Humor i satyra. Tu nie ma tematów tabu ani świętych krów. Przełamujmy zmowę milczenia. Zdemaskujmy i zniszczmy kamarylę. Nadchodzi kontrrewolucja.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 czerwca 2010

Treuhänder Kutz

Zdarzenie goni zdarzenie. Graś, ten co dorabia u Niemca jako cieć, tym razem w upokarzający dla Polski sposób przeprasza po rosyjsku siepaczy z OMON-u (warto przypomnieć sobie historię tych jednostek) w związku ze sprawą kradzieży kart kredytowych, dla jasności – to Rosjanie okradli polskie ofiary katastrofy. Prowokacja Palikota w Lublinie wymierzona w Jarosława Kaczyńskiego okazuje się dla Platformy Obywatelskiej katastrofą. W TVN24 Migalski demoluje Kutza – konkretnej i racjonalnej argumentacji młodego politologa zblazowany antypatyczny starzec przeciwstawił jedynie arogancję władzy. Upadek Platformy następuje szybciej niż można było przypuszczać jeszcze niedawno. Wielu dworaków Tuska zdaje się być nieświadomymi tego krachu. Ale szereg innych już medialnie wycofało się z poronionego projektu „Komorowski”. Nie może ujść uwagi zdystansowana postawa Tuska, który jest ambitny i inteligenty (szczególnie w porównaniu z takim Komorowskim) i liczy na to, że będzie jeszcze potrzebny i załapie się do jakiegoś kolejnego projektu. Czy prawdziwi administratorzy Polski, agenci kreujący zdarzenia kryjące się za politycznym teatrem, są wściekli? Sądzę, że nie. Oni kalkulują na chłodno i są zbyt poważnymi graczami, by nie mieć planów na każdą ewentualność. Strategicznie z punktu widzenia naszych największych sąsiadów pożądane jest, by funkcję przywódczą w Polsce pełnił niemiecki zarządca zatwierdzony przez Rosję lub na odwrót – to jest ich główny plan dla Polski.

Po tym wstępie przechodzę do właściwego tematu. Ten tekst dotyczy tego, jak bardzo okrągłostołowe elity odcięły się od polskiego społeczeństwa i narodu, a został zainspirowany drobnym fragmentem rozmowy Marka Migalskiego z Kazimierzem Kutzem w TVN24 11 czerwca, program Rozmowa Rymanowskiego. Arogancja PO – dziś głównego reprezentanta okrągłostołowych elit – skupia się w postawie Kutza jak w soczewce. Wystarczy podać choćby takie cytaty z tej jednej rozmowy: „Opinia publiczna może się nie zna na wielu sprawach” (odpowiedź na negatywne reakcje dotyczące pospiesznego mianowania prezesa NBP przed wyborami); „To jest odzyskiwanie placówek, które wyście zawłaszczyli w sposób haniebny. – Czyli teraz wy zawłaszczycie? – To jest recykling proszę pana” (o tym, że PO obsadza przed wyborami wszystkie możliwe stanowiska); „Ja myślę, że jemu się należy wdzięczność ponieważ on przerwał tą nudę straszliwą, którą się charakteryzuje ta kampania – takie klepanie w tych mediach, to ględzenie, że on nie powinien, bo nie jest pełnym prezydentem, że takie lapsusy robi” (o prowokacji Palikota w Lublinie); „Słuchałem pana Bielana, który mówił, że największą zaletą pana Jarosława Kaczyńskiego jest to, że on będzie przywódcą, że Polsce jest potrzebny przywódca, Führer taki” (tu zaprotestował Migalski, na co Kutz odpowiedział, że Führer to tylko niemieckie słowo) „Ja myślę, że on [Komorowski] nie ma ambicji politycznych, żeby rządzić wbrew układom w jego partii, w której jest” (może niezamierzona, lecz zdumiewająca szczerość ze strony elit, które dotychczas zapewniały, że niezbędna jest tylko prezydentura ponadpartyjna).

Platforma Obywatelska zdążyła nas przyzwyczaić do totalnej pogardy jaką żywi dla przeciwnika politycznego. Spowszedniała arogancja władzy, która chyba nawet za SLD nie spotykała się z taką wyrozumiałością ze strony mediów. Media w istocie współuczestniczą w wojnie przeciwko polskiemu społeczeństwu. Jednak to, co powiedział Kutz na sam koniec tej rozmowy, wymyka się próbom jakiegoś zaklasyfikowania. Gdy Rymanowski kończył już program, Kutz rzucił trochę oderwane zdanie: „Treuhänder jest potrzebny w Polsce.” To zdanie przeszło bez większego echa, a powinno być ono właściwie niszczące dla wizerunku PO. To trochę jak słowa wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego (połączone z działaniami całego środowiska PO) przekreślające 20 lat starań III RP o powszechne uznanie zbrodni katyńskiej za ludobójstwo. Niesiołowski powiedział 09.09.09 w wywiadzie dla Dziennika: „To była zbrodnia wojenna. Ludobójstwo to jest zagłada narodu. W historii do tej pory były dwa ludobójstwa: Holokaust i wielki głód na Ukrainie. Katyń to było coś innego. Polscy oficerowie odmówili współpracy z komunistami i zostali zamordowani. Ci, którzy na nią poszli, przeżyli, jak Berling. Poza tym przyjęcie takiego stanowiska miałoby bardzo poważne konsekwencje polityczne.” Po takich słowach zarówno Niesiołowski kilka miesięcy temu, jak i Kutz dzisiaj, zasłużyli tylko na to, by natychmiast zniknąć w niesławie z życia publicznego.

Kutz nie wygłosił jednoznacznej antypolskiej deklaracji, a jedynie rzucił niedbałe zdanie. Gdyby media raczyły je zauważyć, to przy takiej pobłażliwości dla PO, jaka miała miejsce dotychczas, udałoby mu się z niego wykręcić, tak jak Niesiołowski wykręcił się po swojej wypowiedzi o Katyniu. My jednak nie mamy (na razie) obowiązku płaszczenia się przed władzą. Na początek przypomnienie znaczenia słowa treuhänder.

Treuhänder – powiernik (komisarz), zwł. naznaczony przez okupanta niemieckiego dla zarządzania polskim przedsiębiorstwem albo majątkiem (1939-45). Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego. Etymologia: niem. ‘urzędowy zarządca (komisarz) cudzego majątku’. Źródło: Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego

Treuhänder – powiernik, podczas II wojny światowej na ziemiach okupowanych przez Niemcy administrator, z ramienia władz niemieckich, poszczególnych zagrabionych przedsiębiorstw oraz majątków niektórych zlikwidowanych instytucji i stowarzyszeń; w Polsce w GG 1940 było ok. 1,2 tysięcy Treuhänderów, na ziemiach wcielonych do Rzeszy ogólna ich liczba w różnych okresach przekroczyła 100 tysięcy; w przeważającej części byli to Niemcy zamieszkali w Polsce przed wojną lub przesiedleni z krajów nadbałtyckich. Źródło: Portal wiedzy PWN

Współczesne niemieckie znaczenie słowa Treuhänder to ‘powiernik, zarządca majątkowy’. Nie wiem, dlaczego Kutz użył tego niemieckiego słowa i do jakiej narodowości właściwie on się poczuwa. Ale nie widzę możliwości, by człowiek w jego wieku nie wiedział, kim Treuhänderzy byli w Polsce okupowanej przez Niemców. Jeśli jednak jego słowa wynikały z niewiedzy, to powinien gęsto się tłumaczyć z tej wpadki. Treuhänderami byli Niemcy a często volksdeutsche. Łatwo sobie wyobrazić, jak na ich działalność patrzyły setki tysięcy Polaków, właścicieli, którzy zostali zmuszeni do porzucenia swojej własności i ucieczki. W latach 70. niemiecki tygodnik opublikował artykuł mówiący o tym, że Jan Nowak-Jeziorański z RWE w czasie wojny współpracował z Niemcami m.in. jako Treuhänder cegielni w Radzyminie. Materiał ten wywołał poważny skandal, a Nowak-Jeziorański odpowiedział pozwem cywilnym.

Najprostsza interpretacja słów Kutza jest taka, że uważa on, iż to nie Polacy mają się troszczyć o swój kraj. Jego zdaniem w Polsce potrzebny jest zarządca (powiernik) nadany z zewnątrz, być może przez Niemcy i Rosję, bo te 2 państwa najwyraźniej dziś artykułują swoje interesy w odniesieniu do Polski. W kontekście wyborów prezydenckich może to oznaczać, że Treuhänderem Polski ma być Bronisław Komorowski. Kutz może też oczywiście tłumaczyć, że chodziło mu o to, by w ten sposób ironicznie i obraźliwie nazwać Jarosława Kaczyńskiego (wcześniej w tej rozmowie próbował nazwać go Führerem). Jednak nie jest jasne, czy to był żart. Kutz pokazywał często już wcześniej, że czuje się zupełnie bezkarny w swoich wypowiedziach. Może być więc tak, że on z tymi myślami żyje i nie boi się tego ujawniać jako polityk partii rządzącej.

Oficjalna propaganda bardzo nerwowo przedstawiała historię „dziadka w Wehrmachcie”, tymczasem nie ma jasnych przesłanek do twierdzenia, że Józef Tusk służył w Wehrmachcie przymusowo, chyba że każdą służbę wojskową uznamy generalnie za formę przymusu. Zamiast pytania o przymus, należałoby raczej zapytać, czy dziadek, a raczej dziadkowie Tuska, służąc w Wehrmachcie, czuli się Niemcami, a to jest już całkiem prawdopodobne. W każdej narodowości składającej się na przedwojenną Polskę znajdowali się zarówno bohaterowie wierni polskiej ojczyźnie na śmierć i życie, jak i tacy, którzy chętnie przyjmowali nową władzę. Sam Donald Tusk był działaczem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, organizacji o tendencjach separatystycznych, podkreślającej związki Kaszub z Niemcami, a także wspierał te dążenia politycznie. Jako przykład można podać referat na II Kongresie Kaszubskim 1992, Pomorska idea regionalna jako zadanie polityczne, w którym Tusk przedstawił postulat utworzenia konstytucji Kaszub jako państwa regionalnego (treść wygłoszona zawierała postulaty dalej idące niż treść zapisana w materiałach z Kongresu). ZK-P udzieliło Tuskowi oficjalnego poparcia w wyborach prezydenckich 2005. Jarosław Kaczyński w wypowiedzi z sierpnia 2007 zwracał uwagę na niemieckie obsesje Donalda Tuska i podatność na dominację Niemiec w jego środowisku politycznym. Są relacje, z których wynika, że w domu Tuska w dzieciństwie mówiło się po niemiecku. W Szkle kontaktowym, programie, który mocno wspiera Tuska, jeden z redaktorów (chyba Miecugow) tłumaczył przy okazji spotkania 01.09.09, że Tusk z Putinem dobrze dogadują się bez tłumacza i nie trzeba tu nawet spekulować, czy Tusk faktycznie zna angielski lub rosyjski, gdyż obaj mogą swobodnie rozmawiać po niemiecku. Putin zna niemiecki doskonale jako były wieloletni agent KGB w NRD.

Przypominam pewne fakty z działalności politycznej Tuska nieprzypadkowo. We wspomnianym referacie Tusk pisał m.in.: „Trzeba zrobić wszystko, aby wpływ ruchów regionalnych i samorządowych oraz partii politycznych, dla których regionalizm jest istotnym fragmentem ich programu, na zmiany ustrojowe i gospodarcze był jak największy. Konieczne jest uczestnictwo regionalistów w debacie konstytucyjnej i w pracy nad innymi aktami legislacyjnymi. Tak długo bowiem, jak trwać będzie w Polsce centralistyczny model władzy, jak długo większość decyzji zapadać będzie w Warszawie – marzenie o państwie regionalnym pozostanie utopią.” W Playboyu 12/2007 ukazał się skandalizujący wywiad z posłem Kutzem, nas tu interesują fragmenty polityczne. Kutz opisuje, jak zgodził się kandydować z listy PO: „Zostały dwa dni do zamknięcia list, a ja się wciąż wahałem. Uległem dopiero Balcerowiczowi, który zadzwonił do mnie z Ameryki. A ja do niego mam wielki szacunek. Tuskowi postawiłem jednak warunki dotyczące dwóch spraw – mojej starości i promowania autonomii Śląska. Tusk przystał na jedno i drugie. Obiecał, że nie będzie mnie zanadto eksploatować.”

Jak widać środowisko polityczne Tuska jest zdeterminowane, by długofalowo grać na osłabienie polskiego ośrodka państwowego, co wpisuje się w strategiczne plany Rosji i Niemiec dla Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego te państwa będą bezwarunkowo wspierać środowisko Tuska. Czy jest to bardziej sojusz wynikający ze zbieżności celów, czy jednak sterowane i sponsorowane z zewnątrz działanie tego środowiska na rzecz państw zewnętrznych kosztem Polski, to z pewnych praktycznych powodów sprawa na dziś drugorzędna. Komunistyczne elity w III RP miały zagwarantowane nie tylko miękkie lądowanie i grubą kreskę, ale wręcz stały się głównym beneficjentem transformacji ustrojowej. Podobnie raczej nie jest realistyczne oczekiwanie, że elity III RP w najbliższym czasie poniosą odpowiedzialność za swoje działania noszące znamiona zdrady stanu. Dlatego ich motywy na dziś uznaję za drugorzędne. Najważniejsze jest otrzeźwienie naszego społeczeństwa. Długi czas wielu z nas ciężko było się pogodzić, że Polacy w swojej przeważającej masie wspierają osłabianie i rozmontowywanie polskiej państwowości. Bo głównie do tego sprowadza się władza Tuska i jego zaplecza, w którym widzimy ludzi pokroju Kutza. Na szczęście 10 kwietnia pokazał, że pragnienie silnej Polski tkwiło w nas uśpione, a poparcie dla PO wynikało jednak z wielkiego oszustwa, a nie ze świadomego wyboru społeczeństwa.

Z mentalności Tuska i Kutza czy wcześniej wymienionego Niesiołowskiego wynika, że ludzie ci bezwzględnie grają na osłabienie a w ostateczności zniszczenie polskiej państwowości. Tu leży chyba klucz do zdania „Treuhänder jest potrzebny w Polsce.” Ludzie z tego środowiska są już chyba na swój sposób zmęczeni życiem w stanie ciągłego moralnego upadku. Przejawia się to zmanierowaniem, brakiem ostrożności, skłonnością do funkcjonowania pod wpływem rozmaitych używek. Możliwe, że Kutz wypowiedział to zdanie w chwili słabości, ale tym bardziej powinniśmy zrozumieć, jak daleko zaszły już działania, których ostatecznym celem jest rozmontowanie polskiej państwowości. To jest dzwonek alarmowy. Przed nami długa droga do odzyskania równowagi naszego państwa i stworzenia mu warunków do suwerennego rozwoju. Warunkiem wejścia na tę drogę jest wybór odpowiednich liderów we wszystkich nadchodzących wyborach. Warunkiem utrzymania się na tej drodze jest poczucie odpowiedzialności za kraj wśród nowych elit oraz w całym społeczeństwie.

Klip 1. 11.06.10 w TVN24 w rozmowie z Markiem Migalskim i Kazimierzem Kutzem miała miejsce zdumiewająca i skandaliczna wypowiedź Kutza (2:32): „Treuhänder jest potrzebny w Polsce.”

środa, 28 kwietnia 2010

Sytuacja Polski jest niezwykle groźna

Kocham Polskę i Polaków, a jednocześnie mam wielki żal do głupoty i krótkowzroczności moich rodaków. Mam żal także do siebie, że nie udało mi się zrobić więcej, by w 2007 roku wygrał PiS. Czułem wtedy, że ważą się nasze losy, ale po przegranej nie straciłem nadziei, a już na pewno nie przewidywałem, że sprawy zajdą tak daleko jak dziś.

Polska dziś stacza się już po równi pochyłej do utraty suwerenności. A co my na to? Nie chcę teraz pisać o ludziach zaczadzonych kulturą Wojewódzkiego czy też o tych, którzy ciężko pracując na byt swoich rodzin, nie mieli czasu i możliwości rozejrzeć się wokół siebie. Chodzi mi o prawicę. Kibicowaliśmy PiS z mniejszym czy większym zaangażowaniem, nierzadko z ironicznym dystansem, mierząc tę partię według własnego ideału prawicy. Nawet taka sprawa jak próba uratowania przed zniszczeniem jednego z naszych nielicznych skarbów narodowych, jakim jest TVP z jej archiwami, u wielu z nas budziła odrazę. Bo złe metody, bo obciach, bo gdzieś tam nastąpiło potknięcie. A teraz nagle okazało się, że emocjonowaliśmy się sprawami trzeciorzędnymi. Daliśmy się całkowicie rozpracować i zmanipulować przez zamknięcie się w wygodnych dla przeciwników ramach debaty: że chodzi tylko o afery korupcyjne, o walkę o stołki, a najbardziej to chodzi o wizerunek. Wielu powtarzało uczenie, zgodnie z naukowym marketingiem, że gdyby Jarosław Kaczyński ustąpił miejsca w partii młodszym i ładniejszym, to PiS miałby lepszy wizerunek i dałby radę gładkiemu PO, a wszelkie problemy by się skończyły.

Dziś widać wyraźnie, że byliśmy całkowicie ślepi na to, że gra cały czas toczyła się o suwerenność Polski. Co więcej, okazało się, że nie jest to abstrakcyjna gra, która w regionie, w którym od dziesiątek lat nie było wojen, będzie trwać i trwać. Że możemy spokojnie oddać się - zależnie od preferencji - konsumpcji, niespiesznemu demontowaniu bazy politycznej układu pookrągłostołowego lub kłótniom, która prawica jest najlepsza: Kaczyńskich, Korwina-Mikke, Jurka czy może Dorna albo Gowina (ostatni przykład razi naiwnością, ale wielu nadal chętnie podtrzymuje mit "prawego skrzydła PO"). Narastające napięcie było, co prawda, wyczuwalne, ale nikt nie spodziewał się, że pobudka będzie tak szokująca.

Zmiana koniunktury dla Polski nastąpiła jednak wcześniej, tylko że uśpiony naród tego nie zauważył, a polskojęzyczne media starannie to ukrywały lub wręcz sabotowały próby utrwalenia naszej chwiejnej suwerenności. Przypomnijmy nasze wieloletnie próby zbliżenia się do USA i reakcje polskojęzycznych mediów. Krytyka zaangażowania w Iraku i w Afganistanie. Krytyka kontraktu na F-16. Wreszcie ostre zwalczanie MD (tarczy antyrakietowej). Ta ostatnia inicjatywa mogła rzutem na taśmę uratować naszą suwerenność, a Kaczyńscy za samo to dokonanie mogliby znaleźć się w panteonie mężów opatrznościowych naszego kraju. Negocjacje z administracją Busha były właściwie zakończone. Przypomnijmy, że po zwycięstwie PO w 2007, to właśnie PO zaczęło usilnie szukać dziury w całym i sabotować zakończone już negocjacje, uzasadniając to przed opinią publiczną argumentem zupełnie idiotycznym wobec powagi sytuacji: że chcemy uzyskać od USA baterię rakiet PAC-3 (Patriot). Jedną baterię. W rzeczywistości chodziło o uzyskanie odpowiedniej zwłoki. Nawet po podpisaniu umowy strona Polska zwlekała z ratyfikacją aż do zmiany administracji w USA. Przy spodziewanym zwycięstwie Obamy można było przewidzieć, że nowa administracja straci zainteresowanie dla projektu i tak też się stało. Gdyby jednak Tusk nie był polskim zdrajcą, to zdołałby przeprowadzić projekt do fazy realizacji jeszcze za czasów administracji Busha. A wtedy USA już nie wycofałoby się z tego projektu i dzisiejsza sytuacja geopolityczna Polski byłaby diametralnie inna.

Przypomnijmy w tym miejscu złowróżbne spotkanie przywódców 1 września 2009 na Westerplatte. To tam Putin przy milczącej akceptacji Tuska ogłosił początek budowy w Europie rosyjsko-niemieckiej struktury bezpieczeństwa. Krótko po tym w bardzo znamiennym dniu - 17 września - USA ogłosiło rezygnację z projektu MD. Czechy mogą znowu uznać Polskę za zdrajcę, bowiem to nie Czechy zwlekały z ratyfikacją, by ułatwić naszym wrogom utrącenie tego projektu. Nic dziwnego, że premierowi Czech tę informację przekazał telefonicznie sam prezydent Obama, natomiast Tuskowi - sekretarz stanu Clinton. Właściwie chciała przekazać, bo Tusk wolał zamknąć oczy na swój upadek i nawet nie odebrał telefonu.

Obok doniosłych oficjalnych zdarzeń mają miejsce rozgrywki zakulisowe, walka służb specjalnych. Jaka szkoda, że nie możemy bliżej zapoznać się z tą - z pewnością niezwykle ciekawą - sferą. W 2008 roku pojawiła się niezbyt mocno nagłaśniana, ale wyraźnie słyszalna, informacja o zaginionym oficerze służb specjalnych, był to szyfrant Stefan Zielonka. Bardzo mnie to zainteresowało. Po raz setny a może tysięczny skonstatowałem, że to co za rządów PiS-u spowodowałoby medialną burzę i żądanie natychmiastowego ustąpienia "nieudolnego" rządu, za rządów PO przeszło bez większego echa. Tymczasem wiadomość ta wydawała się bardzo groźna. Czy to nie zastanawiające, że ta sprawa odżyła tuż po katastrofie w Smoleńsku? Jak wiązać te fakty?

Moim zdaniem dla nas, skromnych obserwatorów polityki, może być znaczący nie tyle sam fakt zniknięcia owego Zielonki, co czas i sposób wywoływania tej informacji przez media. Tajemnicze zniknięcia, niezrozumiałe dla postronnych akcje, to zapewne nie jest żadna nowość w świecie służb specjalnych. Tyle że te sprawy dzieją się całkowicie poza wiedzą społeczeństwa. Pełne agentów polskojęzyczne media doskonale wiedzą, co im wolno mówić. Nawet gdyby jakieś niezależne medium, takie jak "Gazeta Polska" i jej znakomici dziennikarze śledczy, jakoś dotarło do śladów sprawy Zielonki, to mainstreamowe media mogłyby - jak to czyniły wiele razy - całkowicie sprawę przemilczeć, ewentualnie dziennikarzy wyzwać od oszołomów. A przy okazji rząd wysłałby na nich ABW i prokuraturę. W takim razie, co oznacza oficjalne medialne nagłaśnianie sprawy zbiegłego lub zabitego Zielonki?

Moja teza jest taka, że jest to jeden z całego zbioru starannie przygotowanych sygnałów skierowanych do naszych sojuszników z NATO. Sygnały te mają na celu pokazanie im, że Polska przestała być liczącym się, wiarygodnym sojusznikiem i jako taka nie zasługuje na to, by nieść jej pomoc. W tym miejscu nie ma najmniejszego sensu wymądrzanie się na temat artykułu piątego. Wiemy doskonale, że Rosja potrafi tak realizować swoje zamiary, by leniwym sojusznikom podać na tacy preteksty do stwierdzenia, że ten artykuł w danej sytuacji nie ma zastosowania. A oni z każdego takiego pretekstu skorzystają z ulgą (Niemcy nawet dogadają z Rosją wszystkie szczegóły jeszcze przed ewentualną akcją).

Polska miała przez kilka chwil szansę na zaistnienie w NATO jako prawdziwie wiarygodny sojusznik. Dwa główne czynniki, które dałyby nam taki status, to rozwiązanie WSI i bliska współpraca z USA w dziedzinie obronności. Obie sprawy były na doskonałej drodze do realizacji za rządów PiS. Po likwidacji WSI, czyli gniazda rosyjskich szpiegów w samym sercu państwa, nasza wiarygodność w NATO wzrosła skokowo. Należało jeszcze kontynuować zakupy uzbrojenia w USA oraz współpracować w dziedzinie MD bez stawiania idiotycznych warunków. Obronność to nie tylko eskadra F-16 czy bateria PAC-3. Wymaga ona niezwykle skomplikowanych rozwiązań systemowych i taką właśnie systemową współpracę w perspektywie wielu lat oferowała nam administracja Busha w przypadku przystąpienia do MD (było to podane wprost w wypowiedziach wysokich urzędników USA). Niestety, po objęciu władzy przez zdrajcę Tuska w 2007 oferta ta została w istocie arogancko odrzucona przez stronę polską.

Przywrócenie do łask agentów WSI oraz odrzucenie bliskiej współpracy z USA było pierwszym radykalnym posunięciem zdrajcy Tuska, które było dla NATO czytelnym sygnałem, że Polska przestaje być wiarygodnym sojusznikiem. W tym właśnie kontekście patrzę na medialne perypetie Stefana Zielonki, osoby która zna polskie i natowskie szyfry i tajemnice, i która po roku od tajemniczego zniknięcia okazuje się prawdopodobnie współpracować z Chinami. Jeśli do tego dołączymy śmierć w katastrofie w Smoleńsku generałów szczególnie zaangażowanych w naszą współpracę w ramach NATO, a przy okazji trudne do oszacowania kolejne straty natowskich tajemnic na rzecz Rosjan, to efekt jest opłakany. Polska może ma jakieś zasługi dla Zachodu, a może nie - to rzecz względna i słabo wymierna. Ale z punktu widzenia wojskowego dla NATO w zasadzie moglibyśmy już chyba nie istnieć.

O NATO można powiedzieć wiele złego, ale nadal jest to jedyna - lepsza czy gorsza, ale jedyna - przeciwwaga w Europie dla potęgi militarnej Rosji. Europa w dużej mierze kocha Rosję swoją ślepą dekadencką miłością, ale również boi się jej. Dlatego nieco powściąga swoje antyamerykańskie kompleksy i chętnie zgadza się na stacjonowanie armii i rakiet USA na swoim terytorium. Jak widać Europa jest jednak o ten przywilej zazdrosna i z ulgą pozostawia Polskę i inne mniejsze państwa własnemu losowi. Przykłady Estonii, Gruzji, Ukrainy są tu całkowicie jednoznaczne. Sprzedając nas (który to już raz?) Rosji, Europa realizuje swoją perwersyjną miłość do tego kraju i - naturalnie - liczy na pełne zabezpieczenie własnych interesów.

Katastrofa w Smoleńsku nie była przypadkiem. Mówienie o tym jest dla Zachodu skrajnie niewygodne, ale w analizach na potrzeby własnej polityki poszczególne państwa przyjmują to jako pewny fakt. Naiwność jest zarezerwowana dla opinii publicznej. W świetle podanego wyżej zarysu sytuacji ten krok Putina wydaje się konsekwentny, ale jest też czymś tak niezwykłym i ważkim, że nastąpiła znacząca zmiana sytuacji. Nastąpiło coś w rodzaju wyłożenia kart w szemranej partii pokera. Gracze zastygli w napięciu, a pod stołem ręce spoczęły na rewolwerach.

Symbolicznie katastrofę w Smoleńsku należy interpretować przede wszystkim jako rzucenie Polski na kolana. W wersji złagodzonej na użytek mediów jest dobrowolne przyjęcie przez słabego protektoratu silnego, co bardzo jasno pokazał teatralny gest Tuska wchodzącego w objęcia Putina. W sferze symbolicznej niezwykle znacząca była też nieobecność przywódców krajów Europy Zachodniej a szczególnie prezydenta USA na pogrzebie pary prezydenckiej przy jednoczesnej obecności prezydenta Rosji, który wbrew bajkom o chmurach pyłowych i zamkniętych lotniskach ostentacyjnie przyleciał i odleciał wielkim odrzutowcem. Oznacza to pełną zgodę na ten nowy układ sił. Widać wyraźnie, że akcja w Polsce jest tylko jednym z szeregu kroków podjętych przez Rosję na rzecz odbudowy imperium. Los Gruzji wydaje się przesądzony, dziś już nikt nie stanie w jej obronie. Pytanie jest tylko, czy faktyczna aneksja nastąpi przed wyborami w Polsce, czy po. Wczorajsze wydarzenia na Ukrainie, protesty przeciwko de facto oddaniu Krymu, pokazują wyraźnie, że i temu krajowi, choć dużo silniej opanowanemu przez rosyjskie służby, nie jest łatwo pogodzić się z nową kolonizacją. W przypadku krajów bałtyckich i Polski Moskwie prawdopodobnie na jakiś czas wystarczy finlandyzacja.

Procesy społeczne nie są bynajmniej bagatelizowane przez ośrodki decyzyjne. Carowi i jego sługom nie zależy na chaosie, zamieszkach, gorących konfliktach, choć w razie potrzeby ręka im nie drgnie, by je rozpętać. Jednak znacznie bardziej praktyczne jest powiększanie strefy wpływów na zimno. Reakcja polaków na tzw. katastrofę w Smoleńsku raczej nie była wkalkulowana. Drugim potknięciem służb Putina był brak na pokładzie obu braci Kaczyńskich. Zwróćmy uwagę, że po katastrofie oczy wszystkich Polaków zwróciły się na Jarosława Kaczyńskiego jako na naturalnego lidera stronnictwa niepodległościowego. Było to oczywiste i dla zwolenników suwerenności, i dla tych, którzy chętnie by ją sprzedali.

Dziś mimo pewnego przebudzenia polskiego narodu, którego zakres i głębokość są zresztą cały czas dyskutowane, nasza sytuacja jest niezwykle groźna. Można stwierdzić, że nasze państwo szybko osuwa się do statusu czegoś w rodzaju nowoczesnej kolonii na styku interesów Niemiec i Rosji, czyli do roli, którą historycznie w różnych formach kraje te usiłują nam narzucić od setek lat. Proces tego osuwania się został radykalnie przyspieszony w chwili katastrofy w Smoleńsku. Należy zadać sobie pytanie, dlaczego Putin zdecydował się właśnie teraz na tak radykalny krok i jakie scenariusze ma rozpisane dalej, bo to że nie zamierza teraz się poddać, jest całkowicie pewne.

Moim zdaniem, konsekwentna polityka Kaczyńskich od wielu lat, spowodowała systematyczny wzrost w społeczeństwie nastrojów patriotycznych i niepodległościowych. Dynamika była może nie do końca dostrzegalna dla nas, ale eksperci widocznie przewidywali, że prawdopodobnym scenariuszem jest zwycięstwo wyborcze Lecha Kaczyńskiego a następnie PiS. A to umożliwiłoby Polsce przetrwanie negatywnej koniunktury geopolitycznej do prawdopodobnej kolejnej zmiany administracji w USA na republikańską. To zaś stworzyłoby szansę na wznowienie zabiegów o bliski sojusz Polski z USA oraz o podmiotowość naszego kraju na arenie międzynarodowej. Putin musiał ten trend powstrzymać. Podobnie wyglądają zabiegi Rosji w innych krajach należących do byłego imperium sowieckiego. Wszędzie tam Rosja właśnie teraz maksymalizuje wysiłki dla utrwalenia swoich wpływów, dopóki USA pod rządami Obamy pozostaje w uśpieniu. Gotowość do użycia w tym celu brutalnej siły Rosja pokazała w Gruzji w 2008 roku w końcówce administracji Busha. Posunięcie się do tak radykalnego kroku jak likwidacja pary prezydenckiej i kilkudziesięciu prominentnych polityków innego państwa w czasie formalnego pokoju jest dziś kolejnym bardzo czytelnym sygnałem dla świata od Putina. Pokazuje to pełną determinację tego kraju w dążeniu do swoich celów. Rosja - jak to ma w zwyczaju - nie cofnie się przed niczym.

Ta ostatnia konstatacja oznacza, że katastrofa w Smoleńsku jest smutnym memento dla Polski. Przebudzenie patriotyczne naszego narodu napawa nas dumą i sprawia, że rosną serca, ale przecież wiemy, że potężny wróg nie po to pokazał swoją miażdżącą siłę i żelazną wolę, by teraz, ot tak, pozwolić nam na samostanowienie. Ze swojej strony proszę wobec powyższego wszystkich przyjaciół, którym suwerenność naszego kraju leży na sercu, o pełną determinację w walce o zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Musimy być jednak gotowi na wściekłą walkę polskich popleczników Rosji oraz na najbardziej podstępne ciosy i prowokacje. Nastąpi powrót do niszczenia wizerunku obu braci Kaczyńskich, szczególnie przez propagandowe lansowanie zupełnie nieprawdopodobnej teorii o tym, że do katastrofy przyczynił się sam prezydent. Mogą szykować do tego celu rozmaite sfałszowane zapisy oraz całą serię wymyślnych sfałszowanych sondaży. Nie możemy też być pewni, czy na Smoleńsku zakończy się na jakiś czas fizyczna likwidacja polskich patriotów. Dla Rosji w każdym razie nie stanowi to najmniejszego problemu, liczy się tylko rachunek zysków i strat. Zwycięstwo w tych wyborach, właśnie dlatego że tak trudne, będzie miało wielką wagę nie tylko dla Polski. Ciężka walka nie zakończy się jednak na nim. Będzie to dopiero początek drogi przebudzonego wielkiego narodu do uzyskania należnego mu miejsca wśród suwerennych państw.

sobota, 17 października 2009

Tusk i Pawlak byli i są zdrajcami

Klip 1. Lech Wałęsa – Zaginione dokumenty. Ten klip przypomina w pigułce przebieg wypadków związanych z ratowaniem postkomunistycznego układu przed zdemaskowaniem. Głównym bohaterem jest Bolek (Lech Wałęsa), którym posłużono się do obalenia rządu Jana Olszewskiego pamiętnej nocy 04/05.06.1992. Warto zwrócić uwagę na to jak gorliwie wtedy wykonywali swoje podrzędne role Tusk i Pawlak – dzisiejszy premier i wicepremier. Dalsza część klipu od 02:10 dotyczy wykradania przez Bolka akt państwowych i mikrofilmów dotyczących swojej osoby.

Donald Tusk (rocznik 1957, 52 lata) i Waldemar Pawlak (rocznik 1959, 50 lat) mogliby być kolegami. Ich drogi polityczne zeszły się na chwilę w nocy 04/05.06.1992 w sejmowym gabinecie, gdzie grupa posłów pod kierownictwem ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy przygotowywała „gangsterski chwyt” – jak nazwał to sam Pawlak (paradoksalnie jedyny, którego ruszyło sumienie) – w celu obalenia rządu Jana Olszewskiego. Rząd ten w imię żywotnych polskich interesów był gotów naruszyć potężne interesy mafii, szemranego biznesu i obcych wywiadów, dla których teren Polski i jej państwowy majątek rozkradany na potęgę to było wtedy prawdziwe eldorado. W swojej determinacji Olszewski zamierzał ujawnić listy byłych agentów SB wśród czołowych polityków i to wystarczyło, by wywołać ogromną mobilizację niemal wszystkich stron sceny politycznej w celu zatrzymania tych działań. Przeciwnik był wtedy zbyt silny, a po zażegnaniu niebezpieczeństwa okopał się jeszcze mocniej. Warto jednak tamte wydarzenia stale przypominać, by wspomagać naturalną tendencję do wypływania prawdy na wierzch. Proces ten będzie drążył skałę tak długo, aż nie zostanie zakończony.

Na początku klipu słyszymy posła wywodzącego się z opozycji z czasów PRL, Kazimierza Świtonia, który wypowiedział słynne słowa: „Pragnę powiedzieć, że na drugiej liście jest pan prezydent jako agent Służby Bezpieczeństwa.” W istocie postępowanie Wałęsy zaczęło budzić wątpliwości u bardziej świadomych obserwatorów dość wcześnie. Problem polegał na tym, że pod koniec lat 80. Wałęsę kryli wszyscy: komunistyczna władza była żywotnie zainteresowana w uwiarygodnianiu swojego człowieka jako lidera opozycji, a zachodnim rozgłośniom radiowym nadającym po polsku brakowało szczegółowych informacji lub prowadziły własną grę. Niemała liczba osób autentycznie walczących z komuną w kluczowym roku 1989 i wyczuwających przekręt nie miała siły przebicia, by zahamować niedemokratyczne przejmowanie rzekomo demokratycznie wybieralnych 35% miejsc w Sejmie i 100% miejsc w Senacie przez Komitety Obywatelskie Wałęsy i niedopuszczanie kandydatów spoza kliki.

Jeszcze w czasie debaty telewizyjnej Wałęsa-Miodowicz 30.11.88 patrzyło się na Wałęsę z jakąś nadzieją, choć już wtedy mocno dawało do myślenia, że fala strajków z sierpnia 1988 była nieprzyjemnym zaskoczeniem nie tylko dla władz, ale i dla opozycji... A organizacja strajku wymagała rzeczywistej woli walki. Wtedy jeszcze częste były pacyfikacje przez ZOMO i wiadome konsekwencje dla liderów. Wałęsa, prowadząc swoją politykę, niczym już nie ryzykował w tym czasie (w rzeczywistości – jako człowiek służb – nigdy nie ryzykował). Większe wątpliwości, co do prawdziwego sensu gry prowadzonej przez „Solidarność” Wałęsy, wzbudziło już pokazane przez tv powitanie Wałęsy i Jaruzelskiego, gdy pierwszy raz spotkali się 18.04.89 – Jaruzelski: „Góra z górą...”, Wałęsa: „Tym razem chyba się nie rozejdziemy”, Jaruzelski: „Wszystko dla dobra Polski.” Całkiem możliwe, że ta gładka wymiana zdań była wyreżyserowana. Wszystko stało się jasne po odrażających próbach przepchnięcia rządu Kiszczaka, a potem po powstaniu rządu Mazowieckiego z resortami siłowymi obsadzonymi przez komunistów oraz po wyborze Jaruzelskiego na prezydenta. Lepiej zorientowani w prywatnych rozmowach wprost nazywali Wałęsę ironicznie Bolkiem. Tymi zorientowanymi, nawet częściej niż ideowi lecz często naiwni zwolennicy „Solidarności”, byli dobrze ustawieni myślący komuniści, ci sami, którzy środowisko młodych entuzjastycznych i nieświadomych przekrętu, jakiego są częścią, zwolenników dekomunizacji nazywali pogardliwie pampersami.

Zdanie o agenturalności Wałęsy rzucone z sejmowej trybuny przez Kazimierza Świtonia było ważne. W dzisiejszym nazewnictwie można by powiedzieć, że dokonało ono pierwszego nieznacznego wyłomu w oficjalnej narracji o pokojowym przekazaniu władzy opozycji przez reżim PRL – w rzeczywistości o żadnego przekazania władzy nie było, zmieniły się tylko formy administrowania Polakami. W artykule z 2007 Wyborcza w charakterystycznym ociekającym jadem stylu opisuje zdarzenia z 1992: „Poseł Sławomir Siwek z PC próbuje starego tricku – zgłasza wniosek o utajnienie obrad. W chwilę później Kazimierz Świtoń krzyczy z mównicy: «Prezydent Wałęsa jest na drugiej liście jako agent SB!»” Jak można usłyszeć, nie było żadnych krzyków, tylko Wyborcza – jak zawsze – broni agentów, sugerując, że zwolennicy ich ujawnienia to niebezpieczni maniacy. Interesujący jest fakt, że zdanie Świtonia wykreślono ze stenogramu obrad i to na wniosek... posła Jana Rokity. Na następny poważniejszy wyłom w narracji trzeba było czekać niestety aż 16 lat do ukazania się książki Cenckiewicza i Gontarczyka.

Przyjrzyjmy się roli jaką w wydarzeniach 1992 roku odegrali młodzi wtedy lecz gorliwi kandydaci na przyszłych namiestników Polski: Tusk i Pawlak. Będąc ledwo po trzydziestce, należeli wtedy do politycznej młodzieży. Podczas gdy mafioso Wałęsa organizował na zapleczu przewrót z potencjalnie niepewnymi klubami, inni mafiosi – Geremek, Kwaśniewski – zabezpieczali operację w Sejmie, o ich wsparcie Wałęsa nie musiał się martwić. Tacy ludzie jak Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Jan Olszewski, z determinacją dążyli do prawdziwego oczyszczenia polskiej polityki i ponieśli za to wysoką cenę jako politycy – byli zwalczani za pomocą służb specjalnych (koordynował to płk Jan Lesiak, co udowodniono w sądzie w 2007), oczerniano ich w mediach zmonopolizowanych przez środowisko Michnika, byli w dużej mierze pozbawieni kontaktu ze społeczeństwem poprzez wykluczanie ich osób oraz idei z przestrzeni publicznej.

Jak widać w klipie, Tusk i Pawlak nawet przez chwilę nie mieli wątpliwości, po czyjej stronie stanąć. Dialogi jak z filmu sensacyjnego. Wałęsa: „Słuchajcie, bo jak nie przejdzie [Pawlak], to jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji.” Tusk: „Jak SLD nie skrewi, to przejdzie.” SLD miałoby skrewić? Żart? Niekoniecznie. Tusk na tym zebraniu zdominowanym przez graczy z wyższej ligi nie ma nic do powiedzenia, jest tylko takim gówniarzem z ambicjami. Toteż odzywa się nie dlatego, że ma coś ważnego do powiedzenia, ale by podkreślić swoje gorliwe zaangażowanie w tę sprawę i by nie zostało mu to zapomniane. Kto wie, może gdyby wtedy zdystansował się od tego szemranego towarzystwa, milcząc wyniośle, dziś nie byłby premierem. W każdym razie Tusk wolał nie ryzykować. By podkreślić swoją przynależność do grupy, poufale użył paragangsterskiego języka: „jak SLD nie skrewi”.

Ciekawie ogląda się także wylęknionego Pawlaka, gdy powtarza przed Wałęsą wyuczoną lekcję: „Potem, po powołaniu, składam podziękowanie, «sytuacja jest dramatyczna», wniosek o MSW i MON. I czyszczę sobie UOP.” Za chwilę wygłasza w Sejmie swoim charakterystycznym, dobrze znanym dziś tonem: „Sytuacja stała się dramatyczna.” Zapis narady został wykonany na potrzeby Wałęsy, który nie chciał, by – w przypadku ewentualnych problemów – całą odpowiedzialność za przewrót zrzucono na niego. Taśmy w żadnym razie nie miały przeniknąć do opinii publicznej. Przegrany pokątnie materiał VHS wyciekł przez niedbalstwo pewnych osób i determinację innych – za coś takiego łatwo można zostać „uciszonym”. Opinia publiczna poznała ten materiał z filmu Jacka Kurskiego Nocna zmiana z 1994, który został raz wyemitowany w publicznej tv w 1995 i do czasu upowszechnienia się Internetu i sieci P2P w bieżącej dekadzie był słabo dostępny. Dopiero gdy film stał się popularny, napisała o nim Wyborcza w swoim charakterystycznym nienawistnym stylu. Tymczasem w 1998 ukazał się album Kultu Ostateczny krach systemu korporacji z piosenką Lewy czerwcowy nawiązującą do Nocnej zmiany a w szczególności wyśmiewającą niewdzięczne zadanie, jakie otrzymał młody Pawlak. Kazik Staszewski nie bez ironii wtedy śpiewał: „Tak panie Waldku, pan się nie boi / Dwie trzecie Sejmu za panem stoi / Panie Waldku, pan się nie boi / Cały naród murem za panem stoi.” ... „Panie Waldku, pan się nie boi / Pan prezydent także za panem stoi.”

W klipie zwrócono uwagę także na postać Tomasza Bańkowskiego (Polski Program Gospodarczy, inaczej: Duże Piwo, czyli frakcja Polskiej Partii Przyjaciół Piwa Janusza Rewińskiego). Później Bańkowski dołączył do posłów z KLD w klubie poselskim Polski Program Liberalny, a po powstaniu PO w 2001 zapisał się do tej partii. W trakcie nocnej zmiany Bańkowski przemawiał: „Pan Waldemar Pawlak (...) mam nadzieję, że będzie w stanie sformułować rząd, który będzie służył dobrze Polsce Ludowej... Polsce... przepraszam [na sali śmiech, oklaski]”

Tusk i Pawlak w 1992 potwierdzili swoją przynależność do klubu zdrajców. Historia zatoczyła koło i w 2007 z błogosławieństwem emerytowanego już Bolka-Wałęsy ponownie gorliwie przyłożyli się do przerwania działania patriotycznego rządu. Tym razem był to rząd Jarosława Kaczyńskiego. Tym razem Tusk przeszedł kilka szczebli wyżej w hierarchii i został namaszczony na mafiosę z pierwszego szeregu, może nawet myśli, że coś rozgrywa. Zwróćmy uwagę, że Pawlak był na tym etapie znacznie wcześniej, a mianowicie w czasie swoich 33 dni po obaleniu rządu Olszewskiego oraz w latach 1993-1995. Jakikolwiek jest dziś prawdziwy cel Tuska, widać na zdrowy rozsądek, że nie da się wziąć odpowiedzialności za swoje rządy przed historią i jednocześnie sprawować funkcję premiera tak nieudolnie jak Tusk. Nawet jeśli dziś maska PR-u i osłona medialna względnie dobrze działa, to z perspektywy jakiś 5 lat nędza i błazeństwo rządu Tuska będą już całkowicie oczywiste.

Moim zdaniem nie należy łudzić się, że afera hazardowa i afera stoczniowa wyczerpują repertuar tego rządu. Sytuacja w Polsce dziś intensywnie zmierza w kierunku samowoli mafii oraz służb (polskich i obcych) charakterystycznej dla lat 90. Dla doświadczonego obserwatora wykrycie afer przez ostatnią zdolną do tego służbę, czyli CBA, nie jest zaskoczeniem, a w udostępnionych stenogramach zwraca uwagę nie głupota uczestników zdarzeń, którą kłamliwie podkreśla oficjalna propaganda. Zwraca uwagę raczej ich uzasadnione poczucie bezpieczeństwa i bezkarności. Podobnie było w latach 90., gdy złapany gangster wysokiej rangi ze śmiechem oznajmiał oficerowi śledczemu lub prokuratorowi, że za kilka dni go wypuszczą. I rzeczywiście, po kilku dniach przychodziło z góry polecenie zwolnienia pod byle pretekstem, a nadgorliwy glina czy prokurator był w najlepszym razie odsuwany od sprawy. Jeśli dalej był zbyt dociekliwy, to sam prosił się o poważne kłopoty, których początkiem było zdegradowanie czy utrata pracy. Nieliczne w porównaniu z rozmiarami procederu, lecz nagłaśniane, policyjne akcje przeciwko gangom były w rzeczywistości elementem wojny gangów. Przypomina się też „Pershing”, który będąc szefem największego polskiego gangu odpowiedzialnym za wiele morderstw, odsiadywał 4-letni wyrok w komfortowych warunkach, kierując swoim imperium z więzienia.

W latach 00. bossowie zalegalizowali swoje mafijne kapitały i ulokowali je w legalnym biznesie. Początek rządów zdrajców Tuska i Pawlaka to dla tych „biznesmenów” – jak pokazują afery – sygnał do powrotu na większą skalę do macierzystej branży. O ile jednak prominentni politycy SLD pełnili w ówczesnych rozgrywkach funkcję podmiotową, o tyle politycy PO są dziś tylko miernymi wykonawcami przygotowującymi grunt dla powrotu „prawowitych” administratorów Polski rodem z PZPR-SLD. Przygotowanie to polega na wprowadzaniu do służb specjalnych ludzi pracujących dla SLD i KGB, m.in. z rozwiązanego przez rząd PiS WSI, oraz likwidacji CBA. To jest dziś prawdziwy cel i jedyny sens sprawowania funkcji premiera przez Tuska.

środa, 14 października 2009

Z Tuska złazi farba

Absurdy rządowo-medialnej narracji

Nawet kompromitująca afera nie musi spowodować natychmiastowego spadku notowań takiej partii jak Platforma Obywatelska oraz jej lidera – premiera Donalda Tuska. Pojawiają się kolejne dowody na to, że wielu czołowych polityków tej partii jest uwikłanych w ciemne interesy i służy nie państwu a podejrzanym wpływowym grupom. Donald Tusk w obliczu takich wstrząsów nie wykonał tak naprawdę ani jednego realnego posunięcia, stosuje jedynie szereg nie zawsze spójnych technik PR-owskich. Zaczyna od stwierdzenia, że nie było żadnej afery, stosując przy tym logikę, że warunkiem koniecznym wystąpienia afery jest wystąpienie przestępstwa, a tego ujawnione stenogramy – jego zdaniem – nie dowodzą, a czego dowodzą nieujawnione – nie może powiedzieć, bo są tajne.

Mało tego, mamy uwierzyć, że jego ludzie w rzeczywistości mieli dobre intencje: chcieli najlepszej dla państwa ustawy hazardowej i najkorzystniejszej dla państwa sprzedaży stoczni. „Pseudoafery” wzięły się stąd, że do realizacji swoich dobrych intencji zabrali się bardzo nieudolnie, oraz stąd, że CBA to służba, która szuka korupcji głównie w szeregach partii władzy, zamiast skupić się na mniej drażliwych tematach. Jednocześnie PO to partia mająca najlepszych profesjonalistów i zawodowców w sprawach ekonomicznych oraz najwyższe standardy. Dalej Tusk usuwa z rządu szereg ludzi, zapewniając jednocześnie społeczeństwo o tym, że do tych wyrzuconych ma pełne zaufanie, jednak do wyrzucenia ich zobowiązują go właśnie najwyższe standardy etyczne obowiązujące w jego partii (?!). Odgrywa jednocześnie surowego – który karze za błędy i dobrego – który wszystkim ufa, wszystkich kocha i nikomu nie robi krzywdy. Co prawda idzie na wojnę z PiS-em, ale to nie kłóci się z główną narracją miłości, gdyż PiS jest w oficjalnej narracji traktowany jako ciało obce, wrzód do wycięcia, wataha, którą należy dorżnąć. W narracji o Tusku bardzo ważne jest to, że jest on świetnym liderem. Nie mogą tego w żadnym razie podważyć takie fakty jak otaczanie się nieudolnymi ludźmi czy brak panowania nad ich działaniami, a nawet osobiste zaangażowanie się w kompromitujące rozmowy z Katarem na najwyższym szczeblu w sprawie ustawionego przetargu. Zawsze winni muszą być niekompetentni wykonawcy, a lider pozostaje nieskazitelny.

Premier używa srogich zapewnień, co do chęci rozprawienia się z choćby ewentualnością korupcji lęgnącej się w szeregach PO, a ma temu posłużyć komisja sejmowa do spraw afery hazardowej. Jednocześnie bojowy nastrój platformersów prących do wojny z PiS-em oraz przejmujących CBA pokazuje, że wynik prac tej komisji jest przesądzony. Zdaniem Tuska i jego ludzi ta komisja ma błyskawicznie dojść do wniosku, że nie było żadnej afery, podejrzani z Platformy są czyści jak łza, a cała historia była wynikiem intrygi piekielnych Kaczyńskich i piekielnego CBA. Na szczęście dzielny i mądry Tusk obronił skoncentrowane w PO siły dobra oraz – przy okazji – wszystkich Polaków przed tymi piekielnymi zakusami i ostatecznie wykorzenił zło z naszego świata. Dopiero wtedy mógł nareszcie... nie odpocząć! Zająć się prawdziwym rządzeniem krajem. Happy end. Ten eschatologiczny typ myślenia jest widoczny w szeregach PO od kilku dni – są karni, zmobilizowani i zdeterminowani. Wydawałoby się jednak, że wspinając się na wyżyny absurdu, nie dojdą do mówienia w kategoriach świętej wojny zupełnie wprost. Oto jednak oryginalne wypowiedzi jednego z głównych kapciowych Tuska, Sławomira Nowaka, z wywiadu, który ukazał się w Polska 10.10.09:

Ludzie Platformy ufają Tuskowi, nawet jeśli nie rozumieją jego decyzji?

On nie jest żadnym nawiedzonym mistykiem, który ma olśnienia, ale na pewno jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem i nieprawdopodobną intuicją. Premier zawsze szuka niestandardowych rozstrzygnięć i na tym też polega jego siła. Obrady klubu zakończył ostatnio sformułowaniem: „nie traćcie ducha”. Biblijnie, powiało świeżą bryzą.

(...)

Na co ma Pan teraz ochotę?

Wrócić do domu, być z rodziną. Trochę pogadać o tym.

I co będzie dalej?

Spotkamy się ze znajomymi, pójdziemy na spacer, może skoczymy do zoo w Oliwie.

Zobaczyć tygrysa?

Tak. I powiem dzieciom: to jest taki przyczajony tygrys, ukryty smok, zupełnie jak pan premier. [śmiech]

Rozumiem, że mając słabą orientację w politycznych wydarzeniach i oceniając je tylko przez pryzmat serwisów informacyjnych, można zgodzić się z powtarzanymi do znudzenia propagandowymi deklaracjami, że CBA było policją polityczną PiS-u, a w rządzie PO nie było żadnych afer. Nie sposób jednak nie zauważyć w rządowo-medialnej narracji przytłaczającego nagromadzenia absurdu. Jest to ważne spostrzeżenie i tym, którzy zachowali resztki rozsądku na pewno da to do myślenia. Należy jednak sobie zadać pytanie, czy najwierniejsi zwolennicy PO głosowali na tę partię, kierując się zdrowym rozsądkiem? Czy medialne zarzuty pod adresem PiS z czasów wyborów 2007, że ta partia wszystkich podsłuchuje i zwykłym biednym ludziom wchodzi o 6 rano do domów, a na dodatek – jak nic – zamierza wprowadzić w Polsce stan wojenny, czy te zarzuty mają coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem? Raczej nie, i tu jest chyba klucz do zrozumienia nagromadzenia absurdu w dzisiejszej narracji Tuska. On swoje przemówienia i działania kieruje do swojego żelaznego elektoratu.

Problem Tuska z żelaznym elektoratem PO

Jaki jest prawdziwy sens popierania takiej partii jak PO wśród jej żelaznego elektoratu? Typowa afera gospodarcza na tym elektoracie nie robi wrażenia – raczej traktuje on korupcję jako nieodłączny element życia polityczno-gospodarczego. Wydaje mi się, że ostatnie 2 afery Tuska są dla tego elektoratu w pełni akceptowalne. Sensem pierwszej, afery hazardowej, było w końcu, ogólnie biorąc, zmniejszenie opodatkowania oraz zwiększenie dostępności automatów do hazardu, co daje się wpisać w bezkompromisowe wspieranie wolności gospodarczej. Sensem drugiej, afery stoczniowej, było ustawienie przetargu, co jest, co prawda, zaprzeczeniem wolności gospodarczej, ale za to daje się wpisać w determinację urzędników, by pozbyć się wreszcie nierentownych stoczni i „kłopotliwych” stoczniowców. Wykrętne tłumaczenia Tuska i jego ludzi, usunięcie ministrów ze stanowisk – to daje się wyjaśnić stanem wyższej konieczności. Zmiany w rządzie nie cieszą żelaznego elektoratu jako sprzeczne z przyjętym wizerunkiem PO, ale dają się usprawiedliwić koniecznością utrzymania poparcia u tych, którzy „nie rozumieją polityki w pełni” i prymitywnie „domagają się głów”. Dla żelaznego elektoratu ciężkim grzechem Tuska mogłaby być najwyżej jakaś ewidentna żenująca gafa, ale ponieważ na ogół to media decydują, co i kiedy jest gafą, Tusk z tym na razie nie ma problemu.

Główną przesłanką przynależności do żelaznego elektoratu PO jest chyba potrzeba zaakcentowania przynależności do pewnej grupy. Jest to szczególnie widoczne wśród elit, zwanych też salonem, gdzie popieranie Tuska i PO, to jeden z podstawowych towarzyskich obowiązków. Wyrwanie się z poparciem dla PiS jest traktowane jako nietakt właściwie wykluczający z towarzystwa. Co ciekawe, popieranie PO nie jest traktowane jako „polityczne”, natomiast ten, kto popiera PiS, musi otrzymać od razu łatkę jakiegoś podejrzanego politycznego aktywisty, wręcz oszołoma. Na podtrzymanie tego stanu wśród elit wydatnie wpływa sieć zależności finansowych związanych z przepływem pieniędzy głównie w branży rozrywkowej i telewizyjnej.

W Polsce istnieje także potężna grupa społeczna, która głęboko podświadomie czuje potrzebę ciągłego potwierdzania swojej przynależności do „lepszego towarzystwa”. A wymagania stawiane szaremu obywatelowi, by do tego lepszego towarzystwa dostać przepustkę są w sumie niewielkie: bezwarunkowe popieranie PO (dla pozyskania aktualnych argumentów wystarczy od czasu do czasu zajrzeć do Gazety Wyborczej i TVN24), gorliwe udawanie znawcy towarzyskich nowinek takich jak suschi, czy też zachwycanie się beznadziejnym humorem Szkła kontaktowego (widzowie niemal obowiązkowo zaczynają swoje telefoniczne opinie od „szkiełko to wspaniały program”, „jesteście moją ulubioną parą” i kontynuują: „te Kaczory to bezmózgie kreatury, jak ja ich nienawidzę, zróbcie coś, żeby ich wreszcie nie było”). Zagospodarowanie tej przemożnej potrzeby awansu towarzyskiego swego czasu pozwoliło osiągnąć wysokie poparcie społeczne Unii Wolności, a dzisiaj jej duchowemu i politycznemu spadkobiercy – Platformie Obywatelskiej. Ten specyficzny snobizm na PO zauważył Marek Migalski. Potraktował to jako słabość tej partii i znakomicie punktuje. Nic dziwnego, że jest on dziś traktowany przez salon jako jeden z głównych wrogów.

Z powyższego wynika, że wśród żelaznego elektoratu Tuskowi i Platformie nie zaszkodzi absurdalność narracji, może natomiast jak najbardziej zaszkodzić wizerunek polityków obciachowych. Z ostatnich wydarzeń najbardziej zaszkodził Tuskowi nie Chlebowski załatwiający ciemne interesy z Sobiesiakiem, tylko Chlebowski, który poci się jak szczur pod naciskiem oczekiwań swojego patrona rzucającego „kurwami”, a potem żałośnie wije się na konferencji prasowej przed dziennikarzami. Zaszkodził Chlebowski spotykający się ze swoim patronem pokątnie na stacji benzynowej jak podrzędny gangster zamiast w wyszukanym lokalu jak boss z bossem. Zaszkodził – nie Drzewiecki jako minister tolerancyjny dla kolosalnej korupcji w sporcie, ale Drzewiecki jako Miro, który szuka okazji by gdzieś zachlać, nieważne czy w kraju, czy za granicą, a potem obnosi się ze swoją czerwoną pijacką mordą, co przy okazji ostatnich wydarzeń wszyscy sobie dobitnie uświadomili. Nieudolność Tuska też jest pomijalnym szczegółem wobec takiego obciachu jak stwierdzenia Nowaka: „Tusk jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem.” „Pan premier to taki przyczajony tygrys, ukryty smok.” Paradoksalnie z Tuska dziś złazi farba i dzięki Markowi Migalskiemu, i dzięki Sławomirowi Nowakowi z jego psalmami pochwalnymi.

Scenariusze polityczne

Mimo dość gwałtownego przełamania politycznej sztampy ostatnich 2 lat, proces przeformatowania elektoratu nie nastąpi z dnia na dzień. Dla dobrego zrozumienia procesów zmian sympatii wyborczych w społeczeństwie niezbędne wydaje się doświadczenie życiowe, otwartość na ludzi i kontakty z wieloma środowiskami. To lepsze dla zrozumienia elektoratu niż socjologiczne studia. Spróbujmy jednak spojrzeć na te procesy z najbardziej ogólnej perspektywy. Spójrzmy najpierw na przybliżone wyniki wyborów parlamentarnych 2007 w liczbach bezwzględnych: PO – 6,5 mln, PiS – 5 mln, LiD – 2 mln, PSL – 1,5 mln, 1 mln – pozostałe partie, które nie przekroczyły progu wyborczego. Razem 16 mln. Frekwencja 54% została uznana za bardzo wysoką i zapewne w kolejnych wyborach parlamentarnych 2011 nie będzie ona wyższa.

Pierwsze ważne spostrzeżenie jest takie, że na 3,5 mln wyborców głosujących na LiD i PSL można liczyć chyba w znikomym stopniu. Przy LiD w ostatnich wyborach został chyba tylko najtwardszy postkomunistyczny elektorat. Jedynie wśród wyborców PSL mogła się znaleźć pewna liczba zdezorientowanych „politycznych rozbitków”, zwłaszcza, że był wtedy budowany wizerunek PSL jako partii spoza układów „tych” i „tamtych”, „nieskażonej” udziałem w rządach. Dopiero po wyborach zaczęto więcej mówić o PSL jako byłym koalicjancie SLD. Pozostałe mniejsze partie to głównie Samoobrona i LPR, które w warunkach konfliktu między PiS a byłymi koalicjantami przed wyborami 2007 także mogły przyciągnąć głównie elektorat zdecydowanie sprzeciwiający się PiS. Wraz z postępowaniem politycznej edukacji społeczeństwa, można spodziewać się tendencji do zmniejszania liczby głosów na partie, które nie przekraczają progu, załóżmy, że w kolejnych wyborach będzie ich 0,5 mln – te głosy uznajmy za „zmarnowane”, nie będą brane pod uwagę w dalszej analizie. Na tym etapie analizy mamy więc 4 mln głosów, mówiąc w dużym uproszczeniu, na formacje postkomunistyczne. Głosy „postkomunistyczne” zasilą SLD i PSL lub też – jeśli zajdzie taka konieczność – jakąś nową postkomunistyczną mutację, na przykład SD.

W przypadku PiS możemy mówić o twardym elektoracie, który potwierdzają nawet stronnicze sondaże preferencji politycznych, i wynosi on ok. 4 mln Polaków. Do tego w ostatnich wyborach doszło 1 mln niezdecydowanych, którzy obecnie przynajmniej sondażowo dołączyli do elektoratu PO. Jedynym potencjalnym elektoratem PiS-u jest więc twardy elektorat tej partii oraz ta część wyborców o chwiejnych poglądach, która w 2007 roku wybrała PO lub PiS, kierując się jakimś ogólnym obrazem wyłaniającym się z medialnego szumu. Wśród wyborców PO była spora część elektoratu postkomunistycznego, która w 2007 roku na wyraźne sygnały liderów obu ugrupowań – PO i LiD – przeniosła poparcie na PO. Ten ostatni aspekt można w tej analizie pominąć. Przyjmijmy też dla uproszczenia, że żelazny elektorat PO, czyli niereformowalne wykształciuchy (bliższe rosyjskiemu terminowi образованщина wprowadzonemu przez Aleksandra Sołżenicyna byłoby może określenie: wykształceniec), oraz część elektoratu postkomunistów przetransferowana z LiD w 2007 to ok. 4 mln ludzi. Zostaje szacunkowe 3,5 mln niezdecydowanych Polaków, w większości uczciwych porządnych ludzi, których politykowanie razi i męczy, na co dzień raczej od tego uciekają, a ich szczątkowa wiedza na ten temat pochodzi głównie z pobieżnie przyswajanych informacji medialnych. Warto zdać sobie sprawę, że w praktyce to o ich serca toczy się walka.

Można sobie wyobrazić wiele scenariuszy, które tu odrzucam, by nie przedłużać wywodu. Katastrofalne byłoby na przykład każde pęknięcie po prawej stronie, czy to wewnątrz PiS, czy poprzez powstanie innej partii prawicowej w istotny sposób odbierającej głosy. Łatwo też sobie wyobrazić pesymistyczny scenariusz, w którym PiS nieznacznie zwiększa stan posiadania, ale zostaje z łatwością rozegrany politycznie przez pozostałe partie, które w tej czy innej konfiguracji zawsze będą reprezentować elity rządzące Polską od 20 lat.

Scenariusz 1. Przesunięcia na scenie politycznej (możliwy w przypadku przyspieszonych wyborów)

Załóżmy, że PiS przyciąga do siebie ok. 2 mln niezdecydowanych wyborców (PiS – 6 mln, PO – 5,5 mln, postkomuniści – 4 mln) – tyle wystarczy, by uzyskać przewagę nad PO, ale bez większości bezwzględnej. Ten wariant był chyba rozważany przed wyborami 2007. Takie nazwiska jak Rokita czy Płażyński miały grać na rozłam w PO, które po przegraniu kolejnych wyborów znalazłoby się w kryzysie. Gdyby tak jeszcze do Sejmu nie wszedł PSL, to PO wtedy wizerunkowo dystansujące się od koalicji z SLD byłoby w poważnych tarapatach. Teraz taki wariant jest jednak już całkowicie nieaktualny. Po zwycięstwie wyborczym nastąpiła silna integracja zaplecza politycznego i biznesowego PO. Poza tym w PO chyba już nie ma ludzi przyzwoitych, którzy chcieliby odejść z tej partii w imię dobra Polski, owego mitycznego prawego skrzydła tej partii. Próbny balon z puszczeniem plotki, że do rządu Tuska miałby wejść Włodzimierz Cimoszewicz pokazuje, że to środowisko nie czuje żadnych oporów nawet przed otwartą współpracą z postkomunistami i akceptacja tego stanu rzeczy przechodzi na żelazny elektorat. Cicha współpraca PO z SLD w samorządach kwitnie od samego początku istnienia PO, słynny układ warszawski Piskorskiego oraz układ krakowski Majchrowskiego to tylko 2 przykłady, a jest ich znacznie więcej. W istocie jest to układ sitw oplatających Polskę, zwany czerwono-różową nomenklaturą. Coraz mniej ludzi pamięta o PRL i PZPR, a wszystko da się wytłumaczyć koniecznością działań na rzecz „niedopuszczenia do władzy Kaczyńskich”. Można przyjąć, że w tym scenariuszu powstałaby wielka koalicja PO+SLD+PSL lub partii o innych nazwach, ale wywodzących się z tych samych środowisk. Głównym celem rządów tej koalicji byłaby konserwacja wpływów dotychczasowych elit: w instytucjach państwowych, mediach, biznesie. W istocie proces ten jest aktualnie bardzo intensywnie prowadzony – następuje rozdawanie stanowisk wśród „swoich” oraz dalsze przejmowanie wszelkich istotnych dziedzin biznesu (tu zielone światło mają szczególnie ludzie związani z SLD). Jednocześnie zadbano by bardzo starannie, aby nie zostały więcej popełnione takie błędy wizerunkowe, które doprowadziły do przegranej i naruszenia interesów establishmentu w latach 2005-2007. Kto wie, może posunięto by się do dyskretnego uciszenia stron internetowych i blogerów „siejących zamęt”. W sprawach zagranicznych należy się w tym scenariuszu spodziewać najdalej posuniętego klientelizmu wobec Brukseli, Berlina i Moskwy.

Scenariusz 2. Przetasowania na scenie politycznej (możliwy w przypadku terminowych wyborów)

PiS przyciąga do siebie ok. 3 mln niezdecydowanych wyborców (PiS – 7 mln, PO – 4,5 mln, postkomuniści – 4 mln). Przy 7 mln głosów na PiS – partie establishmentu – czy postkomunistyczne SLD, czy jakaś nowa, miałyby ogromny problem, by nawet wspólnymi siłami uzyskać władzę. Musiałyby podobnie jak w 2007, ale na jeszcze większą skalę, zmobilizować maksymalną ilość elektoratu do głosowania na tylko jedną z nich, ordynacja bowiem przy rozdziale mandatów wyraźnie preferuje największe partie. Z tym wiąże się problem – mobilizacja na tak wielką skalę musiałaby się wiązać z praktycznym porzuceniem jakichkolwiek pozorów. Byłoby to w istocie przejście ogłoszonej przez Tuska wojny politycznej z opozycją w fazę pełzającej wojny domowej, gdzie takie zdarzenia jak pobicie i próba skompromitowania aktorki, która przeszła na stronę opozycji, to drobiazg. Na wypadek większych przetasowań PO jest już raczej spisana na straty, na pożarcie przez gniewny tłum. Być może na nową taką partię szykowane jest SD, które przejmie „wykształciuchów” po podupadłym PO i otrzyma zdyscyplinowany elektorat SLD. Do tego pomoc medialna i sondażowa może zdziałać cuda. Szansą dla sił patriotycznych jest fakt, iż społeczeństwo coraz lepiej orientuje się w skali medialnej manipulacji, jakiej jest poddawane, a upadek PO będzie tu istotną lekcją, podobnie jak wcześniej niesławny upadek Unii Wolności w 2001. Pamiętajmy, że Gazeta Wyborcza tak samo wściekle agitowała wtedy za UW jak dziś za PO. Tyle, że agitacja za UW była posłannictwem, a dzisiejsza agitacja za PO to tylko deal, o czym Wyborcza od czasu do czasu przypomina. Zadaniem PO przed całkowitym upadkiem jest dziś pogrążenie PiS, a istotnymi krokami – likwidacja instytucji takich jak CBA czy IPN, które działają wbrew elitom. Spodziewany w 2010 roku kryzys (ten prawdziwy, a nie obecna recesja niefrasobliwie nazywana kryzysem) spowoduje prawdziwe przetasowania na scenie politycznej. Można się spodziewać niesłychanej agresji i działań przy wykorzystaniu wszelkich środków, by zniszczyć PiS i nie dopuścić do realizacji tego scenariusza. Zapewne dlatego kazano Tuskowi przejąć CBA bez oglądania się na przepisy prawne. Moim zdaniem jest to niepokojący sygnał zwierania szyków przed spodziewanymi niepokojami społecznymi. Do zniszczenia PiS-u będą zapewne wykorzystywane także służby specjalne, co będzie niejako powtórką z lat 90. Sądzę, że w najbardziej tajnych komórkach służb specjalnych dziś ćwiczy się pacyfikowanie manifestacji od wewnątrz poprzez podstawianie prowokatorów, przejmowanie roli liderów i inne zaawansowane metody, nad którymi „świat miłości i postępu” zapewne intensywnie pracuje.

Sens

To tylko prognozy budowane na podstawie pewnego doświadczenia, intuicji, wynikających z długoletniej obserwacji polityki. Chętnie dowiem się, co myślą inni na ten temat, tym bardziej że budowanie takich prognoz i scenariuszy jest zawsze bardzo potrzebne. Są one bowiem budowane na pewnych założeniach, które można w przyszłości weryfikować, obserwując faktyczny rozwój wydarzeń. Uzyskana w ten sposób wiedza pozwoli chociażby na świadome podejmowanie decyzji politycznych.

Istotnym założeniem, które ja przyjąłem, budując powyższe scenariusze polityczne jest brak autentyczności większości partii politycznych. W tej chwili autentyczne wydaje się PiS, które reprezentuje coraz liczniejszą grupę Polaków zainteresowanych całkowitą wymianą zdegenerowanych polskich elit oraz skończeniem z przesadnym i niepotrzebnym klientelizmem Polski wobec silniejszych sąsiadów. Drugą autentyczną partią jest SLD, które w czytelny sposób reprezentuje środowiska postkomunistyczne wraz z ich stanem posiadania, w którym wbrew pozorom mieszczą się nadal kolosalne aktywa w administracji (szczególnie na niższych szczeblach), służbach, a zwłaszcza w największym biznesie (np. banki, media). Są to jednocześnie środowiska skrajnie prounijne, dążące do pełnej federalizacji i stworzenia państwa europejskiego.

Reszta dzisiejszych partii to bardziej swego rodzaju projekty polityczne, w które środki są angażowane tylko tak długo, jak projekt jest potrzebny. Donald Tusk chyba nigdy nie był właścicielem projektu „PO” inspirowanego – jak już wiemy – przez Gromosława Czempińskiego: „Dość duży miałem udział w tym, że powstała Platforma. (...) Mogę powiedzieć, że odbyłem wtedy olbrzymią liczbę rozmów, a przede wszystkim musiałem przekonać Olechowskiego i Piskorskiego do pewnej koncepcji, którą później oni świetnie realizowali. (...) Z Tuskiem także rozmawiałem” (Polsat News 03.07.09). Oczywiście, można mieć co najwyżej domysły, dla kogo pracuje dziś Czempiński, ale być może to jego mocodawcy są tymi samymi, u których zbiegają się sznurki rozmaitych politycznych projektów w „prowincji” Polska.

Pozostaje jeszcze przyszła rola Tuska i wierchuszki PO. Myślę, że dla utrzymania pełnego zaangażowania Tuska w realizację „projektu”, szczególnie w sytuacji gdy wysoce prawdopodobnym efektem jest samozniszczenie, musi mieć on coś obiecane. A co mogłoby usatysfakcjonować Tuska? Oczywiście, prezydentura w 2010. Cel jest możliwy do osiągnięcia, a taki układ jest korzystny dla wszystkich stron. To, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, a mianowicie podtrzymanie wizerunku Tuska jako mądrego lidera, męża stanu, oraz odseparowanie tego wizerunku od bezczynności i porażek rządu, wraz ze zbliżaniem się terminu wyborów wydaje się coraz bardziej w zasięgu ręki. Spodziewany dramatyczny spadek poparcia dla Tuska można powstrzymywać za pomocą podtrzymywania wizerunku Tuska jako nieskazitelnego wodza i arbitra oraz kontynuowania ataków na Lecha Kaczyńskiego, a przede wszystkim za pomocą niebagatelnej broni, jaką jest możliwość nagłaśniania przekłamanych sondaży. Już teraz został wysłany sondażowy sygnał. Według sondażu GfK Polonia z 07.10.09 (Rzeczpospolita 09.10.09) w drugiej turze wyborów prezydenckich spotkałby się Cimoszewicz z Tuskiem, przy czym wygrałby Cimoszewicz! Jest to też wyraźna oferta dla prawicowego elektoratu: „lepiej głosujcie na Tuska, bo będziecie mieć znowu postkomunistę”. Poza tym dla przyklepania dealu we właściwym momencie Tusk dostanie jakieś kwity na Cimoszewicza i zostanie powtórzony manewr podobny jak w 2005, tyle że tym razem już bez fuszerki.

Prezydentura to dla takiej niedołęgi jak Tusk szczyt marzeń i na pewno go usatysfakcjonuje. Będzie to też dla niego zwyczajnie dobre zabezpieczenie osobiste na nadchodzące ciężkie czasy a i na resztę życia i sposób na wynagrodzenie wszystkich swoich wiernych dworzan, którzy dostaną posady u prezydenta. Temu akurat prezydentowi nikt nie będzie wypominał budżetu. Myślę, że tylko taka obietnica z jego strony mogła zapewnić mu w obecnych ciężkich dla partii chwilach tak daleko posuniętą lojalność wierchuszki. Jej członkowie muszą przecież przynajmniej domyślać się tego, że PO zatonie i w związku z tym oferta Tuska jest dla nich nie do pogardzenia. Niższe struktury PO też nie powinny narzekać. Na pewno umieją odczytać sygnał płynący z decyzji o praktycznej likwidacji CBA: „Teraz jest dla was czas żniw.”

Z punktu widzenia prawdziwych właścicieli projektu „Platforma Obywatelska” spełnił on swoje zadanie idealnie, tylko kilka razy było groźnie, ale niebezpieczeństwa zostały już zażegnane, a prezydent Tusk będzie świetnym rozwiązaniem. Szczególnie, gdy porównać go z Lechem Kaczyńskim. Tusk jako „prezydent wszystkich Polaków” nie będzie powodował żadnych konfliktów i pozwoli bezkolizyjnie w pełni zagospodarować państwo na powrót przez stary establishment rodem z PZPR-SB-UD-SLD-PD... A jak gdzieś przypadkiem trafi się jakiś nadgorliwy prokurator czy sędzia, to prezydent Tusk wzorem swojego mistrza – Kwaśniewskiego vel „Alka” – i ułaskawi kogo trzeba.

sobota, 10 października 2009

Dom tuskowariatów

Sprawa afery hazardowej skłoniła mnie do refleksji na temat obojętności Polaków na tak elementarne wartości jak zwykła przyzwoitość czy poszanowanie dla demokratycznie ustanowionego prawa i na ten temat był poprzedni wpis o „wojnie polsko-tuskiej”. Próbowałem także dociec przyczyn tej obojętności. Dzisiaj kontynuuję temat poprzez refleksję nad kolejną elementarną wartością, która jest całkowicie omijana w rządowo-medialnej narracji dotyczącej afery hazardowej, a za nią – w myśleniu większości społeczeństwa. Jest to zdrowy rozsądek w ocenie sytuacji.

W jednym zgodzę się z Tuskiem. Powtarza on ostatnio, że nie ma takiej partii, w której byliby sami święci, że korupcja pleni się wszędzie – ja temu nie przeczę. Inna sprawa, że gdyby Tusk i jego ekipa nie zgrywali od początku takich dziewic, to teraz nie wyglądaliby tak śmiesznie, gdy okazało się, że to ich dziewictwo było wizerunkową sztuczką, parawanem zakrywającym niezłe szambo. Ale co z tą korupcją, która podobno miesza się do polityki zawsze i wszędzie? Moja krótka analiza będzie oparta nie na wiedzy prawnej, tylko na zwykłym lecz deficytowym w rzeczywistości zdominowanej przez platformerski PR – zdrowym rozsądku.

Szefowi CBA, Mariuszowi Kamińskiemu, zarzuca się ostatnio, że postąpił wbrew prawu, gdyż o prowadzonych działaniach operacyjnych informował premiera czy inne osoby kierujące państwem, a nie prokuraturę. Dzisiaj doszło nawet do tego, że Paweł Graś, rzecznik prasowy rządu, odpowiadając na pytania dziennikarzy, stwierdził butnie, że w efekcie otrzymania od CBA materiałów dotyczących kolejnej w ostatnich dniach afery w rządzie, premier skierował 2 zawiadomienia do prokuratury: jedno w sprawie korupcji wynikającej z otrzymanych materiałów, czyli nowej afery – afery stoczniowej, a drugie przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu za to, że nie skierował sprawy do prokuratury osobiście.

Kuriozalność relacjonowanych w mediach zarzutów przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu o nieskierowanie sprawy do prokuratury, wcześniejszych – werbalnych i obecnych – formalnych, jest widoczna na pierwszy rzut oka. Intencja przepisów nakazujących donoszenie prokuraturze o wiadomych danej osobie czy funkcjonariuszowi przestępstwach jest bowiem bardzo prosta. Chodzi w tych przepisach o to, by przestępstwa nie mogły pozostać w ukryciu, bez możliwości ich osądzenia i ukarania. Jest zupełnie jasne, że Mariusz Kamiński żadnych przestępstw nie ukrywał. Kierowanie do prokuratury tego rodzaju zarzutów przeciwko Kamińskiemu jest w tym momencie ze strony Tuska jedynie grą obliczoną na zniszczenie wizerunku szefa CBA, co Tuskowi jest teraz bardzo potrzebne, choćby na krótko. W oczach ludzi posługujących się głową straci raczej Tusk. Bo przyjmując roboczo punkt widzenia osoby, która uważa, że w konflikcie Kamiński-Tusk obaj mają tyle samo racji, widać, że Kamiński nie zgłasza, przynajmniej na razie, żadnych roszczeń dotyczących przypuszczalnie bezprawnej próby zdymisjonowania go, czyli nie podgrzewa konfliktu. W tym samym czasie Tusk mściwie składa absurdalne doniesienie na Kamińskiego w prokuraturze. Zwróćmy uwagę, że tę spiralę można nakręcać. Skoro Kamiński popełnił przestępstwo, przekazując bezpośrednio Tuskowi z pominięciem prokuratury materiały dotyczące afery stoczniowej, to analogicznym przestępstwem było przekazanie Tuskowi materiałów dotyczących afery hazardowej. A skoro tak to, logicznie biorąc, Tusk również wtedy powinien był zawiadomić prokuraturę o przestępstwie Kamińskiego. A skoro tego nie zrobił to, znowu logicznie biorąc, dziś Tusk powinien donieść do prokuratury również na siebie za to, że ukrywał to pierwsze „przestępstwo” Kamińskiego.

Opisane wyżej zarzuty przeciwko Kamińskiemu wydają się więc absurdalne już na pierwszy rzut oka, ale wgryźmy się w to głębiej, próbując rozwiązać pewne zagadnienie prawne zdroworozsądkowo. Punktem wyjścia jest korupcja na szczytach władzy, powiedzmy – w rządzie jakiegoś państwa. Mamy funkcjonariusza, który tę korupcję wykrył. Czy aby na pewno jest to standardowa sytuacja, która wymaga standardowej reakcji w formie określonego przepisami złożenia zawiadomienia do prokuratury? Czy ktoś tu czasem nie robi nas w balona, pomijając pewien „drobny” fakt? Pomyślmy. A co, jeśli podejrzanym jest minister sprawiedliwości i prokurator generalny albo ktoś z kręgu zbliżonego do niego? Skąd nasz funkcjonariusz ma wiedzieć, czy usłużny prokurator przyjmujący zawiadomienie nie zadzwoni od razu do swojego szefa, informując go, że taki a taki funkcjonariusz ośmielił się donieść na samego ministra? Jakie szanse na prawidłowy przebieg ma śledztwo prokuratury w sprawie urzędującego ministra? Czy jeśli podejrzanym jest prokurator generalny, to zawiadomienie w jego sprawie ma trafić właśnie do niego? A jeśli nie do niego, to jak funkcjonariusz ma ustalić, który prokurator jest w zmowie z przełożonym, a który gotów jest podjąć wielkie osobiste ryzyko i zaangażować się w sprawę przeciwko swojemu szefowi? To są pytania retoryczne. Dziwię się, że nikt ich nie stawia, bo jest to absolutne przedszkole chociażby w dziedzinie filmów sensacyjnych. Może ja jestem dziwny, że takie filmy oglądam, ale chyba nie, bo to jakieś 25% kinowej i telewizyjnej oferty. Cóż, można się śmiać, że filmy opisują nieprawdopodobne sytuacje, ale zdarza się i tak, że rzeczywistość przerasta wyobraźnię filmowców...

W naszej sytuacji mamy prokuratora generalnego, który formalnie niewiele jeszcze wie o sprawie poza opublikowanymi kompromitującymi dla rządu stenogramami. Chyba że sam jest zamieszany, wtedy oczywiście wie więcej. Ten prokurator generalny w pierwszym wywiadzie po ujawnieniu afery stwierdza, że jego koledzy partyjni i ministrowie zamieszani w tę aferę są „absolutnie niewinni”, a ten funkcjonariusz, który aferę wykrył jest osobą niepoczytalną, dalej nasz prokurator generalny podaje jakieś fantastyczne dowody tej niepoczytalności. Co podpowiada zdrowy rozsądek? Chyba tylko jedno: jak można było na miejscu tego prokuratora generalnego – mowa oczywiście o ministrze Andrzeju Czumie – tak głupio odkryć karty i zaprezentować się publicznie jako osoba mocno podejrzana o współudział w aferze. Na miejscu Czumy średnio inteligentny człowiek – no, taki z wykształceniem licealnym, powiedzmy, z maturą – na poczekaniu skleciłby jakąś bajeczkę, że jest oburzony informacją o korupcji w rządzie, materiały dotyczące sprawy zostaną starannie przeanalizowane, wnioski wyciągnięte, a funkcjonariusz, który aferę wykrył jest godny pochwały. Może z zaciśniętymi zębami, ale trzeba było taką bajeczkę społeczeństwu wstawić, a po cichu zająć się ukręceniem łba sprawie. Oczywiście, nie mówię, że byłoby to ładne czy porządne, ale na pewno byłoby w jakimś sensie normalne, w sensie zdrowego rozsądku. Lecz nie ma wiele wspólnego z normalnością sytuacja, gdy prokurator generalny sam siebie jawnie sypie, a potem jest przez premiera chwalony jako najuczciwszy człowiek, do którego premier ma pełne zaufanie, a naród nadal poszedłby za tym premierem w ogień. To raczej jakieś koszmarne zdrowego rozsądku zaprzeczenie.

Wróćmy jednak do sprawy podstawowej. Sytuacja funkcjonariusza wykrywającego przestępstwa poza systemem wyższych szczebli administracji jest względnie prosta. Ale sprawa się komplikuje, gdy sam system okazuje się chory. Czy trzeba doktoratu z prawa, żeby to zrozumieć, czy też wystarczy trochę zdrowego rozsądku? A co miałby zrobić nasz funkcjonariusz, gdyby wykrył przestępstwo korupcyjne samego premiera? Ciężka sprawa. Może warto byłoby stanąć dumnie i odważnie przeciwko całemu systemowi i odwołać się bezpośrednio do społeczeństwa? To akurat pytanie nie jest retoryczne i nie podejmuję się odpowiedzi na nie. Wiem tylko, że na polskie zaczadzone społeczeństwo nie podziałałby żaden dowód. Mariusz Kamiński wymyślił bardzo rozsądne rozwiązanie oraz – co istotne przy dzisiejszych oskarżeniach – pozostał całkowicie lojalny w stosunku do premiera Tuska. Mówienie o jakieś pułapce na premiera to brednie, które – by nie przedłużać tego tekstu – polecam do samodzielnej zdroworozsądkowej analizy.

Zakończę krótko. Dzisiaj w Polsce ludzi, którzy zachowali zdrowy rozsądek, jest mniejszość. Według różnych sondaży odsetek tej mniejszości oscyluje między 24% a 28%. Cieszę się, że należę do tej mniejszości. Gdzie podział się zdrowy rozsądek pozostałych? Może przyćmiło go Słońce Peru?

Podsumowanie: Afery korupcyjne w polskim rządzie: hazardowa i stoczniowa – są rozgrywane w mediach w taki sposób, by sprawić wrażenie, że znacznie poważniejszy kaliber mają zarzuty przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu, funkcjonariuszowi, który te afery wydobył. Są to zarzuty o nieinformowanie prokuratury o wykrytych przestępstwach oraz o nielojalność w stosunku do premiera. Bezrefleksyjna zgoda na taką interpretację przez osobowości medialne oraz dużą część społeczeństwa sprawia wrażenie uśpienia elementarnego zdrowego rozsądku. Wbrew tej alogicznej interpretacji jest rzeczą całkowicie zrozumiałą, że funkcjonariusz wykrywający przestępstwa na najwyższych szczeblach władzy musi zastosować specjalny tryb informowania władz, by – mówiąc kolokwialnie – nie ukręcono łba sprawie. Poinformowanie o sprawie bezpośrednio premiera dowodzi pełnej lojalności funkcjonariusza w stosunku do premiera, a zaniechania premiera pokazały jego nieporadność lub wręcz celową bezczynność i możliwość, że ta sprawa była sabotowana przez premiera.

piątek, 9 października 2009

Wojna polsko-tuska

Nasze media z każdym nowym tematem wznoszą się na kolejne wyżyny hipokryzji. Dzisiaj mamy temat afery hazardowej, przy czym mamy do czynienia z tak bardzo nadmuchanym balonem hipokryzji, że ja już nie mogę uwierzyć, że on nadal nie pęka, że jeszcze nikt dobitnie nie wykrzyknął „Król jest nagi!”

Afera hazardowa oczywiście zasługuje na szczegółową analizę dat, jawnych dokumentów, które można znaleźć w mediach i w Internecie. Cenne są również spekulacje na temat przypuszczalnych głębszych niejawnych procesów, czyli działania tzw. układu – tego wszystkiego, co leży u podstaw tego typu afer, a co zawsze pozostaje w cieniu. Na szczegółowe wyjaśnienie ze strony odpowiednich instytucji państwowych trudno liczyć w obecnych warunkach. Spośród niezliczonej liczby afer, które miały miejsce w III RP, tylko w nielicznych udało się kogokolwiek osądzić, a chyba nie było przypadku, by sięgnięto dalej niż po płotki. Dlatego aktywność blogerska na tym polu jest szczególnie przydatna. W ramach tej aktywności należałoby poszukać wszelkich luk i niespójności w narracji przygotowanej przez ekipę rządzącą, bardzo wyraźnie te braki naświetlić i choćby w Internecie pozostawić świadectwo nadużywania władzy ze strony ludzi Tuska.

Ja w tym miejscu chciałbym odnieść się do afery hazardowej krótko i na zupełnie elementarnym poziomie. Jak się okazuje, na tym poziomie łatwo zauważyć pewne aspekty, na ogół pomijane, które muszą wzbudzać strach u porządnych ludzi. Strach przed tym, że jest już w naszym kraju beznadziejnie. Bowiem poza oczywistym analizowaniem afery hazardowej, szukaniem jej drugiego dna itd., mamy do czynienia z koniecznością odnotowania zupełnie elementarnego braku przyzwoitości oraz poszanowania dla prawa u rządzących. Z sytuacją, która w normalnym demokratycznym kraju doprowadziłby do politycznego trzęsienia ziemi i takiej medialnej burzy, że w zasadzie władza zastałaby zmieciona. Tymczasem u nas tylko dalej nadymany jest balon hipokryzji. Na czym ten brak przyzwoitości i poszanowania dla prawa polega?

Oto ministrowie rządu zostali przyłapani na korupcji przez instytucję powołaną do rozpracowywania właśnie takich spraw, czyli CBA. Jakby tego było mało miejscem akcji nie są salony, lecz mamy do czynienia z ordynarnymi, pełnymi wulgaryzmów, rozmowami przez telefon oraz spotkaniami w podejrzanych miejscach. Przypomina to trochę ministra Janusza Kaczmarka, który w hotelowym korytarzu nerwowo oczekuje na audiencję u rekina biznesu. W każdym jednym kraju korupcja na wysokich szczeblach władzy jest trudnym sprawdzianem dla systemu władzy. Bywa, że dochodzi do sensacyjnego załamania wielkich karier, ale bywa i tak, że sprawie ukręca się łeb. Takie życie, to jest próba sił – czasem między dobrem a złem, częściej między różnymi koteriami – i ktoś musi z niej wyjść zwycięsko. Ale chyba nigdzie nie jest tak, że demokratyczne społeczeństwo przyjmuje takie historie bezkrytycznie. Władza, jeśli już zdecyduje się iść drogą zła i korupcji, to skrzętnie to ukrywa, a gdy sprawy wyjdą na jaw, musi poddać się surowemu osądowi mediów i opinii publicznej. Nie może być tak, że premier po prostu wychodzi i mówi: „Właściwie nic się nie stało, nie ma przestępstwa (nasi prawnicy już to przeanalizowali), moi ludzie są super, ale wiem, że jesteście państwo trochę wkurzeni tym zamieszaniem, więc umówmy się, że tych moich super-ludzi przesunę na inne stanowiska, a wy za to nie będziecie się już gniewać. Aha, i jeszcze coś, tego gałgana, który wydobył tę aferę, wywalam na zbity pysk, bo on to zrobił nie z obowiązku, tylko tak specjalnie, żeby mi zaszkodzić.” Jeśli to ma być reakcja premiera na wykrycie korupcji w swoim rządzie, to jest to brak przyzwoitości. Jeśli ten brak przyzwoitości jest z jakiś powodów powszechnie akceptowany, to mamy do czynienia z sytuacją moralnego upadku, i to nie tyle samej władzy co władzy wraz z całym społeczeństwem.

Wspomniany moralny upadek społeczeństwa daje się wyjaśnić długoletnim przygotowaniem gruntu – przez stworzenie gimnazjów demoralizujących ludzi już od dzieciństwa, przez publiczne i bezkarne deptanie wyższych wartości (działalność ludzi pokroju Jakuba Wojewódzkiego i jemu podobnych), przez zniszczenie debaty publicznej i wprowadzenie do niej skrajnej pogardy dla oponentów (aktywność Palikota i większość tzw. twarzy PO oraz wspierających ich czołowych dziennikarzy). Daje się ten upadek wyjaśnić także stłamszeniem społeczeństwa przez żelazny uścisk mediów, które pozorując obiektywność i pluralizm, stanowią w rzeczywistości dobrze zsynchronizowaną orkiestrę ukierunkowaną na precyzyjnie zaplanowane pranie mózgów. To wszystko dobre wyjaśnienia, ale fakt pozostaje faktem. Społeczeństwo, które nie widzi lub nie chce widzieć ewidentnego zła, którego dopuszcza się władza, niezależnie od przyczyn tej ślepoty, staje się częścią tego przegniłego systemu, jego milczącym uczestnikiem.

Obok kwestii moralnego upadku jest jeszcze druga sprawa elementarna, która znika w ogniu sporów o to kto co powiedział któregoś-tam sierpnia (jak wspomniałem, sporów ważnych, ale tu piszę na nieco innym poziomie). Ta druga sprawa to obecne w słowach premiera otwarte lekceważenie prawa, o którym nikt z licznych „autorytetów” i ekspertów produkujących się w telewizjach i, niestety, kształtujących opinię publiczną nawet się nie zająknął. Chodzi mi w tym miejscu nie o podstępne i skrywane łamanie prawa przez urzędników, którzy dopuszczają się korupcji, ani nawet nie o przewrotne krycie tych urzędników przez premiera, tylko o lekceważenie prawa publicznie i z poczuciem dumy. Mianowicie od kilku dni Tusk, jego ludzie i wysługujący się partii rządzącej dziennikarze używają pewnej narracji w odniesieniu do konfliktu między premierem Donaldem Tuskiem a szefem CBA Mariuszem Kamińskim. Narracja ta mówi, iż Mariusz Kamiński zachował się źle, nielojalnie wobec swojego przełożonego, teraz więc Tusk może go – jako swojego podwładnego – po prostu dyscyplinarnie zwolnić. I z premedytacją wciska się ludziom ten kit, nie ukrywając zbytnio, że tak naprawdę chodzi tylko o to, byśmy przymknęli oko na faktyczny zamach stanu, jakim będzie ewentualna dymisja szefa CBA. Tymczasem struktury państwa nie są zwykłym biznesem, w którym szef może według własnych ocen rozwiązać umowę z podwładnym, na warunkach tej umowy, w dowolnym momencie. W życiu obywatela obowiązuje złota zasada demokratycznych społeczeństw, iż wszystko co nie jest zabronione – jest dozwolone. W razie potrzeby zawieramy umowy, a wątpliwości reguluje kodeks cywilny. Natomiast w administracji państwowej obowiązuje inna zasada mówiąca, że urzędnik może działać tylko na podstawie i w granicach prawa. Tusk też podlega tej zasadzie i, jeśli nie jest idiotą, to świadomie, perfidnie oszukuje społeczeństwo, twierdząc, że może podjąć autonomiczną decyzję o dymisji szefa CBA. Przesłanką do takiej dymisji nie może być przeświadczenie Tuska, że Kamiński zrobił coś złego. Jeśli nawet by zrobił, to musi to zostać udowodnione przed sądem i musi zapaść wyrok. Jeśli prawne przesłanki do zdymisjonowania Kamińskiego nie wystąpią, a Tusk tę dymisję przeforsuje, dokonując swoich manipulacji opinią publiczną oraz jakiś prawnych kreacji i łamańców, to znaczy, że nasze państwo znajduje się w kryzysie – nie tylko gospodarczym czy politycznym, ale bytowym. I jeśli społeczeństwo szybko się nie obudzi, to z tego kryzysu coraz trudniej będzie się nam wydobyć.

Obywatelska zgoda na respektowanie wspólnego systemu prawnego jest chyba podstawowym warunkiem funkcjonowania państwa. Obserwowany dziś upadek naszego systemu prawnego – podobnie jak wyżej opisany upadek moralny – też ma swoje podstawy i przygotowanie. Wystarczy przypomnieć lansowane przez polityków PO hasło nieposłuszeństwa obywatelskiego w stosunku do władzy sprawowanej przez PiS w latach 2005-2007. Hasło to wykorzystały szczególnie chętnie osoby podejrzane o współpracę z SB w czasach PRL dla uniknięcia złożenia oświadczeń lustracyjnych, a najgłośniejszym przypadkiem był wtedy Bronisław Geremek. Dalej mieliśmy niszczenie mediów publicznych przez zachęcanie społeczeństwa przez premiera Tuska do niepłacenia wymaganego przepisami i niewysokiego przecież abonamentu na publiczne radio i telewizję. Myślę, że uważni obserwatorzy mogliby wymienić więcej przypadków takich działań. Dziś możemy mieć do czynienia z bardzo poważnym atakiem na system prawny naszego państwa ze strony urzędującego premiera.

Premier Tusk na tym nie kończy. Na konferencji prasowej 07.10.09 (śr), by przykryć swoje niesłychanie szkodliwe działania, jednocześnie z zapowiedzią dymisji szefa CBA uderza w tony wojenne. Po sparaliżowaniu działań szefa CBA, czyli urzędnika, który wykrył korupcję w rządzie i mógł stanowić istotną pomoc w sprawie wyjaśnienia tej afery, a także wykrywać ewentualne kolejne afery, premier fałszywie zapewnia, że jego celem jest wyjaśnienie afery w swoim rządzie. Ale głównym przesłaniem jego przemówień oraz wypowiedzi jego ludzi w ostatnich dniach jest wezwanie do wojny. Wojny z opozycją, a konkretnie z PiS-em, bo tylko tę partię Tusk wymienia jako przeciwnika. Zwróćmy uwagę, że PR-owcy Tuska zadbali nawet o taki szczegół jak ton głosu. Premier i jego ludzie nazwę PiS i nazwisko Kaczyński wymawiają szczególnym jadowitym tonem, jakby sama nazwa była już obelgą. Celem wojny jest zniszczenie przeciwnika. Premier Tusk chyba więc boi się tej opozycji, skoro nie zadowala się już codziennym bezpardonowym zwalczaniem jej w mediach, a postanowił wykorzystać okazję i przekształcić aferę w swoim rządzie w oficjalną wielką wojnę z jedną opozycyjną partią. Coś takiego chyba jeszcze nie miało miejsca nawet w dotychczasowym chorym systemie zwanym III RP, w którym użycie służb specjalnych do walki z opozycją w latach 90. starano się przynajmniej trzymać w tajemnicy.

Mam w sobie wielką nadzieję, że nasze społeczeństwo jednak się obudzi. Że choćby ostatnie rocznice, przypominające o naszej nie zawsze zwycięskiej lecz zawsze chwalebnej walce o niepodległość oraz o ponoszonych w przeszłości ofiarach dla niepodległości, staną się iskrą, która obudzi w ludziach myślenie patriotyczne i propaństwowe. A wojna Tuska z opozycją o władzę nie dla dobra Polski, ale dla obcych interesów i przy okazji dla geszeftów swoich kolesi, stanie się „wojną polsko-tuską”, podobnie jak „wojna polsko-jaruzelska”, którą pod kłamliwymi hasłami wytoczył nam niegdyś niejaki „człowiek honoru”. Wojną, w której – tego akurat jestem pewny – ten mały żałosny zdrajca Tusk już przegrał, bo teraz chyba tylko cud mógłby sprawić, żeby spełnił swoje marzenie i został prezydentem Polski. Ale przebieg i ostateczny wynik tej wojny jest bardzo bardzo niepewny. Obawiam się bowiem, że została ona tak zaplanowana (łącznie z opisanym wcześniej upadkiem obywatelskiej przyzwoitości oraz szacunku dla prawa), by w najgorszym przypadku – z punktu widzenia macherów pociągających za sznurki – pogrzebać i PO, i PiS, a na zgliszczach wrócić wreszcie do władzy ze swoimi sprawdzonymi towarzyszami.

Moje obawy i pesymizm mają swoje uzasadnienie w obserwowanym zobojętnieniu społeczeństwa na bieżące sprawy państwa podobnym do tego, z którym mieliśmy do czynienia przez większość okresu III RP a szczególnie w umownym okresie 1995-2005. A trzeba tu polegać bardziej na własnych obserwacjach niż na zmanipulowanych sondażach opinii publicznej. Zapewne sondaże pokażą wahania poparcia dla PO, ale wiadomo w czyich rękach są firmy wykonujące badania opinii publicznej i czyje zlecenia one realizują. Najważniejszy jest dziś sondaż GfK Polonia z 06.10.09 (Rzeczpospolita 07.10.09), czyli przed konferencją prasową Tuska, w którym na pytanie „Czy Donald Tusk powinien odwołać szefa CBA Mariusza Kamińskiego?” 56% ankietowanych miało odpowiedzieć „tak”, a 37% – „nie”. Firma GfK Polonia zapewne wykonała tu odgórne polecenie, zgodnie z którym miała dać Tuskowi do ręki wygodny argument dla tej dymisji. Jeśli jednak faktycznie większość Polaków tak myśli, jest tak zindoktrynowana lub zdezorientowana, by nie dostrzec wymienionych przeze mnie wyżej dwóch zupełnie elementarnych spraw związanych z aferą hazardową, to jest po prostu bardzo źle z nami.

Gdy w 1989 roku entuzjaści mówili o upadku komunizmu, a realiści – o transformacji systemu, daleki byłem od triumfalizmu. Nastroje tonował redaktor rzekomo „naszej” gazety Adam Michnik oraz złowieszcza postać Wojciecha Jaruzelskiego na stanowisku prezydenta Polski. Jednak w najczarniejszych myślach nie sądziłem, że ta walka będzie trwać jeszcze tak długo. Dzisiaj widzę, że czeka nas bardzo długi marsz. Pogodziłem się nawet z tym, że nie spełni się moje marzenie i nie doczekam, przynajmniej w życiu aktywnym zawodowo, ojczyzny na swoją miarę silnej gospodarczo i militarnie oraz wolnej od obcych wpływów realizowanych na miejscu czy to przez postkomunistów, czy innych zdrajców. Wierzę jednak, że nie można rezygnować ani z tych marzeń, ani z walki o nie w takiej formie, jak jest to możliwe. Bardzo ważna jest też praca pozytywistyczna. Jeśli nie można zrobić nic innego, to trzeba dbać o osobiste powodzenie, budować lokalne społeczności, a najcenniejsze wartości – uczciwość, honor i szacunek dla Polski – przekazywać swoim dzieciom.

Mariusz Kamiński - Liga Republikańska - lata 90.

Obr. 1. Mariusz Kamiński w latach 90. jako założyciel i lider stowarzyszenia Liga Republikańska, które programowo sprzeciwiało się powrotowi byłych komunistów do władzy.

Podsumowanie: Ostatnia afera korupcyjna w polskim rządzie przyniosła dwa istotne nowe elementy w polskiej polityce. Jest to po pierwsze brak przyzwoitości premiera, który jawnie bagatelizuje sprawę oraz chroni swoich ludzi przed konsekwencjami, i po drugie brak poszanowania prawa przez premiera, który postanowił przeforsować dymisję szefa CBA, mimo że nie są spełnione przesłanki prawne dla takiej decyzji. Brak zdecydowanej reakcji medialnej oraz społecznej na te niesłychane działania jest powiązany z upadkiem dwóch wymienionych elementów w świadomości całego społeczeństwa, czyli upadku moralnym i upadku poszanowania dla prawa. Tymczasem Donald Tusk zapowiada polityczną wojnę, w której, wzniecając agresję i pogardę do opozycji, doprowadzi do dalszej degeneracji instynktu wspólnotowego i publicznego w naszym społeczeństwie, a co za tym idzie – degeneracji tkanki społecznej naszego państwa.

środa, 1 lipca 2009

To tylko Bolek

06.05.09 (śr) w Dzienniku ukazał się prowokacyjny artykuł dotyczący wypowiedzi Wałęsy (Lech Wałęsa wzywa do rękoczynów, Dziennik 06.05.09). Artykuł przytacza kilka – jak zwykle – średnio składnych wypowiedzi Wałęsy, z których wynika, że Wałęsa zaproponował rozwiązanie sporu między zwolennikami okrągłego stołu a jego przeciwnikami za pomocą bitwy np. na kamienie: „Musimy się umówić, czy walczymy na kamienie, czy walczymy inaczej. (...) Organizujemy się przeciwko tym szaleńcom, tym anarchistom, druga strona też się bierze za kamienie i kto przeżyje, ten żyw będzie”. Za Dziennikiem kilka innych mediów powtórzyło tę wypowiedź w tonie sensacji.

Wypowiedź Wałęsy nawiązywała do głośnej manifestacji stoczniowców z Gdańska, która miała miejsce w Warszawie 29.04.09 (śr). Manifestacja zasłynęła z płonących opon oraz dość brutalnej interwencji policji. Rząd zareagował nerwowo, gdyż tego samego dnia odbywał się w Warszawie międzynarodowy zlot EPP (European People’s Party, Europejskiej Partii Ludowej), do której należy PO. Z jednej strony zlot ten był wielką akcją promocyjną rządzącego PO, ale z drugiej mógł też stanowić niedozwoloną formę kampanii wyborczej w wyborach do Europarlamentu. Związkowcy zapowiedzieli, że manifestacje odbędą się również 4 czerwca w Gdańsku – w trakcie obchodów 20. rocznicy wyborów 1989 r., do których rząd niemrawo się szykował. W rezultacie zapowiedzi związkowców Tusk nabrał wątpliwości dotyczących organizacji obchodów. Wystraszył się ewentualnych zamieszek czy może bardziej pragmatycznie – zdominowania święta zawłaszczonego przez elity przez bardziej autentycznych depozytariuszy solidarnościowej tradycji. Zaczęły pojawiać się informacje o ewentualnym odwołaniu obchodów, także Wałęsa we wspomnianej wypowiedzi opublikowanej w Dzienniku zasugerował takie rozwiązanie: „W tym stanie rzeczy lepiej jest odwołać gdańskie uroczystości. Ponieważ taką anarchię zasiał Kaczyński, polityk Rydzyk, że tu rzeczywiście może dojść do tragedii.” Wydaje się więc, że prowokacja Wałęsy i obliczony na sensację artykuł w Dzienniku 06.05.09 był akcją osłonową dla Tuska, która miała złagodzić efekt wycofania się z obchodów. Ostatecznie 07.05.09 ogłoszono decyzję o przeniesieniu części obchodów z Gdańska do Krakowa. Osobiście uważam, że – niezależnie od swojej gry – medialnie Tusk okazał się w tej sprawie śmierdzącym tchórzem, ale też to nie mój cyrk – obchody rocznicy zgniłego porozumienia i przegranych z komunistami wyborów 1989 r. nie są dla mnie szczególnie istotne.

Klip 1. Prezentacja zdjęć i newsów z wydarzeń 29.04.09 – Strona rządowa brutalnie rozpędza manifestację stoczniowców z Gdańska. Bezwzględna pacyfikacja stoczniowców jest znamienna – stanowi groteskowe oblicze zapowiadanej przez Tuska tzw. „polityki miłości” oraz szokujący dowód stronniczości mediów, które wchodziły na szczyty oburzenia z powodu happeningu zidiociałych pielęgniarek w 2007 r., który – właściwie nie wiadomo dlaczego – miał być dowodem na to, że „reżim Kaczyńskich zamachnął się na prawa człowieka”.

Klip 2. Amatorski film z fragmentu zajść 29.04.09 pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Telewizja raczej unikała pokazywania brutalnych scen – ludzi poparzonych gazem pieprzowym lub rannych.

Wezwanie Wałęsy do bitwy na kamienie zostało wygłoszone w poczuciu całkowitej bezkarności i braku odpowiedzialności osoby publicznej za słowo. Pojawia się pytanie, czy jest sens bawić się w procesowanie z bucem, który ma ogromne plecy – poparcie esbeckiego układu, mediów i samego premiera. Wiadomo, że nasz wymiar sprawiedliwości jest mocno przegniły, nasączony esbekami lub ich następcami. Wiadomo, jakie zapadają wyroki – urągające logice, przyzwoitości, nie wspominając o poszanowaniu prawa. Do przeprowadzenia spraw po myśli układu stosuje się od 20 lat wyświechtane już kruczki i sztuczki proceduralne, które z prawem mają tyle wspólnego, co kanciarze z Kantem. Wielu uważa, że reformę Polski należałoby zacząć właśnie od tego przegniłego systemu sprawiedliwości. We wpisie Lancelota (Lancelot, Od czego zacząć remont RP czyli suplement do „Nowego Otwarcia”, Blogmedia24.pl/Lancelot 26.06.09) czytamy: „Polskie sądownictwo trzeba poddać gruntownej lustracji, dekomunizacji i społecznej kontroli, obecna «wolność» instytucji tej wybitnie nie służy i doprowadziła ją do stanu głębokiej degeneracji, potężnej korupcji i moralnej zgnilizny!” Warto przypomnieć, że zderzenie z potężną korporacją prawniczą było znaczącą porażką rządu PiS-u, który skupił się na kluczowych dla państwa reformach. 19.04.06 Trybunał Konstytucyjny orzekł, że państwowy egzamin adwokacki jest sprzeczny z konstytucją, bo powinien on mieć charakter korporacyjny!

Wszyscy przyzwyczaili się już do tego, że przedstawiciele salonu mogą zwykłych ludzi obrażać i bić bez żadnych konsekwencji, natomiast zwykły człowiek publicznie kontestujący mafijny system III RP poważnie naraża się na kłopoty. Przykłady można mnożyć. Z jednej strony mamy człowieka Wałęsy bijącego nielubianego dziennikarza na sali sądowej na oczach swojego pryncypała i policji oraz policję, która robi sobie kpiny z ludzi żądających interwencji w tej sprawie. Mamy tu także Tuska, który obraża ludzi nazywając en bloc wyborców przeciwnych partii moherami albo porównuje polityków opozycji do złodziei plądrujących bagaże, a mimo to jest kochany przez dziennikarskie prostytutki, które próbują tę miłość wmusić społeczeństwu. Z drugiej strony mamy skromnych blogerów, którzy są nękani przez nieuzasadnione kontrole skarbowe, policyjne rewizje lub straszeni starciem sądowym z samym synem ministra sprawiedliwości, którego praca w biurze ojca oczywiście nie stanowi nepotyzmu. Zdarzają się też niepokorni biznesmeni, których niszczy się konfiskatami (np. Roman Kluska), wieloletnim przetrzymywaniem w areszcie (sprawa firmy Bestcom), porwaniami, zabójstwami.

Wykorzystywanie sądów i niesławnego art. 212 kk do nękania przeciwników politycznych, choćby przez Michnika i Wałęsę, to znany problem. Najlepiej byłoby uwolnić debatę publiczną od nadmiaru spraw sądowych, które szkodzą swobodzie wypowiedzi. Dociekanie przez sąd, co kto miał na myśli i w jakim stopniu miał rację, a w końcu orzekanie i dekretowanie prawdy jest niedorzeczne. Jednak nie ma na szans na zmiany, nękanie nie ustanie, gdyż sądy są dla salonu wygodnym dyspozycyjnym narzędziem uciszania niewygodnych ludzi. W związku z tym niektórym marzy się, by niejako odwrócić sytuację, odegrać się na przedstawicielach salonu tą samą bronią. Wiadomo, iż w związku z naszym chorym systemem sprawiedliwości, w tej grze jednak nie ma szans na sukces. Może chodzi tu o to, by sprawy, problemy pewnych uciszanych środowisk zostały bardziej nagłośnione... Jednakże najczęściej „nagłośnienie” to będzie miało zasięg bardzo ograniczony, głównie do prawicowych zaangażowanych blogerów. Media przemilczają lub traktują takie sprawy marginalnie, tak jak to było z pobiciem dziennikarza przez Gulczyńskiego. Dziś Gulczyński jest nadal pozytywnym bohaterem medialnych doniesień.

Tak dochodzimy do sprawy oskarżenia Wałęsy o wypowiedź podżegającą do przemocy. 07.05.09 (cz) blogerzy Artur M. Nicpoń i Łażący Łazarz, nawiązując do wypowiedzi Wałęsy opublikowanej w Dzienniku 06.05.09, zaprezentowali projekt akcji zmuszenia prokuratury do zajęcia się sprawą wypowiedzi Wałęsy przez masowe wysyłanie zawiadomień o popełnieniu przestępstwa do Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz (Artur M. Nicpoń, Pozew przeciwko Wałęsie, Salon24/Artur M. Nicpoń 07.05.09). Wzorcowe zawiadomienie zostało starannie merytorycznie przygotowane. Powołując się na szereg artykułów kk określono przestępstwa Wałęsy m.in. jako podżeganie i publiczne nawoływanie polegające na sprowadzaniu niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób, publiczne znieważanie grupy ludzi, usiłowanie udaremnienia groźbą bezprawną przeprowadzenia zgromadzenia. Dla uzasadnienia zawiadomienia zacytowano następujące zdanie Wałęsy: „Organizujmy się przeciwko tym szaleńcom, tym anarchistom, druga strona też niech się bierze za kamienie i kto przeżyje ten żyw będzie”. Dalej podano odpowiednią argumentację, wskazano przy tym na wysoką szkodliwość społeczną działania Wałęsy. Trudno mi z boku oszacować liczbę wysłanych zawiadomień, a sami autorzy akcji chyba zaprzestali szczegółowego informowania o jej przebiegu. Sądząc po wpisach, wysłano przynajmniej kilkanaście zawiadomień.

Dla zaprezentowania kontrowersji związanych z tą akcją oraz argumentów przemawiających za nią zamieszczam kilka komentarzy, wśród nich odpowiedzi i wypowiedzi samych autorów akcji.

Parę miesięcy temu asystent Wałęsy, niejaki Piotr Gulczyński, dał w mordę postronnemu człowiekowi w majestacie sądu tzw. „państwa polskiego” (celowo piszę w cudzysłowiu). Sprawą nie zainteresował się nikt pomimo tego, że incydent został uwieczniony przez kamerę. Czy Ty naprawde wierzysz, że po takim numerze, ktokolwiek w prokuraturze odważy się to pismo chociażby przeczytac?

Przekonaj mnie, że jest chocby cień szansy na wskóranie czegokolwiek.

Wiktor Kornhauer

A po co mam cię przekonywać? Sprawa jest prosta – znaczek i koperta, ile kosztują? 3 zeta? No, to tyle trzeba zainwestować. I już. Po co mamy z góry zakładać cokolwiek? Sam zdecyduj, czy wywalić te 3 zeta i mieć spokój sumienia by móc powiedzieć, że się zrobiło co trzeba. Przecież nie wzywam do pójscia na barykady.

Tyle się gada o tym, że jako obywatele powinniśmy robić inicjatywy, tylko się głównie jęczy na to, co zrobią lewaki, ale sami jakoś niemrawo. No to ja proponuję, żeby zacząć od czegoś prostego. Uda się czy nie – co za problem. My nabędziemy namacalnej wiedzy, a i po małej akcji nie będzie jakichś wielkich żali, że się nie udało.

Twój ruch.

Artur M. Nicpoń

Byle sobie z nas Lesio, z Adasiem listy do internowania nie ułożyli. Poza tym, jak znam życie, to nagle ujawni się przypadkiem, kto na salonie w czym pracuje, a kto się opieprza, kto inwalida, kogo żona rzuciła i jeszcze parę innych ciekawostek. WSI jeszcze nie do końca zdechło, a cały aparat sądowy jest u nas jakby retro. Inicjatywa mi sie podoba i powinna należeć przede wszystkim do ludzi młodych, takich nieudrutowanych. Ja jako wyborca Wałęsy, mam obowiązek przyłączyć się do wysyłających to zawiadomienie, to samo powinni uczynić wszyscy ci wyborcy Lecha, którzy uważają, że ten ich oszukał.

ljStach

Tego rodzaju zawiadomienia zazwyczaj nie wiążą się z żadnymi formalnościami. Jak jesteś za granicą, to już na pewno nikt Cię nie będzie fatygował. Po prostu uważasz, że ktoś popełnił przestępstwo i uzasadniasz to w tym piśmie. Prokuratura najpierw zbada czy są podstawy do wszczęcia śledztwa, a później musi zbadać sprawę samodzielnie, czy należy sformułować akt oskarżenia, czy sprawę umorzyć. Jeśli jesteś osobą pokrzywdzoną (tak jak tu), to masz prawo wglądu do akt podczas śledztwa i muszą cię informować o jego przebiegu. Masz prawo do odwoływania się od postanowień prokuratury oraz do udziału w procesie jako oskarżyciel posiłkowy. Prawo, nie obowiązek. Czym więcej zawiadomień wpłynie w sprawie, tym bardziej prokurator będzie zobligowany ją zbadać. Chyba warto. Wyobrażacie sobie, co by się działo gdyby Kaczyński nawoływał do wybijania ludzi kamieniami? A jeśli ktoś teraz faktycznie postanowi komuś łeb rozwalać, bo guru Wałęsa tak kazał? To jak się poczujemy?

Łażący Łazarz

Jeden z blogerów, który wziął udział w tej akcji, Michał Tyrpa, zamieścił fragmenty otrzymanej odpowiedzi – postanowienia o odmowie wszczęcia dochodzenia – jakżeby inaczej (Michał Tyrpa, Towarzysze i obywatele, Salon24/Michał Tyrpa 30.06.09). W uzasadnieniu odmowy pani prokurator Ewa Leśniewska usprawiedliwiała naszego niesfornego Wałęsę w ten to sposób, że ma on „powszechnie znany styl wypowiedzi charakteryzujący się przesadą, barwnością i nietypowymi przenośniami”. Innymi słowy: to tylko Wałęsa. Michał Tyrpa konstatuje: „Zakonotujcie sobie raz na zawsze: w demokratycznym państwie prawa, jakim jest Rzeczpospolita Polska A.D. 2009 wam – zwykłym obywatelom wolno mniej. Was, szanowne wyborcze mięso armatnie, mogą wsadzić do ciupy za nieposiadanie biletu. Dostojni towarzysze wzajemnej adoracji, których aż nadto dobrze znacie ze srebrnego ekranu, mogą pozwolić sobie nawet na sianie nienawiści.”

Lech Wałęsa, Bolek, dziwna mina

Obr. 1. Tym razem jeszcze uśmieszek nie zszedł z gęby Wałęsy.

Jakie wnioski nasuwają się z tej sprawy? Czy takie akcje z góry skazane na niepowodzenie, swego rodzaju prawnicze happeningi, mają sens? Wydaje mi się, że mają sens niewielki. Co prawda, można utwierdzić się w przekonaniu, jak bardzo stronniczy jest nasz wymiar sprawiedliwości, ale to już i tak wiemy doskonale. Oczywiście, pozytywne jest już samo wyzwolenie obywatelskiej energii, zdolności organizacyjnych, odwagi cywilnej. To wartości same w sobie, których nie można negować. Ale należy też zwrócić uwagę na to, że w tym przypadku mamy do czynienia z typowym przykładem wchodzenia do gry na warunkach wyznaczonych przez przeciwnika. Wypowiedź Wałęsy była ordynarną prowokacją, której celem była osłona działań Tuska. Z góry przegrana inicjatywa przeciwko Wałęsie wpisywała się w cele, które przed Wałęsą postawiono. Od 2 lat PR-owcy Tuska opanowali do perfekcji sterowanie debatą publiczną z pomocą mediów tak życzliwych dla jego ekipy. Mamy do czynienia z ciągłym narzucaniem tematów zastępczych, a w najbardziej prymitywnej wersji pojawiają się prowokacje Wałęsy lub happeningi Palikota. Wchodząc w tę sztuczną dyskusję, nawet jeśli werbalnie kontestujemy ekipę Tuska, to faktycznie działamy na jej korzyść.

Główna energia dziś powinna iść w pracę u podstaw, w upowszechnianie narracji prawicowej, patriotycznej. Trzeba jasno nakreślić linię podziału – gdzie jesteśmy my, a gdzie oni. Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński cechuje się przenikliwością polityczną, rzucając w przestrzeń publiczną proste hasła jako punkty odniesienia, stawiając w opozycji do siebie tradycję AK i tradycję ZOMO. Dużą walkę polityczną można wygrać tylko prostymi hasłami odwołującymi się do społecznych i historycznych archetypów. Nie zwalnia to oczywiście aktywnej społeczności z pielęgnowania wszystkich szczegółów tej narracji. Od chwalebnej polskiej historii po dzisiejszą zdradę elit, które w imię własnej władzy i dobrobytu rezygnują z polskich interesów głównie na rzecz Niemiec i Rosji. W ramach tworzenia naszej narracji ważne są zarówno prześwietne satyryczne teksty i komiksy ukazujące się na Blogpressie, rozmaite niezależne klipy polityczne na YouTube, jak i rzetelne analizy poszczególnych faktów politycznych na blogach. Wydaje mi się, że to nie jest, nie może być zmarnowana energia. Internet w najbliższym czasie będzie stawał się coraz ważniejszym medium, przejmując – powoli lecz nieubłaganie – obszary prasy, radia i telewizji. Jednocześnie Internet będzie eksplorowany przez świadomych użytkowników, którzy interesującą treść i komentarz są w stanie znaleźć po kilku kliknięciach, nie wiążąc się emocjonalnie z nudnymi, jednostronnymi mainstreamowymi portalami. Myślę, że dla tego rodzaju świadomych użytkowników brak autentyczności w politpoprawnych inicjatywach społecznościowych typu „Pępek Europy” itp. jest wręcz rażący, a to jest szansa dla szerszego zaistnienia inicjatyw inspirowanych przez autentyczne zaangażowanie w sprawy kraju.

Myślę, że w ramach swobodnej debaty z czasem wykrystalizują się jasne cele metapolityczne. Należy bowiem pamiętać, że zmiana dzisiejszej, wybitnie szkodliwej dla kraju, władzy to tylko jeden z celów, ale tak naprawdę trzeba zmierzać do tego, żeby polski naród obudził się wreszcie i stał się świadomy swojej indywidualności, pozytywnych cech i własnych dążeń w ramach Europy tego wieku.

W każdym razie główną przeszkodą jest obecnie sączona przez media podstępna narracja pełna nienawiści do prawdziwych przeciwników politycznych Donalda Tuska, który przy całej swojej nieudolności stał się dla postkomunistów skuteczną tratwą ratunkową. Stopniowe przełamywanie tej narracji w ramach możliwości i wolności, jaką daje Internet (jak na razie), jest więc tymczasem ważniejsze od z góry przegranych potyczek prawnych. Dzięki przełomowej pracy doktora Sławomira Cenckiewicza i doktora Piotra Gontarczyka Wałęsa ostatecznie stał się dla Polaków Bolkiem. Ktoś wreszcie powiedział, że król jest nagi i choć dworzanie próbują jeszcze zakrzyczeć prawdę, to nie ma już odwrotu. Powoli staje się jasne, że wolność, którą Polska otrzymała w 1989 r. jest zatruta od samego jądra, znacznie bardziej, niż większość ludzi w ogóle podejrzewała. Tak więc Wałęsa-Bolek może nadal pleść farmazony, siać prowokacje i zamęt, procesować się czy fizycznie atakować ludzi ujawniających jego moralny upadek. Może żyć z poczuciem siły i władzy, jaką dają mu postkomunistyczne układy. Okazując swoją wściekłość i nienawiść, obnaża jednak coraz bardziej siebie i całkowicie zdemoralizowane elity opierające swoją wiarygodność na jego kłamstwach.

Materiały dodatkowe

1. Lech Wałęsa wzywa do rękoczynów
Portal Dziennik.pl (Dziennik), 05.05.09. News usiłujący zrobić sensację z obelg i prymitywnych prowokacji Lecha Wałęsy. Wałęsa wpadł tu na „genialny” pomysł bitwy na kamienie między zwolennikami jego, Tuska i okrągłostołowych porządków w Polsce oraz ich przeciwnikami.
2. Pozew przeciwko Wałęsie
Blog Salon24/Artur M. Nicpoń [w trakcie przenoszenia w inne miejsce], 07.05.09. Projekt akcji blogerów Artura M. Nicponia i Łażącego Łazarza polegającej na wysyłaniu do prokuratury zawiadomień o popełnieniu przestępstwa w związku z wypowiedzią Wałęsy opublikowaną w Dzienniku.
3. Wałęsa nawoływał do zabójstwa? Blogerzy chcą śledztwa
Serwis Pardon – poppolityka, prawdy emocje i pogłoski, 16.05.09. Artykuł o akcji blogerów w związku z wypowiedzią Wałęsy opublikowaną w Dzienniku.
4. Towarzysze i obywatele
Blog Salon24/Michał Tyrpa, 30.06.09. Informacja o postanowieniu prokuratury, czyli postanowieniu o odmowie wszczęcia postępowania w związku z wypowiedzią Wałęsy opublikowaną w Dzienniku.