyński ustąpił miejsca w partii młodszym i ładniejszym, to PiS miałby lepszy wizerunek i dałby radę gładkiemu PO, a wszelkie problemy by się skończyły.

Dziś widać wyraźnie, że byliśmy całkowicie ślepi na to, że gra cały czas toczyła się o suwerenność Polski. Co więcej, okazało się, że nie jest to abstrakcyjna gra, która w regionie, w którym od dziesiątek lat nie było wojen, będzie trwać i trwać. Że możemy spokojnie oddać się - zależnie od preferencji - konsumpcji, niespiesznemu demontowaniu bazy politycznej układu pookrągłostołowego lub kłótniom, która prawica jest najlepsza: Kaczyńskich, Korwina-Mikke, Jurka czy może Dorna albo Gowina (ostatni przykład razi naiwnością, ale wielu nadal chętnie podtrzymuje mit "prawego skrzydła PO"). Narastające napięcie było, co prawda, wyczuwalne, ale nikt nie spodziewał się, że pobudka będzie tak szokująca.

Zmiana koniunktury dla Polski nastąpiła jednak wcześniej, tylko że uśpiony naród tego nie zauważył, a polskojęzyczne media starannie to ukrywały lub wręcz sabotowały próby utrwalenia naszej chwiejnej suwerenności. Przypomnijmy nasze wieloletnie próby zbliżenia się do USA i reakcje polskojęzycznych mediów. Krytyka zaangażowania w Iraku i w Afganistanie. Krytyka kontraktu na F-16. Wreszcie ostre zwalczanie MD (tarczy antyrakietowej). Ta ostatnia inicjatywa mogła rzutem na taśmę uratować naszą suwerenność, a Kaczyńscy za samo to dokonanie mogliby znaleźć się w panteonie mężów opatrznościowych naszego kraju. Negocjacje z administracją Busha były właściwie zakończone. Przypomnijmy, że po zwycięstwie PO w 2007, to właśnie PO zaczęło usilnie szukać dziury w całym i sabotować zakończone już negocjacje, uzasadniając to przed opinią publiczną argumentem zupełnie idiotycznym wobec powagi sytuacji: że chcemy uzyskać od USA baterię rakiet PAC-3 (Patriot). Jedną baterię. W rzeczywistości chodziło o uzyskanie odpowiedniej zwłoki. Nawet po podpisaniu umowy strona Polska zwlekała z ratyfikacją aż do zmiany administracji w USA. Przy spodziewanym zwycięstwie Obamy można było przewidzieć, że nowa administracja straci zainteresowanie dla projektu i tak też się stało. Gdyby jednak Tusk nie był polskim zdrajcą, to zdołałby przeprowadzić projekt do fazy realizacji jeszcze za czasów administracji Busha. A wtedy USA już nie wycofałoby się z tego projektu i dzisiejsza sytuacja geopolityczna Polski byłaby diametralnie inna.

Przypomnijmy w tym miejscu złowróżbne spotkanie przywódców 1 września 2009 na Westerplatte. To tam Putin przy milczącej akceptacji Tuska ogłosił początek budowy w Europie rosyjsko-niemieckiej struktury bezpieczeństwa. Krótko po tym w bardzo znamiennym dniu - 17 września - USA ogłosiło rezygnację z projektu MD. Czechy mogą znowu uznać Polskę za zdrajcę, bowiem to nie Czechy zwlekały z ratyfikacją, by ułatwić naszym wrogom utrącenie tego projektu. Nic dziwnego, że premierowi Czech tę informację przekazał telefonicznie sam prezydent Obama, natomiast Tuskowi - sekretarz stanu Clinton. Właściwie chciała przekazać, bo Tusk wolał zamknąć oczy na swój upadek i nawet nie odebrał telefonu.

Obok doniosłych oficjalnych zdarzeń mają miejsce rozgrywki zakulisowe, walka służb specjalnych. Jaka szkoda, że nie możemy bliżej zapoznać się z tą - z pewnością niezwykle ciekawą - sferą. W 2008 roku pojawiła się niezbyt mocno nagłaśniana, ale wyraźnie słyszalna, informacja o zaginionym oficerze służb specjalnych, był to szyfrant Stefan Zielonka. Bardzo mnie to zainteresowało. Po raz setny a może tysięczny skonstatowałem, że to co za rządów PiS-u spowodowałoby medialną burzę i żądanie natychmiastowego ustąpienia "nieudolnego" rządu, za rządów PO przeszło bez większego echa. Tymczasem wiadomość ta wydawała się bardzo groźna. Czy to nie zastanawiające, że ta sprawa odżyła tuż po katastrofie w Smoleńsku? Jak wiązać te fakty?

Moim zdaniem dla nas, skromnych obserwatorów polityki, może być znaczący nie tyle sam fakt zniknięcia owego Zielonki, co czas i sposób wywoływania tej informacji przez media. Tajemnicze zniknięcia, niezrozumiałe dla postronnych akcje, to zapewne nie jest żadna nowość w świecie służb specjalnych. Tyle że te sprawy dzieją się całkowicie poza wiedzą społeczeństwa. Pełne agentów polskojęzyczne media doskonale wiedzą, co im wolno mówić. Nawet gdyby jakieś niezależne medium, takie jak "Gazeta Polska" i jej znakomici dziennikarze śledczy, jakoś dotarło do śladów sprawy Zielonki, to mainstreamowe media mogłyby - jak to czyniły wiele razy - całkowicie sprawę przemilczeć, ewentualnie dziennikarzy wyzwać od oszołomów. A przy okazji rząd wysłałby na nich ABW i prokuraturę. W takim razie, co oznacza oficjalne medialne nagłaśnianie sprawy zbiegłego lub zabitego Zielonki?

Moja teza jest taka, że jest to jeden z całego zbioru starannie przygotowanych sygnałów skierowanych do naszych sojuszników z NATO. Sygnały te mają na celu pokazanie im, że Polska przestała być liczącym się, wiarygodnym sojusznikiem i jako taka nie zasługuje na to, by nieść jej pomoc. W tym miejscu nie ma najmniejszego sensu wymądrzanie się na temat artykułu piątego. Wiemy doskonale, że Rosja potrafi tak realizować swoje zamiary, by leniwym sojusznikom podać na tacy preteksty do stwierdzenia, że ten artykuł w danej sytuacji nie ma zastosowania. A oni z każdego takiego pretekstu skorzystają z ulgą (Niemcy nawet dogadają z Rosją wszystkie szczegóły jeszcze przed ewentualną akcją).

Polska miała przez kilka chwil szansę na zaistnienie w NATO jako prawdziwie wiarygodny sojusznik. Dwa główne czynniki, które dałyby nam taki status, to rozwiązanie WSI i bliska współpraca z USA w dziedzinie obronności. Obie sprawy były na doskonałej drodze do realizacji za rządów PiS. Po likwidacji WSI, czyli gniazda rosyjskich szpiegów w samym sercu państwa, nasza wiarygodność w NATO wzrosła skokowo. Należało jeszcze kontynuować zakupy uzbrojenia w USA oraz współpracować w dziedzinie MD bez stawiania idiotycznych warunków. Obronność to nie tylko eskadra F-16 czy bateria PAC-3. Wymaga ona niezwykle skomplikowanych rozwiązań systemowych i taką właśnie systemową współpracę w perspektywie wielu lat oferowała nam administracja Busha w przypadku przystąpienia do MD (było to podane wprost w wypowiedziach wysokich urzędników USA). Niestety, po objęciu władzy przez zdrajcę Tuska w 2007 oferta ta została w istocie arogancko odrzucona przez stronę polską.

Przywrócenie do łask agentów WSI oraz odrzucenie bliskiej współpracy z USA było pierwszym radykalnym posunięciem zdrajcy Tuska, które było dla NATO czytelnym sygnałem, że Polska przestaje być wiarygodnym sojusznikiem. W tym właśnie kontekście patrzę na medialne perypetie Stefana Zielonki, osoby która zna polskie i natowskie szyfry i tajemnice, i która po roku od tajemniczego zniknięcia okazuje się prawdopodobnie współpracować z Chinami. Jeśli do tego dołączymy śmierć w katastrofie w Smoleńsku generałów szczególnie zaangażowanych w naszą współpracę w ramach NATO, a przy okazji trudne do oszacowania kolejne straty natowskich tajemnic na rzecz Rosjan, to efekt jest opłakany. Polska może ma jakieś zasługi dla Zachodu, a może nie - to rzecz względna i słabo wymierna. Ale z punktu widzenia wojskowego dla NATO w zasadzie moglibyśmy już chyba nie istnieć.

O NATO można powiedzieć wiele złego, ale nadal jest to jedyna - lepsza czy gorsza, ale jedyna - przeciwwaga w Europie dla potęgi militarnej Rosji. Europa w dużej mierze kocha Rosję swoją ślepą dekadencką miłością, ale również boi się jej. Dlatego nieco powściąga swoje antyamerykańskie kompleksy i chętnie zgadza się na stacjonowanie armii i rakiet USA na swoim terytorium. Jak widać Europa jest jednak o ten przywilej zazdrosna i z ulgą pozostawia Polskę i inne mniejsze państwa własnemu losowi. Przykłady Estonii, Gruzji, Ukrainy są tu całkowicie jednoznaczne. Sprzedając nas (który to już raz?) Rosji, Europa realizuje swoją perwersyjną miłość do tego kraju i - naturalnie - liczy na pełne zabezpieczenie własnych interesów.

Katastrofa w Smoleńsku nie była przypadkiem. Mówienie o tym jest dla Zachodu skrajnie niewygodne, ale w analizach na potrzeby własnej polityki poszczególne państwa przyjmują to jako pewny fakt. Naiwność jest zarezerwowana dla opinii publicznej. W świetle podanego wyżej zarysu sytuacji ten krok Putina wydaje się konsekwentny, ale jest też czymś tak niezwykłym i ważkim, że nastąpiła znacząca zmiana sytuacji. Nastąpiło coś w rodzaju wyłożenia kart w szemranej partii pokera. Gracze zastygli w napięciu, a pod stołem ręce spoczęły na rewolwerach.

Symbolicznie katastrofę w Smoleńsku należy interpretować przede wszystkim jako rzucenie Polski na kolana. W wersji złagodzonej na użytek mediów jest dobrowolne przyjęcie przez słabego protektoratu silnego, co bardzo jasno pokazał teatralny gest Tuska wchodzącego w objęcia Putina. W sferze symbolicznej niezwykle znacząca była też nieobecność przywódców krajów Europy Zachodniej a szczególnie prezydenta USA na pogrzebie pary prezydenckiej przy jednoczesnej obecności prezydenta Rosji, który wbrew bajkom o chmurach pyłowych i zamkniętych lotniskach ostentacyjnie przyleciał i odleciał wielkim odrzutowcem. Oznacza to pełną zgodę na ten nowy układ sił. Widać wyraźnie, że akcja w Polsce jest tylko jednym z szeregu kroków podjętych przez Rosję na rzecz odbudowy imperium. Los Gruzji wydaje się przesądzony, dziś już nikt nie stanie w jej obronie. Pytanie jest tylko, czy faktyczna aneksja nastąpi przed wyborami w Polsce, czy po. Wczorajsze wydarzenia na Ukrainie, protesty przeciwko de facto oddaniu Krymu, pokazują wyraźnie, że i temu krajowi, choć dużo silniej opanowanemu przez rosyjskie służby, nie jest łatwo pogodzić się z nową kolonizacją. W przypadku krajów bałtyckich i Polski Moskwie prawdopodobnie na jakiś czas wystarczy finlandyzacja.

Procesy społeczne nie są bynajmniej bagatelizowane przez ośrodki decyzyjne. Carowi i jego sługom nie zależy na chaosie, zamieszkach, gorących konfliktach, choć w razie potrzeby ręka im nie drgnie, by je rozpętać. Jednak znacznie bardziej praktyczne jest powiększanie strefy wpływów na zimno. Reakcja polaków na tzw. katastrofę w Smoleńsku raczej nie była wkalkulowana. Drugim potknięciem służb Putina był brak na pokładzie obu braci Kaczyńskich. Zwróćmy uwagę, że po katastrofie oczy wszystkich Polaków zwróciły się na Jarosława Kaczyńskiego jako na naturalnego lidera stronnictwa niepodległościowego. Było to oczywiste i dla zwolenników suwerenności, i dla tych, którzy chętnie by ją sprzedali.

Dziś mimo pewnego przebudzenia polskiego narodu, którego zakres i głębokość są zresztą cały czas dyskutowane, nasza sytuacja jest niezwykle groźna. Można stwierdzić, że nasze państwo szybko osuwa się do statusu czegoś w rodzaju nowoczesnej kolonii na styku interesów Niemiec i Rosji, czyli do roli, którą historycznie w różnych formach kraje te usiłują nam narzucić od setek lat. Proces tego osuwania się został radykalnie przyspieszony w chwili katastrofy w Smoleńsku. Należy zadać sobie pytanie, dlaczego Putin zdecydował się właśnie teraz na tak radykalny krok i jakie scenariusze ma rozpisane dalej, bo to że nie zamierza teraz się poddać, jest całkowicie pewne.

Moim zdaniem, konsekwentna polityka Kaczyńskich od wielu lat, spowodowała systematyczny wzrost w społeczeństwie nastrojów patriotycznych i niepodległościowych. Dynamika była może nie do końca dostrzegalna dla nas, ale eksperci widocznie przewidywali, że prawdopodobnym scenariuszem jest zwycięstwo wyborcze Lecha Kaczyńskiego a następnie PiS. A to umożliwiłoby Polsce przetrwanie negatywnej koniunktury geopolitycznej do prawdopodobnej kolejnej zmiany administracji w USA na republikańską. To zaś stworzyłoby szansę na wznowienie zabiegów o bliski sojusz Polski z USA oraz o podmiotowość naszego kraju na arenie międzynarodowej. Putin musiał ten trend powstrzymać. Podobnie wyglądają zabiegi Rosji w innych krajach należących do byłego imperium sowieckiego. Wszędzie tam Rosja właśnie teraz maksymalizuje wysiłki dla utrwalenia swoich wpływów, dopóki USA pod rządami Obamy pozostaje w uśpieniu. Gotowość do użycia w tym celu brutalnej siły Rosja pokazała w Gruzji w 2008 roku w końcówce administracji Busha. Posunięcie się do tak radykalnego kroku jak likwidacja pary prezydenckiej i kilkudziesięciu prominentnych polityków innego państwa w czasie formalnego pokoju jest dziś kolejnym bardzo czytelnym sygnałem dla świata od Putina. Pokazuje to pełną determinację tego kraju w dążeniu do swoich celów. Rosja - jak to ma w zwyczaju - nie cofnie się przed niczym.

Ta ostatnia konstatacja oznacza, że katastrofa w Smoleńsku jest smutnym memento dla Polski. Przebudzenie patriotyczne naszego narodu napawa nas dumą i sprawia, że rosną serca, ale przecież wiemy, że potężny wróg nie po to pokazał swoją miażdżącą siłę i żelazną wolę, by teraz, ot tak, pozwolić nam na samostanowienie. Ze swojej strony proszę wobec powyższego wszystkich przyjaciół, którym suwerenność naszego kraju leży na sercu, o pełną determinację w walce o zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Musimy być jednak gotowi na wściekłą walkę polskich popleczników Rosji oraz na najbardziej podstępne ciosy i prowokacje. Nastąpi powrót do niszczenia wizerunku obu braci Kaczyńskich, szczególnie przez propagandowe lansowanie zupełnie nieprawdopodobnej teorii o tym, że do katastrofy przyczynił się sam prezydent. Mogą szykować do tego celu rozmaite sfałszowane zapisy oraz całą serię wymyślnych sfałszowanych sondaży. Nie możemy też być pewni, czy na Smoleńsku zakończy się na jakiś czas fizyczna likwidacja polskich patriotów. Dla Rosji w każdym razie nie stanowi to najmniejszego problemu, liczy się tylko rachunek zysków i strat. Zwycięstwo w tych wyborach, właśnie dlatego że tak trudne, będzie miało wielką wagę nie tylko dla Polski. Ciężka walka nie zakończy się jednak na nim. Będzie to dopiero początek drogi przebudzonego wielkiego narodu do uzyskania należnego mu miejsca wśród suwerennych państw.

piątek, 12 lutego 2010

Sekuła: Wyczyść wszystkich naszych

Za sprawą skazującego wyroku w związku z tzw. seksaferą (2 lata i 3 miesiące bezwzględnego pozbawienia wolności, wyrok nieprawomocny) Andrzej Lepper, jak się zdaje, ostatecznie zniknął z polskiej sceny politycznej, ale bynajmniej nie wraca Wersal. Platforma Obywatelska nigdy nie kryła, że jej celem jest obrona biznesmenów przed rzekomą groźbą różnorakich represji ze strony państwa (w domyśle: państwa Kaczyńskich). My domyślamy się, że chodzi raczej o obronę biznesmenów szczególnego rodzaju, tych niezbyt uczciwych, o podejrzanych kontaktach. Jeden z przedstawicieli takich właśnie biznesmenów pokazał wczoraj swoje oblicze na przesłuchaniu komisji ds. afery hazardowej. Jego zachowanie było butne, aroganckie, podszyte złością i groźbą. Zachowanie to przeczyło treści odczytanego wystąpienia, w którym przedstawiał się jako wielce uczciwy biznesmen skrzywdzony przez polityków. Oto charakterystyczny fragment jego wypowiedzi o Mariuszu Kamińskim: „Funkcjonariusz opłacany z podatków, plujący na tych, którzy składają się na jego pensję, stworzył załganą historię, opisując wydarzenia, do których nigdy nie doszło, snując hipotezy wyssane z brudnego palca.” Do Wersalu więc nadal daleko naszym politycznym salonom, ale tym razem nie za sprawą Leppera, a za sprawą czołowych polityków Platformy Obywatelskiej i ich kolegów – owych „wielce uczciwych” biznesmenów.

Cofnijmy się w czasie jeszcze o jeden dzień. 10.02 w trakcie przerwy w przesłuchaniu posłanki Anity Błochowiak dziennikarze zarejestrowali ciekawą rozmowę między członkami komisji z PO – przewodniczącym Mirosławem Sekułą a Jarosławem Urbaniakiem. Przewodniczący wydawał partyjnemu koledze polecenia w następujących słowach: „Co my tu robimy za jakiś czyściec, czy co? ... Słuchaj, piszesz te wnioski o wykreślenie pozostałych? Napisz ten wniosek ... Wyczyść wszystkich naszych.” Następnego dnia nieprzekonująco tłumaczył, że chodziło o jakąś standardową procedurę związaną ze skróceniem listy świadków. Nie oszukujmy się. Przewodniczący komisji, która ma wyjaśnić aferę hazardową, w którą ewidentnie zamieszany jest rząd koalicyjny PO-PSL, wyraża zniecierpliwienie tym, że „nasi” przechodzą w tej komisji przez „czyściec”. Ale jak może być inaczej? Przewodniczący jest z PO, a w aferę zamieszani byli ministrowie z PO oraz podwładni tych ministrów. Siłą rzeczy komisja musi interesować się partyjnymi kolegami przewodniczącego komisji. Dalsza część wypowiedzi ociera się już o czynności nielegalne, zwłaszcza sformułowanie: „Wyczyść wszystkich naszych”. Samo rozumowanie w kategoriach nasi-pozostali dyskwalifikuje Sekułę jako wiarygodnego członka a tym bardziej przewodniczącego komisji śledczej. Wyraźnie zademonstrował on bowiem stronniczość na rzecz swoich kolegów. Mówienie o „czyszczeniu” też kojarzy się raczej z działaniami mafijnymi niż z działaniami ważnej instytucji państwa. Jako żywo przypomina się słynny sms Adama Halbera do Roberta Kwiatkowskiego z czasów innej afery – afery Rywina: „To jest świetny koleś – pracowity i lojalny, lubię go i cenię. Precz z siepactwem. Chwała nam i naszym kolegom. Ch..e precz!” Zdaje się, że to co nazwano kilka lat temu Rywinlandem wraca w całej rozciągłości.

czwartek, 11 lutego 2010

Wyprowadzić szeregowego Jaruzelskiego

Na tym blogu wielokrotnie, właściwie od pierwszego wpisu, podkreślam dziejową niesprawiedliwość jaka spotkała Jaruzelskiego. Ta wesz (Sł. jęz. polskiego: wesz – obraźl. «o człowieku odrażającym moralnie»), moim zdaniem, powinna podzielić los innego zbrodniczego dyktatora Saddama Husajna, powieszonego, przypomnijmy, 30.12.06 w wieku 69 lat. Proces Husajna rozpoczął się 2 lata po pojmaniu w 2003 i trwał rok. Jaruzel miał w 1989 roku 66 lat. Zakładając przykładowo 3 lata procesu, w 1992 miałby akurat tyle lat, ilu dożył jego odpowiednik z Iraku. Oczywiście im więcej lat upływa od transformacji systemu, tym mniejsze szanse na uporządkowanie spraw związanych z poprzednim systemem. Za jakiś czas powymierają zbrodniarze kierujący systemem komunistycznym w Polsce, jego funkcjonariusze, utajnieni do dziś agenci. Tymczasem Jaruzelski jeszcze żyje i co gorsza obraża polskie państwo oraz obywateli poprzez to, że jest tytułowany generałem. Zacytuję, co już na ten bolesny temat pisałem:

„Nieodzowne jest też zdegradowanie funkcjonariuszy komunistycznego reżimu, bo to, że tak nikczemne postacie, jak Jaruzelski, Kiszczak czy zamieszani w morderstwo ks. Jerzego Popiełuszki – Ciastoń i Płatek, cieszą się do dziś generalskimi szarżami i płynącymi z tego przywilejami to wielki wstyd dla naszego narodu, także wobec przyszłych pokoleń. Przyszłych pokoleń bowiem nie będzie uczył historii Adam Michnik, przyjaciel Jerzego Urbana, dla którego zdrajcy Polski są ludźmi honoru.”

„Michnikowszczyzna zawsze wybiela Jaruzelskiego. (...) Inna socjotechnika to uparte tytułowanie tego czerwonego kacyka generałem. Skoro rzekomo wolne państwo nie spełniło swojego obowiązku i nie odebrało honorów tym, którzy uzyskali je za zbrodnie na polskim narodzie, to wypadałoby, abyśmy chociaż sami nie dawali im satysfakcji.”

Głos blogera jest z natury rzeczy słaby, dlatego z wielką radością powitałem list otwarty Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie skierowany do najwyższych przedstawicieli Polski – prezydenta oraz marszałków Sejmu i Senatu, a także do szefów klubów parlamentarnych PO i PiS – właśnie w tej sprawie. List w dobitnych słowach domaga się tej elementarnej sprawiedliwości, jaką byłoby zdegradowanie Jaruzelskiego do stopnia szeregowca. Oto początek listu:

„Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie zwraca się do Pana Prezydenta RP oraz do Marszałków Sejmu i Senatu, aby po blisko 20 latach od odzyskania niepodległości doprowadzili w oparciu o obowiązujące prawo (albo w oparciu o specjalne przepisy) do ukarania zdrajcy Polski Wojciecha Jaruzelskiego. Ponieważ nie zlustrowane sądy nie potrafią lub nie chcą go ukarać za przestępcze działania na szkodę Rzeczypospolitej w latach 1944-89, oczekujemy zdegradowania go do stopnia szeregowca i pozbawienia wszystkich polskich odznaczeń. Polskim generałem Jaruzelski był tylko z nazwy, faktycznie będąc sowieckim czynownikiem, skutecznie reprezentującym interesy Moskwy w Polsce. Całym swoim życiem dał temu świadectwo.”

Nietrudno zgadnąć, że agentura jest bardzo czuła na sprawy związane ze zdrajcą Jaruzelskim, którego nietykalność w jakiś sposób sankcjonuje cały postkomunistyczny porządek w Polsce. Zawsze, gdy temat Jaruzelskiego pojawia się w mediach, uaktywniają się gremialnie. Bronią go zarówno w mainstreamowych mediach, jak i siejąc zamęt na internetowych forach, wypisując tam rzeczy, od których ludziom o orientacji patriotycznej robi się niedobrze. Tak jest i tym razem w serwisach i portalach, które dostarczyły tę informację. Nawet nie będę tu przytaczał przykładów. Nie warto. Niech dalej odsłaniają się, pokazują swoje aktywa. Im więcej osób sobie uświadomi siłę i możliwości przeciwnika, tym lepiej.

Jestem bardzo usatysfakcjonowany, że poważna organizacja postawiła jasno ten problem. Sprawa tego listu nie powinna być przemilczana, przykrywana przez media czy zakrzyczana przez osobników pokroju Niesiołowskiego – przypomina się tu jego niedawna akcja przeciwko uznaniu zbrodni katyńskiej za ludobójstwo. Przydałby się silny głos społeczeństwa popierający tę inicjatywę Porozumienia.

sobota, 6 lutego 2010

Oni naprawdę wpadają w panikę!

Impulsem do tego wpisu było pewne zdarzenie w TVP1. Zacznę jednak od moich politycznych uzależnień. Od pewnego czasu do stałej dawki programów informacyjnych (typowe uzależnienie zwierzęcia politycznego!) doszedł mi nawyk systematycznego czytania bloga Salon24/Posłuchaj, to do Ciebie... autorstwa Toyaha. Dlaczego akurat ten blog – trudno wytłumaczyć. Kto go czyta, ten to zrozumie. Przyznając Toyahowi ponadprzeciętną przenikliwość, czytam go – jak wszystko inne – krytycznie. Nawet bowiem, jeśli w jakieś sprawie miałbym pozostać w błędzie, to wolę zachować swoje mylne zdanie, niż przyjmować inne zdanie bez możliwie pełnego zrozumienia i przyjęcia argumentów, które za tym innym przemawiają. To zresztą chyba jedna z głównych cech różniących przeciętnego sympatyka PiS od przeciętnego zwolennika PO. Zwolennicy PO chyba wręcz muszą wyłączać myślenie, słuchając pokrętnych wypowiedzi członków PO. Wracając do Toyaha, prezentuje on ostatnio pogląd, że projekt PO znajduje się w nieporównanie gorszej kondycji niż wskazują na to sondaże, które „dostały małpiego rozumu”. Nadzorcy tego projektu coraz bardziej nerwowo zastanawiają się nad nowym rozwiązaniem kwestii zarządzania Polską na kolejne lata.

Rzeczywiście – w ciągu dwóch lat Tuskowi i jego ludziom udało się przywrócić w społeczeństwie dojmujące pragnienie uczciwości i przejrzystości w życiu publicznym. Podobny stan mieliśmy w czasie działania komisji w sprawie afery Rywina. Nie chodzi tu o oczekiwanie na jakiś stan doskonały – który, jak wiadomo, w przyrodzie jest nieosiągalny – ale o pragnienie przejścia na zupełnie inny poziom, niż to wszystko z czym mieliśmy do czynienia w tym nieszczęsnym dwudziestoleciu poza krótkimi przerwami. Inaczej mówiąc, o pragnienie zmiany standardów z poziomu kraju trzeciego świata na poziom kraju bardziej cywilizowanego. W 2005 system dążył do skanalizowania tego dojmującego pragnienia uczciwości w kierunku światłego tandemu Tusk-Rokita. Nie udało się i dlatego od tamtego czasu panuje próba całkowitego zamazania polityki przez pseudopolityczny bełkot i rechot skierowany przeciwko partii PiS, jej liderowi Jarosławowi Kaczyńskiemu oraz prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Kulminacją i największym sukcesem tej pseudopolitycznej nagonki (przy istotnym udziale bardziej wyspecjalizowanych socjotechnik) były oczywiście wybory w 2007 roku. Ten bełkot i rechot musiał kiedyś wyblaknąć – stać się parodią farsy, którą był od samego początku. Pytanie było tylko – jak zdeterminowany jest sam PiS i jego elektorat. A więc wytrzymaliśmy, a przyspieszony powrót pragnienia uczciwego państwa w najszerszej części naszego społeczeństwa został wywołany przez samego Tuska i jego ludzi.

Na wszelki wypadek wyraźnie zaznaczam coś dla mnie oczywistego: w tej walce nie chodzi o PiS, Kaczyńskich, czy ambicje kilku blogerów. Chodzi o coś znacznie większego, a mianowicie o kondycję, przyszłość, a niewykluczone, że nawet o samą egzystencję, naszego kraju – Polski. Żeby dobrze uświadomić sobie powagę sytuacji, trzeba po prostu wziąć pod uwagę, że przez ostatnie 20 lat, z krótkimi przerwami, Polską rządzili pośrednio lub bezpośrednio agenci obcych służb, dla których prawdziwy sukces naszego kraju, czy wręcz wybicie się Polski na lidera środkowoeuropejskiego regionu, jest najczarniejszym scenariuszem.

Toyah zwraca uwagę na prawdopodobnie kiepską kondycję PO. Ja jestem jednak przekonany, że główny przeciwnik jest silny, zorganizowany i ma jeszcze asy w rękawie. Czy już ma powody do nerwowości, o tym dalej. My przeciwko systemowi mamy „tylko” prawdę i poczucie, że stoimy po słusznej stronie. Co gorsza, ogólny poziom świadomości zarysowanych powyżej podstawowych faktów o ograniczonej suwerenności naszego kraju jest nadal bardzo niski w społeczeństwie, o wiele za niski. Dominuje przekonanie o niezrozumiałych wojnach na górze i wspomniane pragnienie zmiany standardów życia publicznego.

Dzisiaj zaszło drobne wydarzenie, które tak mi się skojarzyło ze spostrzeżeniami Toyaha na temat nerwowości wśród agentury zarządzającej Polską, iż postanowiłem podzielić się nim czym prędzej.

Zanim przejdę ad rem, muszę tu zaznaczyć jeszcze jedną z tych oczywistych spraw, które przed społeczeństwem są skrzętnie ukrywane. Chodzi tu o rozmieszczenie agentów służb na ważnych stanowiskach w najważniejszych redakcjach – w prasie, radiu i tv. Nie możemy poznać szczegółów tej działalności (także dzięki światłemu TK – wyrok z kwietnia 2007 w sprawie lustracji), ale jej przejawy są na tyle widoczne, że nie będę tego faktu tutaj szerzej uzasadniał.

Incydent, o którym piszę, będzie znany widzom programu Tomasza Sakiewicza Pod Prasą. Przestrzegałbym od razu przed trywialnym kojarzeniem tego dziennikarza jako sympatyzującego z PiS i stawianiem go jako naturalna przeciwwaga do mediów sympatyzujących z PO np. Gazety Wyborczej czy TVN24. Nie dajmy się zwieść twierdzeniom, że istnieje tu symetria. Tomasz Sakiewicz reprezentuje przede wszystkim określone poglądy, które rzeczywiście w wielu sprawach zbieżne są do tego, co mówi PiS i co czuje elektorat tej partii. A redaktorzy z Gazety Wyborczej czy TVN24 mają nie tyle poglądy, ile realizują propagandowe wytyczne, co więcej robią to otwarcie i bezwstydnie. W programie Sakiewicza Pod Prasą zawsze byli obecni przedstawiciele różnych opcji politycznych – nawet dziennikarze tak zaangażowanych mediów jak radio Tok FM. Przy tym dzięki osobowości Tomasza Sakiewicza dyskusje odbywały się spokojnie, wręcz w niezwykle kulturalnej atmosferze, gdzie każdy był sprawiedliwie dopuszczony do głosu bez przerywania w połowie myśli, jak to nagminnie dzieje się choćby w TVN24. W ogóle spotykane na niektórych blogach stwierdzenie, że TVP jest „pisowska”, jest niczym więcej jak bezmyślnym powielaniem fobii Gazety Wyborczej. Nawet program Pod Prasą – prowadzony kulturalnie i obiektywnie – był obecny na antenie dość krótko, przy czym dostał bardzo słabą porę emisji, a po przejęciu władzy w TVP przez Farfała został natychmiast zdjęty. Nawiasem mówiąc, ciekawą prawicę reprezentuje Farfał i jego patroni z LPR, skoro w telewizji działał on głównie na rzecz układu. Jednym z efektów odejścia Farfała było przywrócenie programu Pod Prasą, ale obawiam się, że i tym razem na krótko.

Służby specjalne kontrolują polskie mediaDzisiaj gośćmi Tomasza Sakiewicza była Małogrzata Naukowicz – radio Tok FM, Sławomir Jastrzębowski – Superexpress i Jerzy Jachowicz. Nadmienię – wielu może o tym już nie pamiętać – że Jerzy Jachowicz to nietuzinkowy dziennikarz śledczy: za pisanie o wpływach esbecji w strukturach polskiego państwa zapłacił najwyższą cenę. W Polsce nie są to popularne tematy, ale bliższe szczegóły zachował w Internecie np. New York Times, którego artykuł polecam zainteresowanym (Polish Police Accused in a Fatal Fire, New York Times, 23.04.90). Z tego względu trudno dziwić się dzisiejszej odwadze Jerzego Jachowicza w mówieniu o niewygodnych sprawach – osobiście odnoszę wrażenie, że on po prostu nie musi się już bać. Pierwsza część programu była poświęcona dość sensacyjnym informacjom dzisiejszej Rzeczpospolitej na temat afery hazardowej: dzięki zeznaniom Ryszarda Sobiesiaka w prokuraturze potwierdza się wersja Mariusza Kamińskiego dotycząca przecieku na temat akcji CBA. Druga część była poświęcona kandydatom PO na kandydata na prezydenta, chodzi o Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. W materiale wprowadzającym do dyskusji wspomniano o pewnej słabości tego pierwszego: w przypadku kandydowania na prezydenta dziennikarze i opozycja mogliby wypomnieć mu jego związki z ludźmi WSI. I tu po krótkiej dyskusji doszło do najciekawszego momentu. Jerzy Jachowicz, wypowiadając się jako ostatni, powiedział: „Jeśli chodzi o Komorowskiego, to jedna rzecz jest niebezpieczna. Mianowicie, że on – podobnie zresztą jak Janusz Onyszkiewicz, swego czasu również jako Minister Obrony narodowej – oni dali się omotać tym starym oficerom WSI z generalicji, sztabowi generalnemu, i oni byli właściwie bezwolnymi wykonawcami sugestii i obrazu prowadzenia armii, prowadzenia WSI, właśnie przez tych starych doświadczonych, często szkolonych w Moskwie, oficerów wywiadu.” Wszystko wskazuje na to, że po tym jak to zdanie poszło w eter (program był na żywo) komuś nagle puściły nerwy. Sławomir Jastrzębowski zdążył jeszcze zacząć zdanie po czym... program został po prostu przerwany. Ot, tak; ktoś nacisnął guzik i ekran telewizji stał się czarny, jedynie w rogu widniało logo TVP1 z wymownym napisem poniżej „na żywo”. Program nie został wznowiony. Po kilkunastu sekundach pojawiły się reklamy. Coś takiego w – jak to się mówi – wolnej Polsce nie zdarza się często, dlatego jestem ciekaw, jakie będą następstwa tego incydentu oraz jak będzie on tłumaczony.

Podejrzewam, że – jeśli w ogóle będzie jakaś sprawa – to jak zwykle atak pójdzie wielotorowo. Z jednej strony będzie wyjaśnienie, że był jakiś problem techniczny, przy czym osoby doszukujące się drugiego dna zostaną wyśmiane jako oszołomy. Z drugiej strony pójdzie atak na samego Tomasza Sakiewicza i wszelkie próby doszukiwania się ciemnych stron miłościwie nam panującej ekipy Donalda Tuska. Komorowski zostanie przywołany jako jednostka pełna wszelkich cnót i zalet, o kryształowym wręcz życiorysie.

I na tym można by poprzestać – taką narrację przyjmą desperaci, którzy jeszcze wierzą Tuskowi, Wyborczej etc. Spróbujmy jednak jeszcze pokusić się o pewien eksperyment myślowy, nie przesądzając sprawy – problem techniczny czy interwencja oficera dyżurnego. Gdyby takie zdarzenie miało miejsce w trakcie programu – dajmy na to – Tomasza Lisa, gdy jakiś zaślepiony platformers rzuca rytualne klątwy na braci Kaczyńskich, to dopiero byłaby afera! Gazeta Wyborcza dałaby nazajutrz na pierwszej stronie wielki paniczny tytuł w stylu „Reżim Kaczyńskich wraca”, a pod spodem mniejszymi literami „... na razie tylko w TVP”. I miesiącami opinia publiczna debatowałaby na temat – co się w tej „pisowskiej” telewizji wyprawia, wręcz zmuszając „strudzonego” premiera, by wykonał kolejne podejście do przejęcia lub zniszczenia mediów publicznych.

Zamknę ten wpis, wracając do wspomnianej na wstępie przenikliwości Toyaha. Może oni tam faktycznie popadli już w lekką psychozę, skoro decydują się na tak jaskrawe odkrycie swoich możliwości, celów i fobii za jednym głupim posunięciem. Gdyby ten program poszedł normalnie, to pewnie nikt nie zwróciłby na niego większej uwagi. Wszak „porządni” dziennikarze nawet nie wspominają o Sakiewiczu. „Zapis na Sakiewicza” oficjalnie kiedyś ogłosiła jakaś młoda dziennikarka z Wyborczej, przemawiając w TVN24 – powiedziała, że wszystko, co wiąże się z Tomaszem Sakiewiczem i Gazetą Polską, trzeba całkowicie przemilczeć, bo samo podejmowanie dyskusji jest już tu szkodliwe. A teraz oni pokazali jak na dłoni, co ich zabolało. Komorowski musi być ich wielką nadzieją na pokonanie Lecha Kaczyńskiego. Związki Komorowskiego z WSI muszą być faktem, skoro aż tak starają się to ukryć, widocznie bardzo im zależy na tym, by w przestrzeni publicznej ta tematyka nie funkcjonowała, a już zwłaszcza nie w kontekście moskiewskich patronów WSI. W końcu, pośrednio pokazali też swoje możliwości, czyli to, o czym już tu wspomniałem – że faktycznie są obecni w mediach. Osobiście sądzę, że zarówno na stanowiskach eksponowanych (tu każdy może we własnym zakresie typować dziennikarzy z drugim etatem), jak i nieeksponowanych.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Co zniesmacza posła Grupińskiego

Swego czasu napisałem nawet manifest swojego bloga. Problem polega na tym, że mu się sprzeniewierzyłem. Zadeklarowałem się, że zamierzam swoimi skromnymi środkami promować satyrę polityczną przeciwko naszemu establishmentowi i Tuskowej kamaryli, ogólnie – przeciwko tej naszej zatęchłej oligarchii, którą nazwałem roboczo świniokracją. Satyra miała być programowo na niskim poziomie, wyzyskiwać oczywiste, a zaniedbywane przez ogół humorystów, właściwości naszych polityków, jak choćby to, że Wałęsa jest kompletnym idiotą, Tusk skończonym tchórzem i neurotykiem, Michnik największym kłamcą tych czasów, a – dajmy na to – Palikot po prostu wziętym psycholem. Moja natura popychała mnie jednak stopniowo w kierunku szczegółowych analiz ważnych tematów, a wpisy zgodne z programowym manifestem pojawiały się coraz rzadziej. Czytelnicy, którzy łaskawie czytują ten blog częściej niż jednorazowo, mogliby poczuć się czasem zdezorientowani z powodu tego braku konsekwencji. Toteż wyjaśniam, że z braku lepszego miejsca nadal będą tu publikowane moje analizy, które – nieskromnie zauważę – bywają wartościowe (powstają kolejne!). Jednocześnie zastrzegam (czy też przestrzegam), iż będą pojawiać się także wpisy znacznie lżejsze, które odnosząc się do wybranych wypowiedzi i zdarzeń medialnych, będą demaskować beznadziejny poziom kultury naszego establishmentu, który chce podtrzymać tradycję „przewodniej siły narodu” dzięki dominacji w mediach i socjotechnice. A także wpisy nastawione na to, by po prostu w niewybrednej formie ustosunkować się do całej tej świniokracji, która od lat konsekwentnie dewastuje Polskę i do dzisiejszych twarzy tej świniokracji – polityków (a może raczej szaleńców) z Platformy Obywatelskiej.

Jarosław Kuźniar, prezenter TVN24

Obr. 1. Jarosław Kuźniar, prezenter TVN24 w trakcie programu.

Niniejszy wpis należy do tych lżejszych. Wytykam w nim chorobę naszych mediów – skrajną stronniczość i manipulację, a także zwracam uwagę na niskie standardy Platformy Obywatelskiej w dziedzinie kultury politycznej. Zapraszam na wycieczkę po kilku skojarzeniach związanych z sobotnim porannym programem TVN24 (05.12.09). Program ten ostatnio często prowadzi taki śliski typek – Jarosław Kuźniar (ciekawe czy ma coś wspólnego z inną gwiazdą TVN24 od wygłaszania prorządowych opinii – Romanem Kuźniarem, doradcą Tuska, który m.in. lobbował za utrudnianiem i przeciąganiem negocjacji z USA w sprawie MD). Prezenter Jarosław Kuźniar oficjalnie ma za zadanie ożywiać ciąg suchych informacji zabawnymi komentarzami, jego starania są jednak raczej nieporadne, wychodzi mu to strasznie drętwo. Spełnia jednak podstawowe kryterium telewizyjnych piesków – liże swoich, a podgryza wrogów, czyli PiS, prezydenta i zbliżone kręgi. Robi to nawet niby-prywatnie, czyli na swoim blogu, i to w tak charakterystycznym dla zwolenników PO stylu pełnym chamstwa i pogardy połączonym z żałosnym pozerstwem. W przypadku Kuźniara pozerstwo przyjęło formę używania niby-literackich figur. Pierwszy z brzegu przykład z wpisu pt. Chaotyczny jak Kaczyński, który Kuźniar zaczyna w te słowa: „Znam trzy odmiany ust prezydenta. Jego własne, głównie zaciśnięte, stęsknione uśmiechu...” Atak kontynuuje, odkrywając, że gdy z tych ust wydobywa się pisk (ta pogarda!) zafrasowania sprawami obywateli, to czuć nieszczerość. Ja zaś w tych podrygach Kuźniara czuję dokładnie ten sam kod kulturowy i te same cele, co w projektach Wojewódzkiego i Figurskiego. Przypomnę tu dosłowny i typowy dla nich cytat z ich audycji radiowej z 19.03.09: „The small, stupid, retarded mentally man called the President of Poland Lech Kaczyński was fallen apart by the letters that fell on his head” – Figurski rzucał te inwektywy, tłumacząc na niby na angielski słowa Wojewódzkiego, a Wojewódzki przy tym pokrzykiwał fałszywie: „Ja się od tego odcinam.”

Kuźniar to typ karierowicza-wazeliniarza. Na swoim politpoprawnym blogu oczywiście atakuje PiS i zastrzega, że jego wpisów nie należy identyfikować z linią TVN24, ale jakoś trudno wyobrazić sobie w TVN24 prezentera, który równie gorliwie wyrażałby nienawiść do PO i Tuska. Trudno też uwierzyć, że ta nienawiść Kuźniara – mniej czy bardziej podyktowana interesem przypodobania się przełożonym – nie przekłada się na jego pracę. Kuźniar po prostu gorliwie spełnia rolę trybika w machinie manipulacji opinią publiczną. Jego udawana wesołość polega na traktowaniu z wyższością i wyśmiewaniu większości prezentowanych wypowiedzi polityków PiS oraz nawiązywaniu ciepłych przyjacielskich relacji z politykami PO. I tak na przykład raz na wizji, zapowiadając rozmowę z Joachimem Brudzińskim, prostacko naśmiewa się z jego nazwiska („wypijemy brudzia z Brudzińskim”), by innym razem zabawiać widzów andrzejkowym laniem wosku w świetnej komitywie z Żelem-Karpiniukiem. Przyjmuje z wielką atencją marszałka Komorowskiego, a stara się lekceważyć wicemarszałka Putrę. Nowe przykłady tej praktyki pojawiają się niemal codziennie.

Właśnie we wspomnianym sobotnim programie TVN24 prezenter Kuźniar lekceważąco odnosił się do wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Putry. Putra komentował praktykę pacyfikowania komisji hazardowej przez PO. Przy przechodzeniu do kolejnego tematu Kuźniar zachował się nie jak poważny dziennikarz, a jak ostatni cham: poprosił o komentarz do artykułu w aktualnej gazecie, a gdy Putra powiedział, że nie zna sprawy, to zamachał wicemarszałkowi tą gazetą przed oczami („o, tutaj napisali!”), kamery to pokazały. Kuźniar raczej miał świadomość, że prezentuje się w tym momencie jako zwykły cham, mało tego – miał pełne satysfakcji poczucie bezkarności. Przecież realizuje on instrukcje stacji należącej do medialnego frontu, który od lat robi wszystko, by wpoić społeczeństwu pogardę do PiS. Postępowanie Kuźniara było tu jedynie zwykłym przejawem praktyki stosowanej od lat.

Kilka minut później miała miejsce wideo-rozmowa z posłem i członkiem PO i dworu Tuska, jednym z 8 (!) wiceprzewodniczących klubu parlamentarnego PO, Rafałem Grupińskim. W tej rozmowie Kuźniar starał się jedynie stworzyć tło dla wyrzucenia przez Grupińskiego potoku drwin i złośliwości w stosunku do opozycji. Nie poruszono merytorycznie żadnego rzeczywistego problemu, a Kuźniar wcale nie nalegał, by sprowadzić rozmowę na rzeczowe tory. Następnie zmienił temat i nastąpiła wymiana zdań, która zainspirowała mnie do dzisiejszego wpisu. Trzeba tu wspomnieć, że Kuźniar na swoim blogu katuje czytelników także swoimi poetyckimi eksperymentami. Przed rozmową z Grupińskim zaś wyrecytował jakiś banalny wierszyk. Miało to być wprowadzenie do jednego z tematów rozmowy – tomu wierszy Uspokojenie autorstwa Grupińskiego-poety.

Rafał Grupiński promuje Uspokojenie, dwór Tuska

Obr. 2. Rafał Grupiński 02.12.09 jako poeta promuje tom wierszy Uspokojenie. Z prawej Rafał Grupiński jako polityk Platformy Obywatelskiej. Poniżej politycy należący do zauszników Donalda Tuska, czyli tzw. dwór Tuska wg Polityki w składzie sprzed afery hazardowej, czyli: Sławomir Nowak, Tomasz Arabski, Igor Ostachowicz, Paweł Graś, Rafał Grupiński.

Nie wierzę, by oddani i prominentni funkcjonariusze tak szkodliwej i zakłamanej partii jak Platforma Obywatelska umieli wznieść się na poziom wartościowej sztuki, ale sama idea polityka wszechstronnego, o bogatej osobowości jest jak najbardziej sympatyczna. Jak łatwo jednak Grupiński pokazał w krótkiej rozmowie z przyjaznym dziennikarzem twarz nienawistnego, małostkowego złośliwca! Oto Kuźniar w konwencji żartu poprosił go o pomoc zawodowego poety dla amatorskiego poety i podpowiedzenie rymu do słowa ‘zniesmacza’. I w tym krótkim momencie, gdy zadziałało prawo pierwszego skojarzenia, Grupiński pokazał swoją prawdziwą twarz: nie artysty czy kompetentnego polityka, ale małego, sfrustrowanego politykiera i wypalił: ‘sprawa kacza!’ Ta odpowiedź w pełni zadowoliła Kuźniara. By upewnić widzów, że chodziło dokładnie o tych znienawidzonych Kaczorów, Kuźniar kokieteryjnie zaznaczył, że chodziło mu o skojarzenie związane raczej z Platformą. Grupiński zorientował się, że zbytnio odsłonił tę typowo platformerską małostkowość i nikczemność, zwłaszcza gdy odnieść to do pozowania na poetę, czyli kogoś o wyszukanej osobowości. Szybko dodał, że nie będzie podawał więcej rymów, bo on preferuje wiersz biały. Ale słowa zostały już wypowiedziane. Panowie pożegnali się w świetnych nastrojach.

A mnie od razu przypomniał się pewien dowcip z długą brodą, ale nadzwyczajnie pasujący do powyższej sytuacji :-)

W pociągu jedzie dwóch gości, sami w przedziale, jest nudno, przedstawiają się sobie. Jeden nazywa się Buła, a drugi Paliwko.

Buła mówi:

– Panie Paliwko, jedziemy, nudno jest, opowiem o panu fraszkę, ale nie obrazi się pan?

– Ależ skąd! Śmiało, niech pan wali!

– Paliwko, Paliwko... skocz pan po piwko!

Po jakimś czasie odzywa się Paliwko:

– Panie Buła, jedziemy, nudno jest, może teraz ja o panu opowiem fraszkę, pan o mnie, to ja o panu, nie obrazi się pan?

– Ależ skąd! Ja o panu, pan o mnie. Wal pan śmiało!

– Buła, Buła, ty chuju!

Klip 1. Dowcip z fraszką w formie telewizyjnego skeczu. Występują: Marian Opania i Krzysztof Kowalewski.

Rozmowa polskiej elity intelektualnej: Rafał Grupiński (Uspokojenie) i Jarosław Kuźniar (TVN24)

Obr. 3. Rozmowa polskiej elity intelektualnej – na podstawie programu TVN24 w sobotę 05.12.09.

Podsumowanie: Czas, by nasza inteligencja zrozumiała, że Platforma Obywatelska nie jest partią intelektualistów o rzekomych wysokich standardach etycznych, a odrażającego w sensie kultury politycznej Palikota trzyma tylko koniunkturalnie czy tymczasowo. Jest dokładnie przeciwnie. To jest partia, w której wszyscy członkowie są pokroju Palikota (inni – jeśli byli – już odeszli lub zostali wygryzieni). Tyle tylko, że pozostali na co dzień udają bardziej kulturalnych, co wychodzi im lepiej lub gorzej, a czasem maska spada przez przypadek czy nieuwagę, jak tu w przypadku posła Grupińskiego.