Humor i satyra. Tu nie ma tematów tabu ani świętych krów. Przełamujmy zmowę milczenia. Zdemaskujmy i zniszczmy kamarylę. Nadchodzi kontrrewolucja.

środa, 20 maja 2009

Mały rozrachunek

20 lat Trzeciej RP i ewolucji poglądów

Moje poglądy przechodziły ewolucję i zapewne będzie tak nadal. Zgodnie z sentencją „Człowiek uczy się całe życie, a i tak umiera głupi.” Mam w sobie pokorę w stosunku do złożoności świata, a jednocześnie jestem przekonany, że warto mieć wyraziste poglądy i w wyrażać je, walczyć o nie. Zawsze pragnąłem, aby Polska była silnym, niepodległym krajem. Myślę, że zawsze też spełniałem kryteria pozwalające zakwalifikować mnie jako zwierzęcego antykomunistę, a korzenie tego antykomunizmu leżą w tradycjach rodzinnych oraz okazji do obserwowania reżimu od środka. Transformacja systemu w 1989 nie cieszyła mnie przesadnie, bo nawet dla osoby mało zorientowanej w polityce, jaką wtedy byłem, wyglądała ona na jeden wielki szwindel. Do dziś nie wiadomo właściwie jak to wydarzenie najlepiej nazwać: rewolucja, jesień narodów, obalenie komunizmu, zmiana ustroju, transformacja systemu... Gardziłem opozycją w 1989 r., która naprzeciw nadal świetnie zorganizowanej władzy komunistycznej w kluczowej rozgrywce o kształt państwa wystawiła Mazowieckiego – ospałego, chwiejącego się dziadunia, który na dodatek zasłabł w trakcie wygłaszania exposé. Jeszcze przed wyborami prezydenckimi 1990 nabrałem dystansu do Wałęsy – wystarczyło spojrzeć na tego zarozumiałego prostackiego spaślaka i posłuchać nonsensów, które głosił swoją odrzucającą nieskładną polszczyzną i proletariacką wymową. Odrazę budziły tzw. elity, które jednocześnie gardziły Wałęsą i bały się jego władzy. Nie miałem zaufania do prawicowych partii ZChN, KPN, które aż się prosiły o etykietę oszołomów. Dziś można już stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że były one opanowane przez specsłużby i agentów wpływu. Jedynym sensownym i – co istotne – nie kanapowym ugrupowaniem wydawało się wtedy PC. Co zmieniło się w moich poglądach? Przede wszystkim w latach 90. mało czytałem o polskiej polityce i wielu procesów nie rozumiałem. Ze zdumieniem obserwowałem wierność zubożałej na skutek transformacji inteligencji w stosunku do pasożytniczych elit, z którą to wiernością stykałem się w rozmowach z szanowanymi przeze mnie ludźmi. Dobitnym przejawem tej wierności były dla mnie wybory prezydenckie 1995, kiedy wielu moich znajomych inteligentów z pewnym zmieszaniem, ale jednocześnie z wiarą w słuszność sprawy, poparło kuriozalną kandydaturę Jacka Kuronia. Jednocześnie jeszcze wtedy środowisko Gazety Wyborczej mylnie traktowałem jako antykomunistyczne. Śmiałem się z tzw. teorii spiskowych, potępiałem rzekomy polski antysemityzm, nie zagłębiałem się w sprawę Bolka.

Piszę o tym, żeby zwierzyć się z ewolucji moich poglądów, która postępowała stopniowo wraz z wieloma rozmowami, książkami, artykułami, filmami. Wiedzę przyjmowałem stopniowo, z bardzo różnych źródeł, starając się ograniczać emocje, nie czułem się nigdy wiernym wyznawcą określonego nurtu politycznego. Dziś rola zakulisowych układów na każdym etapie życia publicznego – od władz lokalnych, przez administrację centralną, po geopolitykę – jest dla mnie oczywista. W życiu publicznym czym innym jest narracja tworzona na potrzeby publiczności (a może trafniej – gawiedzi), a czym innym rzeczywista gra interesów. Kaczyńscy słusznie zdefiniowali zjawisko mocno przerośniętych w Polsce powiązań towarzysko-biznesowo-politycznych wywodzących się z komunizmu i okrągłego stołu jako układ, jednak określenie to zostało za pomocą charakterystycznej i typowej już metodyki wykpione przez mainstreamowe media. W osobach, które dziś zawzięcie bronią nieskazitelnego wizerunku Wałęsy, bezkrytycznie popierają wtopienie państwa polskiego w struktury UE, kłamliwe paszkwile na polityków PiS w mediach traktują naiwnie jako twarde fakty itd., w tych osobach widzę następców tej samej inteligencji, która dawniej wystawiała łże-elitom czek in blanco, głosując na Jacka Kuronia. Co ciekawe, osoby te mimo wykształcenia, intelektu, potrafią z uporem odrzucać logiczne argumenty, a czasem nawet reagować na nie słowną agresją. Nawet jeśli przejawiają modny ostatnio cynizm polegający na dyskredytowaniu wszelkiej władzy i autorytetów, to ostrze tego cynizmu kierują przede wszystkim przeciwko PiS-owi, jakby to nadal była partia rządząca. W odpowiedzi na proste argumenty sprzeczne z salonowymi dogmatami, na wyrażenie poparcia dla PiS, można z miejsca zostać nazwanym oszołomem. Żeby było ciekawiej, nierzadko te same osoby emocjonalnie przyłączały się do prowokacji szytej grubymi nićmi, jaką była kampania na rzecz Doliny Rospudy, popierały dziwaczne happeningi, które były tam urządzane. A przecież to właśnie osobę w ciemno angażującą się w zręcznie nagłośnioną kampanię już prędzej można nazwać oszołomem.

O podstępnej narracji

Dziś uważam, że informacje dotyczące afer, zdemaskowanych agentów, które ujrzały światło dzienne, to wierzchołek góry lodowej. Wielu rzeczy oficjalnie nigdy się nie dowiemy, wiele zostanie wyjaśnionych po latach lub nawet dziesięcioleciach. W końcu, jakie korzyści miałby przynieść przekręt, który zostałby ujawniony w formie głośnej afery, cóż byliby warci najcenniejsi agenci wpływu po ich zdemaskowaniu? Nie widzę jednak nic złego w spekulowaniu na ten temat. Nie uznaję często spotykanych argumentów typu „trzeba mieć twarde dowody, żeby coś mówić”, „wyrok sądu definitywnie ucina wszelkie spekulacje”, nie wzruszają mnie epitety typu oszołom. Po to mamy intelekt, żeby wiązać różne czasem odległe fakty, układać je w logiczną całość i dyskutować o tym z innymi.

Czuję się osobiście oszukany przez środowisko Gazety Wyborczej z tego względu, że sam wielokrotnie ostro zwalczałem pogląd mówiący, że jest to środowisko żydowskie. Pytałem swoich rozmówców, jak można wierzyć w taką bzdurę, że ktoś zmienił nazwisko z Lewartow na Geremek, czy z Szechter na Michnik. Co prawda, nierzadko mocne poparcie nawet dla kontrowersyjnych spraw związanych z Żydami wyrażone w Wyborczej dawało mi do myślenia, ale dopiero zaangażowanie tego środowiska w promowanie w Polsce oszczercy Tomasza Grossa sprawiło, że zacząłem rozumieć, że to nie tyle poparcie Wyborczej dla Grossa, co po prostu antypolska akcja jednego i tego samego środowiska agresywnych Żydów. Czuję się oszukany, bo kiedyś udzieliła mi się histeria Wyborczej na punkcie szukania i piętnowania rzekomego antysemityzmu w Polsce, a przypomnijmy, że antysemitą zostawało się za samo stwierdzenie, że środowisko Gazety Wyborczej jest środowiskiem żydowskim. A dziś w Wyborczej ukazują się artykuły, w których oni sami z dumą odnoszą się do swoich korzeni, dawnych nazwisk oraz skrywanej przez lata tożsamości narodowej.

Bardzo trudno jest mi dyskutować z osobami, które identyfikują się z typem myślenia właściwym Gazecie Wyborczej, czy tożsamym lub zbliżonym – Polityki, TVN itd. Tym bardziej, że przez lata język debaty po tamtej stronie stawał się coraz bardziej ordynarny, napastliwy, cyniczny. Gdybym nawet był takim laikiem w krajowej polityce, jak kiedyś, to w dzisiejszym konflikcie politycznym między PiS a PO, byłbym przeciwko PO przez sam fakt, że tak bardzo zbliżyło się ono z zakłamanymi elitami postkomunistycznymi. Jednocześnie PO wraz z tymi elitami czują się depozytariuszami jedynie słusznych metod reformowania państwa, rozwiązywania problemów społecznych. Metody te są ich zdaniem tak słuszne, że nie jest w stanie tego podważyć żadna nieudolność, żadna kompromitacja, żadna afera; tak słuszne, że uzasadniają coraz bardziej bezwzględne neutralizowanie opozycji przez władzę dumnie nazywającą się o wiele bardziej demokratyczną niż poprzednia.

Jak wcześniej napisałem, narracja tworzona przez elity na potrzeby społeczeństwa nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, na dodatek odrzucający jest jej ordynarny język. Narrację tę budują, oprócz aroganckich polityków PO, oczywiście dziennikarze. Elity nieustannie promują w społeczeństwie twarze dyspozycyjnych dziennikarzy, by nie rzec – politruków. Dostają oni najlepsze stanowiska i najlepszy czas na antenie. Dobre przykłady szczególnie zaangażowanych politruków to Tomasz Lis, Monika Olejnik, ekipa Szkła kontaktowego, błaznujący Wojewódzki i Figurski. Dyspozycyjność tych i wielu innych politruków jest tak daleko posunięta, iż można ich spokojnie nazwać (metodą Palikota) dziennikarskimi prostytutkami. Od osoby, która osobiście zetknęła się z Wojewódzkim słyszałem taką opinię o nim, cytuję, „dla pieniędzy zjadłby gówno spod siebie i sprzedał własną matkę”. Skądinąd słyszałem też, że kiedyś jako grajek nie był taki jak dziś.

Wałek i Libertas a narracja

Nawiązując do romansu Wałka z Libertasem, ten temat wciąż jest na tapecie, chciałbym zwrócić uwagę na aspekt tej sprawy związany z podstępną narracją elit. Nie wiadomo dziś do końca, jaki długofalowy zamysł polityczny kryje się za tym projektem. Zapewne sami jego autorzy zakładają różne scenariusze. Trudno też powiedzieć, na ile konflikt na linii Wałęsa-Tusk jest dziś prawdziwy, a na ile – pozorowany w celu odebrania PiS-owi prawicowego elektoratu. Konflikt ten jednak świetnie pokazuje słabość narracji, którą spora część społeczeństwa przyjmuje i wspiera z uporem godnym lepszej sprawy. W takich momentach narracja sypie się i rozpada na kawałki z dnia na dzień. Dezorientacja elit, politruków i ich wiernych stronników, udzielających się choćby na popularnych portalach, musi w takich momentach budzić wesołość. Podobna dezorientacja miała miejsce choćby wtedy, gdy po trzecim „przypadkowym” samobójstwie świadka w sprawie Olewników według oficjalnej narracji wszystko było w najlepszym porządku, a potem nastąpiła niespodziewana dymisja ministra sprawiedliwości. Nie powiem, że czuję w takich chwilach satysfakcję, bo wolałbym, żeby społeczeństwo było z gruntu bardziej zdystansowane do zakłamanych elit i odporne na manipulację. Wiem też, że za każdym razem kwestią krótkiego czasu jest zbudowanie nowej propagandowej fasady, a ewentualne niekonsekwencje szybko zostaną zagłuszone za pomocą szumu informacyjnego lub ataków na opozycję. Zawsze jednak pozostanie nieoceniony publicysta Maciej Rybiński, który najcelniej punktuje zakłamanie elit, stawiając proste pytania i wytykając jaskrawe niekonsekwencje w ich narracji z chirurgiczną precyzją.

Przy okazji sojuszu Wałęsy i Libertasu Maciej Rybiński jak zwykle celnie wytknął hipokryzję elit w felietonie we wczorajszym Fakcie. Wcale nie wchodził przy tym w głębszą analizę polityki Wałęsy. Zamieszczam tu obszerny fragment:

Wałęsa specjalnej troski

Maciej Rybiński, Wałęsa specjalnej troski, Fakt 19.05.09

Nie bez wzruszenia patrzę na troskę, z jaką pochylają się w ostatnich tygodniach nad Lechem Wałęsą politycy, publicyści i generalnie autorytety. Jak prośbą i groźbą usiłują naprowadzić na właściwą drogę syna marnotrawnego, który pobłądził z Ganleyem.

Tylko jaka jest ta właściwa droga? Każdy ma własną, po której chciałby pędzić przywódcę „Solidarności”, aby napędzić sobie głosów, popularności albo przynajmniej mieć satysfakcję, że Wałęsa jest po jego stronie. Aby wszyscy byli zadowoleni, należałoby byłego prezydenta podzielić jak zapałkę, na czworo. Jedna ćwiartka dla PO, jedna dla PiS, jedna dla lewej nogi, ostatnia dla stroskanych publicystów.

Modne jest też zastanawianie się, co Wałęsa będzie robił w przyszłości, a zwłaszcza 4 czerwca. Stanie na Wawelu u boku Tuska, stoczy się do Gdańska, aby tam tarzać się w rynsztoku politycznym obok Ganleya, czy może wyjedzie do Paryża, żeby odetchnąć od dusznej atmosfery. Diabli wiedzą. (...)

Mówiąc poważnie, współczuję Wałęsie. Ludzie, którzy na co dzień go nie znoszą, uważają za dość ograniczonego cwaniaka – nagle, z okazji rocznicy dającej być może oglądalność telewizyjną, na dodatek tuż przed wyborami, chcieliby go mieć obok siebie. Żeby się pokazać: patrzcie, Wałęsa jest z nami. Razem obalaliśmy komunizm i razem stoimy na europejskiej reducie. A potem, po całym jublu i po akcie wyborczym, odesłać kpa na ryby. Niech nie przeszkadza, niech nie mąci. To bardzo brzydkie, brzydsze niż samodzielny flirt Wałęsy z Libertasem.

Narrację elit dotyczącą Wałęsy w ostatnich latach, ale sprzed Libertasu, dobrze odzwierciedla następujący komentarz sprzed prawie roku do jednej z niezliczonych dyskusji o Wałęsie:

Jakby nie patrzeć, pan Lech Wałęsa to Ikona, zrobił dla Europy bardzo dużo. Mnie jako patriotę oburza mieszanie go z błotem, bo nawet jeśli pobrudził sobie trochę ręce, to widocznie tak musiało być. Czasem, aby osiągnąć cel, trzeba się układać z tymi, z którymi się walczy, ale najważniejszy jest efekt końcowy, a nie cząstkowe posunięcia.

Wałęsie należy się szacunek i koniec, a jego złe uczynki (jeśli były) powinny zostać przemilczane dla dobra naszego wizerunku w świecie.

Niestety nasz najjaśniejszy „złodziej” księżyców tego nie rozumie, pała nienawiścią i zazdrością do wszystkiego i wszystkich. Mam nadzieję, że tak szybko jak się pojawił tak też i zniknie, bo ja chcę mieć prezydenta, którego nie muszę się wstydzić.

PS. Ci co narzekają na Wałęsę niech przeniosą się na Białoruś, bo ta byłoby u nas gdyby nie on.

Tuż po pierwszym występie Wałęsy u Ganleya 01.05.09 na forach posypały się komentarze pełne dezorientacji po stronie zwolenników PO. Nie pomogła nawet ostra riposta jeszcze tego samego dnia w radiu TOK FM. Jacek Żakowski: „Jeśli Wałęsa poparł Ganleya, to przeszedł na stronę interesów Kremla.” Stefan Niesiołowski: „Człowiek tej klasy, co pan prezydent Wałęsa, powinien wiedzieć, że uczestnicząc w kongresie Libertas umacnia pana Declana Ganleya, umacnia ludzi wrogich wobec koncepcji jedności Europy. Nie jest ważne, co Wałęsa tam powie, ale ważne jest, że Wałęsa tam był.” Oto kilka reprezentatywnych komentarzy ze strony zwolenników PO i okolic z forum Gazeta.pl:

Nie rozumiem tej wolty Lecha Wałęsy, nie zgadza się ani z naszymi ideałami „Solidarności”, ani z racją Polski, tym bardziej, że członkowie polskiego oddziału Libertasu nie wykazali się zbytnią troską o interesy społeczeństwa polskiego, prezentują interesy jednej grupy społecznej i osobiste ambicje niezrealizowane w żadnym ugrupowaniu ze względu na mierność poglądów i kwalifikacji.

Wałęsa zrobił to, co robi najlepiej, wszedł w paszczę lwa i tam ich poustawiał, dokładnie tak, jak kiedyś zrobił komunistom i esbekom...

Lechu zachował się jak wtedy, gdy był za utworzeniem 3 nogi. On jednak podejmuje niekonwencjonalnie różne wyzwania i jemu to uchodzi, a także dobrze wychodzi. Ja na ten zjazd nie pojechałbym i życzę Libertasowi potężnych klęsk, gdziekolwiek tylko spróbuje swoich szans. No może tylko w Polsce życzę mu 4,5%, aby osłabić PiS.

Pan Wałęsa co mógł zrobić pozytywnego, to już zrobił. Był i jest symbolem tamtej „Solidarności”. Ale żadne jego zasługi nie zmienią faktu, że jest to prostak przesiąknięty na wskroś bigoterią i zawsze będzie go ciągnąć w stronę religijnych pojebów. Więc lepiej niech pojedzie na ryby i da sobie spokój z pochwałami Libertas.

Dajcie spokój Wałęsie! Chłop chce zarobić trochę grosza i tyle. Nikomu to nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Ganley będzie tylko lżejszy o jakieś 50 tys. dolców. Wałęsa i tak nie jest najgorszy w porównaniu do niedobitych faszystów z PiSuaru czy z Platformy. Kiedyś go nie lubiłem, ale od momentu, jak poinformowano, że współpracował z SB – lubię go bardziej!

Lech Wałęsa nigdy nie był geniuszem, ale teraz to się już zupełnie pogubił. Udział w imprezie Libertasu był niewybaczalnym błędem. Wzięcie za to pieniędzy to już polityczne samobójstwo. Legenda umarła.

E tam, przesadzasz. Według mnie dobrze zrobił :) Dalej go cenię jak zawsze, to nasz polski bohater. I szanujmy go, bo może inteligentem nie jest, ale na pewno człowiekiem przełomów, działania i sporej, intuicyjnej mądrości. A przy tym bardzo czystego i dobrego serca.

Ja ten numer już Wałęsie wybaczyłem, ale lepiej już niech trochę pomilczy!

Atakować Wałęsę to tak jakby atakować JP2, każdy się rozbije jak na skale. Głosowałem na p. Wałęsę i nadal mimo krytyk buraków wierzę, że ten człowiek choćby rozmawiał z samym A. Hitlerem (będąc także krytykowany), potrafiłby przekonać Adolfa do swoich racji i do pokoju lub zaprzestania wojny.

Takich komentarzy można przytaczać bardzo wiele. Chodziło mi tu o pokazanie na przykładach swoistego rozpadu pewnej narracji. Wcześniej na forach były proste dyskusje przeciwników Wałęsy jako byłego TW Bolka i szkodliwego polityka ze zwolennikami wychwalającymi Wałęsę głównie z pozycji PO. Teraz zwolennicy znaleźli się w niekomfortowej sytuacji i szukają dla Wałęsy usprawiedliwienia lub zżymają się na niego. Przeciwnicy nie muszą modyfikować swojej narracji i bardzo rzadko to robią. Działania Wałęsy wpisują się bowiem w jego częściowo odkryte mroczne powiązania oraz arogancję i nieobliczalność w działaniach politycznych. Przykłady z drugiej strony z tego samego forum:

Jak to Wałęsa Gazecie dysonans wywołał...

Mówiąc szczerze, to tak czekałem jak GW z tego wybrnie. Z jednej strony „ikona Solidarności”, jeden z najlepsiejszych przyjaciół nadnaczelnego (ponoć nawet lepsiejszy niż człowiek honoru), a tu taki przykry psikus... „Ikona” pojawiła się na spotkaniu „ciemnogrodu”. No kurczę... To tak jakby papież wpadł z wizytą na czarną mszę.

I jak tam „panowie redachtorowie” – redukujemy? :D

„Słowianie, jak Indianie wymienili banki na zabawki.” To cytat z „Dziennika Związkowego”. Lechowi może wrócił rozum i zobaczył jak przekręcono Polaków, traktując ich jak dziki naród. Oligarchia brała banki, fabryki, kopalnie, stocznie, a dawała gadżety, czyli zabawki, używane samochody, komórki itp. bzdury.

W przypadku przeciwników najbardziej typowe było zdystansowane podejście z pierwszego z tych 2 komentarzy.

Możliwości przełamania narracji narzucanej przez elity

Jak pisałem w pierwszej części tego wpisu, w której dokonałem małego rozrachunku swoich poglądów – i w latach 90., i dziś widać uporczywą lojalność niemałej części inteligencji w stosunku do elit. Co ciekawe, elity nie dają w zamian nic oprócz poczucia przynależności do rzekomo lepszej części społeczeństwa. Opowiedzenie dowcipu o Kaczorach, okazanie pogardy dla prezydenta czy dla PiS-u, okazanie entuzjazmu dla Tuska ma być równoznaczne z otrzymaniem swego rodzaju certyfikatu towarzyskiego – „jestem postępowy, cool, a nawet niekonformistyczny i odważny (bo siepacze prezydenta mogą mnie w każdej chwili zamknąć w więzieniu na 3 lata)”. Z jednej strony wydaje się, że tę lojalność w stosunku do elit będzie łatwiej przełamać teraz niż kiedyś, bo dziś argumentacja elit jest prymitywna, niespójna, wszystko tam ledwo trzyma się kupy i to tylko dzięki namolnej hałaśliwej propagandzie w mediach. Z drugiej strony wydaje się, że pierwsze pokolenie wyrosłe w demokracji i w kapitalizmie nie jest jeszcze dobrze uodpornione na wszechobecne manipulacje. Starsze pokolenia nie są w lepszej sytuacji, bo oni za młodu w ogóle nie przywykli do reklam komercyjnych, a propaganda polityczna była jednak łatwa do zdemaskowania – prymitywna, bardzo jednostronna, a do tego oparta na przemocy i cenzurze. Dzisiejsza propaganda sączy się w nowocześnie redagowanych serwisach informacyjnych lekko i przyjemnie. Lepiej pozoruje obiektywizm. Stosuje znacznie bardziej wyrafinowane metody perswazji niż obleśna morda Urbana w telewizji. Musi minąć trochę czasu zanim społeczeństwo uodporni się na sztuczki stosowane zarówno w reklamie komercyjnej, jak i w propagandzie politycznej. Dodatkowo, mówiąc o inteligencji, da się zauważyć pewną jej degradację. Nie chciałbym gderać, ale wystarczy przejść się po korytarzach dowolnej wyższej uczelni i porównać atmosferę dziś i choćby 10 lat temu – od razu widać, że dochodzi do głosu pokolenie wychowane w gimnazjach. Często jeszcze gorszy poziom reprezentują studenci licznych prywatnych szkół. Nie chcę powiedzieć, że kiedyś byliśmy święci, jednak zmiany na niekorzyść są zauważalne.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wejście z Libertasem w Polsce było obliczone przede wszystkim przeciwko PiS-owi (trudno mi się tu odnieść do wewnętrznych spraw w innych krajach, w których działa Declan Ganley). W wyborach do europarlamentu partia ta może nie odegra znaczącej roli, ale ta inwestycja da układowi pole manewru w wyborach, które będą następować w kolejnych latach. Powoli wyłania się prawdopodobny skład głównych konkurentów w wyborach prezydenckich 2010 – Lech Kaczyński, Donald Tusk i Lech Wałęsa. Można tu ułożyć wiele scenariuszy. W najprostszym Lech Wałęsa będzie w dalszym ciągu pozorował konflikt z Tuskiem, by na koniec pomóc mu pogrążyć Lecha Kaczyńskiego. Poza tym postawienie wszystkich aktywów na Tuska byłoby z punktu widzenia układu nieroztropne. Po pierwsze Tusk bywa nielojalny, czego przykładem była dymisja ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Po drugie Tusk jest czasem zaskakująco nieudolny (ucieczka z Gdańska przed stoczniowcami), a jego poza twardego męża stanu zbyt często sprawia wrażenie rozpaczliwego nadrabiania miną. Wreszcie do Tuska przylgnęła łatka polityka proniemieckiego, a w prymitywnej wersji – niemalże pół-Niemca, nad którym unosi się duch dziadka z Wehrmachtu.

Promowanie Libertasu za pomocą zbieraniny polityków drugiego sortu, do jakich – jakby nie patrzeć – zalicza się dziś Lech Wałęsa, będzie wymagało zastosowania dużych środków socjotechnicznych. Mimo opisanych wyżej problemów z naszą inteligencją (grupą społeczną) oraz wielotorowych działań zmierzających do manipulowania naszym społeczeństwem, bardzo liczę na to, że coraz więcej z nas Polaków zacznie rozumieć, jak dalece jesteśmy rozgrywani. Konieczne jest tylko zrozumienie, że za ckliwą lub cyniczną – do wyboru – narracją kryją się brutalne, a często brudne interesy i nie są to interesy państwa polskiego. Być może i cynicy zrozumieją, że – nawet wyłącznie w aspekcie własnych korzyści materialnych – w ostatecznym rozrachunku, wspierając postkomunistyczne elity, prawie wszyscy ponosimy straty. Konieczna jest dogłębna wymiana elit rządzących na wielu szczeblach władzy i w wielu instytucjach, stworzenie prawdziwego pluralizmu w mediach kształtujących naszą przestrzeń publiczną. Myślę, że konieczne byłyby w tym celu dwie kadencje rządów nastawionych na realizację polskich interesów. W tym przynajmniej jedna z konstytucyjną większością, aby zmienić złe prawo od podstaw, czyli od konstytucji. Gdyby to nastąpiło w 1989, dzisiaj bylibyśmy dobrze prosperującym krajem gotowym na wyzwania, jakie przyniesie XXI wiek. Gdyby rządy Kaczyńskich zapoczątkowane w 2005 nie zostały przerwane, mielibyśmy dziś daleko posunięte reformy, a korupcja na szczytach władzy zostałaby na dobre przecięta po raz pierwszy od 1989 roku i FOZZ – „matki wszystkich afer”. Nie traćmy jednak ducha. Jeśli nasz naród wróci do ducha odnowy i nadziei, to cały czas mamy szanse na dobre perspektywy po wyborach w 2010 i 2011 roku.

niedziela, 17 maja 2009

Jajcogłowy Robert Krasowski

Jaka jest dzisiaj w Polsce odpowiedzialność za słowo? To szeroki temat. W tym miejscu mam na myśli tzw. opiniotwórcze dzienniki. Nie ma ich wiele, tradycyjnie zalicza się do nich Rzeczpospolitą, Gazetę Wyborczą i Dziennik. „Opiniotwórczość” tych gazet da się zmierzyć. Według comiesięcznych raportów Instytutu Monitorowania Mediów Najbardziej opiniotwórcze media te 3 gazety są od wielu lat w czołówce. Metodologia badań polega na zliczaniu cytowań w określonej próbce przekazów mediowych. W marcu 2009 po kilkumiesięcznej przerwie na pierwszym miejscu rankingu IMM znalazł się Dziennik. Najczęściej na 1. miejscu jest Rzeczpospolita. W raporcie za cały rok 2008 Rzeczpospolita jest na 1. miejscu, Dziennik – na 2., a Wyborcza – na 3. Podobny ranking firmy Newton Media za kwiecień 2009 podaje następującą kolejność: Rzeczpospolita, Gazeta Wyborcza, Dziennik. W opisanych rankingach 3 czołowe dzienniki znacząco wyprzedzają resztę badanych mediów.

Jakie zatem znaczenie ma słowo w jednym z czołowych opiniotwórczych dzienników w średniej wielkości kraju, drukowane w najbardziej poczytnym wydaniu sobotnio-niedzielnym na tzw. dwójce – kolumnie redakcyjnych komentarzy – i podpisane przez redaktora naczelnego? Mogłoby się wydawać, że w takim miejscu mogą znaleźć się tylko ważne i mądre słowa. Słowa będące odzwierciedleniem świadomości społecznej w danym kraju, pilnie śledzone przez analityków z innych krajów, którzy potrzebują precyzyjnego i treściwego spojrzenia na ogólną sytuację w tymże kraju; słowa, do których sięgną przyszłe pokolenia, aby uzyskać zrozumienie historii głębsze, niż tylko znajomość suchych faktów i dat.

Redakcyjne komentarze w Rzeczpospolitej stanowią miejsce, gdzie można przeczytać sensowną krytykę rządu, gdzie władzy są stawiane kłopotliwe pytania. W ogóle łamy Rzeczpospolitej są jedynym liczącym się miejscem, w którym media pełnią niezbędną w demokracji funkcję kontrolną i krytyczną w stosunku do władzy. Gazeta Wyborcza stała się – poniekąd w efekcie wymuszonego sytuacją polityczną sojuszu – obrzydliwą reżimową tubą, co jest niemoralne, lecz zrozumiałe. Komentarze publicystów Gazety Wyborczej nie nadają się do poważnego traktowania jako źródło wiedzy i inspiracji, ale można je traktować jako źródło poznania oficjalnego stanowiska oraz sposobu argumentacji obozu rządzącego. Dziennik jest natomiast gazetą służalczą w stosunku do obozu Tuska i oszukującą czytelników bardziej perfidnie niż Wyborcza. Dziennik bowiem usilnie pozuje na obiektywizm, jednak z każdego „obiektywnego” artykułu jakoś „przypadkiem” wychodzi im, że rządy Tuska są najlepsze dla Polski. Lansowana ostatnio przez Dziennik koncepcja postpolityki także ma na celu zneutralizowanie nieudolności rządu Tuska na zasadzie, że skoro nie ma polityki, to nie ma też racji bytu walka polityczna z rządzącą Platformą Obywatelską.

Właśnie wczoraj w sobotnim komentarzu redaktora naczelnego Dziennika umieszczonym na 2. stronie pojawiły się żenujące i kompromitujące bzdury (Robert Krasowski, Kwadratura Wałęsy, Dziennik 16.05.09). Wydawałoby się, że redaktor naczelny, pisząc ważny felieton, powinien wykazać się pogłębioną znajomością najnowszej historii, bieżących stosunków politycznych oraz perfekcyjnym wyczuciem aktualnego stanu świadomości społecznej. Dokonanie trafnych spostrzeżeń powinna mu ułatwić także osobista znajomość elit politycznych, obracanie się na co dzień w tzw. wyższych sferach. To są jednak stanowczo zbyt wygórowane wymagania w stosunku do redaktora naczelnego Dziennika – Roberta Krasowskiego.

Krasowski poczuł się wywołany do tablicy przez głośną woltę Lecha Wałęsy, który swoim wystąpieniem na kongresie paneuropejskiej platformy politycznej Libertas Irlandczyka Declana Ganleya w Rzymie 01.05.09 (pt) zapoczątkował systematyczną promocję tego ruchu przed wyborami do europarlamentu 07.06 (n). 14.05 (cz) Wałęsa uczestniczył w konwencji Libertas w Madrycie, a planowane są następne konwencje z udziałem Wałęsy. Według spekulacji w sumie będzie 5 wystąpień Wałęsy z Libertasem: Rzym, Madryt, kolejne w Dublinie, 23.05 (so) w Warszawie, oraz 04.06 (cz) w Paryżu. Wg nowszej wersji 04.06 Wałęsa będzie z Tuskiem w Krakowie, następnie z Declanem Ganleyem na konwencji w Gdańsku i po przelocie prywatnym samolotem Ganleya, jeszcze tego samego dnia na konwencji w Paryżu. Prezes Fundacji Instytutu Lecha Wałęsy Piotr Gulczyński (ten, co ma licencję na bicie dziennikarzy – policjanci odwracają przy tym głowy) zaprzecza tym spekulacjom. Salon przewidywał na 4 czerwca bardzo podniosłe obchody rocznicy przegranych wyborów. Obchody te miałyby stanowić kolejny etap ugruntowania braterstwa postkomunistów, michnikowszczyzny, PO i Wałęsy. Za sprawą nieudolności Tuska (tchórzliwa ucieczka przed stoczniowcami z Gdańska do Krakowa) oraz własnej gry Wałęsy (współpraca z Ganleyem) sprawy przybrały niekorzystny dla salonu obrót i podniosłe obchody mogą się okazać farsą.

Nie przypadkiem wyżej napisałem o rocznicy przegranych wyborów 1989. Co prawda jest faktem, że społeczeństwo zachowało się wtedy wspaniale i zagrało na nosie zarówno ówczesnym komunistom, jak i tzw. opozycji demokratycznej – obie strony liczyły bowiem, że poparcie dla strony opozycyjnej będzie raczej połowiczne. „Niestety”, okazało się, że przy wysokiej frekwencji przewaga głosów na opozycję była miażdżąca. Ale wybory formalnie nie miały znaczenia, gdyż układ sił w parlamencie ustalono w drodze negocjacji bez udziału społeczeństwa. Innymi słowy wybory zostały przegrane na mocy kontraktu, który nie dopuszczał zwycięstwa opozycji. Na mocy tego kontraktu i dodatkowego oszustwa (zmiana ordynacji wyborczej między 1. a 2. turą) opozycja otrzymała 161 miejsc w Sejmie a komuniści – 299, czyli gwarantowane 65%. Nadspodziewanie wysokie poparcie społeczne nie przekonało opozycji do ostrzejszej gry ze słabnącą władzą komunistyczną. Adam Michnik opublikował co prawda w Gazecie Wyborczej słynny artykuł Wasz prezydent, nasz premier, ale Tadeusz Mazowiecki odpowiedział w Tygodniku Solidarność artykułem Spiesz się powoli, w którym przekonywał opozycję do zachowania bierności. Sejm kontraktowy wybrał na prezydenta naszego „ulubieńca” Wojciecha Jaruzelskiego i powołał na urząd premiera drugiego „ulubieńca” – Czesława Kiszczaka. Ostatecznie zwyciężyła koncepcja Michnika. PZPR po konsultacjach Rakowskiego z Gorbaczowem zgodziło się na Mazowieckiego jako premiera pod warunkiem, że resorty siłowe pozostaną w rękach PZPR. I tak ministrem spraw wewnętrznych i wicepremierem w rządzie Mazowieckiego został jednak Czesław Kiszczak, pozostając na tym stanowisku do 06.07.90. Myślę, że po przypomnieniu tych faktów dla każdego jest jasne, iż 4 czerwca to rocznica przegranych wyborów, a Niemcy – nie ma co oszukiwać siebie ani innych nacji – mają prawo do pierwszeństwa w obalaniu komunizmu, co wiąże się z rozkładem władzy komunistycznej w NRD i burzeniem muru berlińskiego już od 09.11.89. Od tamtych pamiętnych dni układ sił i władze w Polsce zmieniały się, choć bardziej lub mniej formalnie siłą dominującą do dziś dnia pozostają postkomuniści.

Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski - Lewa noga z golenią prawąWróćmy teraz do Krasowskiego, który we wspomnianym felietonie historię polityczną Wałęsy po roku 1989 r. uprościł do absurdu: „W 1989 roku, po wygranych wyborach, Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, dwaj bliscy współpracownicy Wałęsy, postanowili rządzić wbrew niemu. (…) Kierowała nimi chłodna analiza: wiedzieli, że wspólnie z Wałęsą niczego zrobić się nie da. Że ten swoją narcystyczną osobowością niszczy wszystko. (…) Kaczyński racjonalnie konstatował, że w polskiej polityce osoby Wałęsy nie da się ominąć, że próba wyrzucenia go na margines zniszczy każdą władzę.” I tak dalej o Wałęsie ze słowem-kluczem niszczyć. W naiwnej interpretacji Krasowskiego Wałęsa rozbijał obóz solidarnościowy jedynie po to, aby stać się jego jednoosobowym reprezentantem, nawet gdyby rezultatem miała być przegrana w walce politycznej z postkomunistami. Krasowski „zapomniał”, że mottem prezydentury Wałęsy było wzmacnianie „lewej nogi”, czyli byłych komunistów politycznie osłabionych na skutek transformacji systemu, właśnie wtedy, gdy zaistniała historyczna szansa, by Polska pozbyła się tego PRL-owskiego balastu. „Powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku” – mówił wtedy prezydent Wałęsa do oszołomionego społeczeństwa, które 04.06.89 dopiero co zdecydowanie odrzuciło komunistów. To poparcie dla lewej nogi można byłoby uznać za największą woltę Wałęsy, nieporównywalną z dzisiejszym „olaniem” Tuska. Można byłoby – gdyby nie to, co dziś wiemy o Bolku. Po TW Bolku prezydentem został inny TW – TW Alek, postkomunistyczny układ został więc przez agentów komunistycznych specsłużb doskonale zakonserwowany. O tym jak bardzo to polityczne szkodnictwo (o agenturalności wtedy stosunkowo mało się mówiło) skompromitowało Wałęsę w oczach społeczeństwa najlepiej świadczy to, że w wyborach prezydenckich 2000 otrzymał 1% głosów – był za Andrzejem Lepperem i Januszem Korwinem-Mikke. Te lata, w których Bolek był odstawiony w kąt, Krasowski opisuje następująco: „Przez dekadę żadna licząca partia nie nawiązywała z nim współpracy. Co pewien czas jakiś sentymentalny jajogłowy pisał, że marnuje się nasz największy narodowy kapitał, że rządy powinny korzystać z autorytetu Wałęsy, wprowadzać go do zachodnich instytucji, powierzać dyplomatyczne misje.” Wałęsa wtedy płacił polityczną cenę za „lewą nogę”, za to dziś, bynajmniej nie sentymentalny, jajcogłowy Robert Krasowski robi sobie jaja z czytelników, pisząc swoje bajeczki.

Przejdźmy do tezy felietonu, która została uwypuklona w leadzie zarówno w wydaniu papierowym jak i w portalu: „W całej dzisiejszej przygodzie z Wałęsą i Ganleyem najciekawsze jest to, że doprowadzili do niej ludzie znający Wałęsę najlepiej – bracia Kaczyńscy, Donald Tusk i grupa publicystów, która broniła Wałęsy po to, aby zaszkodzić PiS.” Krasowski wpisuje się więc w oficjalną linię salonowych mediów mówiącą, że w pierwszym rzędzie trzeba kopać i za wszystko winić opozycję – Wstrętne Kaczory są głównymi winowajcami zarówno upadku Stoczni Gdańskiej, jak i tego, że Wałęsa wywinął numer Tuskowi. Według pokrętnej logiki Krasowskiego wina Kaczorów polega na tym, że zainspirowali ujawnienie sprawy Bolka, co z kolei paradoksalnie przysporzyło popularności Wałęsie. Krasowski nie zauważa, że Wałęsa był wykorzystywany przeciwko Kaczorom już od 2005 r. Nie zauważa też, że lustracja była ważnym elementem programu PiS, które – w odróżnieniu od innych partii – traktuje program i wyborców poważnie, a nie tylko jako trampolinę do władzy. Poza wszystkim – Kaczory ani nie namawiały Wałęsy do kablowania na kolegów w latach 70. i układania się ze specsłużbami w latach 80., ani też nie dyktowały książek historykom, którzy te prawdy zaczęli dla nas odkrywać. Krasowskiego jednak zdaje się uwierać sam fakt popierania lustracji przez Kaczorów – cóż, nie tylko jego. „Grupę publicystów” zapamiętale promujących Wałęsę Krasowski figlarnie wymienia na końcu. Jednak to Gazeta Wyborcza drukowała w 2008 r. hagiograficzne artykuły o Wałęsie oraz obrzucała inwektywami historyków, a Michnik pisał z właściwą naszym „autorytetom” elegancją „Odpieprzcie się od Wałęsy.” Dziennik nie był lepszy, jego postawę można by opisać w poetyce Michnika hasłem „pieprzyć prawdę”. Publicyści Dziennika starają się od miesięcy rozmywać przewinienia Wałęsy. Piszą, że Wałęsa może i był uwikłany, może i jest nadętym bufonem, ale dziś należy mu się przede wszystkim współczucie. Poza tym – zdaniem Dziennika – właściwie musimy Wałęsie wybaczać błędy i stawiać go na piedestale, aby symbol Wałęsy mógł skutecznie konkurować z symbolem – zburzeniem berlińskiego muru. To postawa oportunistyczna i pełna hipokryzji, ale do tego publicyści Dziennika się nie przyznają – przecież właśnie za tę hipokryzję biorą pieniądze.

Szczytem miłosnych uniesień Tuska z Wałęsą było przeforsowanie przez Tuska tego idioty jako polskiego przedstawiciela do tzw. Rady Mędrców Unii Europejskiej. Sielanka trwała do 1 maja. Po zmianie frontu przez Wałęsę salon z właściwą tym moralnym degeneratom elastycznością przeszedł od stawiania na piedestale do dyskredytowania Wałęsy. Dyżurni obszczekiwacze z TVN ośmieszali go w swoim programie Teraz My 11.05.09. Dziennik z właściwą sobie smutną zadumą opublikował obszerny artykuł pt. Żywa legenda czy drobny geszefciarz? Kim jest Wałęsa (Dziennik 09.05.09). Tusk z kolei grozi wycofaniem poparcia dla Wałęsy, na co ten odpowiada zgodnie ze swoim charakterkiem znanym nie od dziś: „Niech nikt nie próbuje mnie straszyć i zabraniać!” Wreszcie Piotr Stasiński z Gazety Wyborczej użył w niedzielnym programie TVN24 soczystego porównania: „Lech Wałęsa oddaje się Declanowi Ganley’owi jak kurtyzana.” Moim zdaniem w tym konflikcie nie należy opowiadać się po żadnej ze stron – jest to konflikt w obozie wroga. Należy jedynie obserwować, kto po czyjej stronie się opowiada, gdyż ta wiedza może przydać się w przyszłości. Myślę, że można przyjąć roboczą hipotezę, iż jest to drobny konflikt między obozem proniemieckim a prorosyjskim w Polsce, które na ogół u nas współdziałają.

Jeśliby przyjąć spolegliwą optykę Dziennika, zaprzeczać istnieniu zakulisowych sił kierujących polityką, to trzeba byłoby ocenić współpracę Wałęsy z Libertasem jako wolny wybór wolnego człowieka i rzetelnie zastanowić się nad przekazem Wałęsy. Nikt jednak tego nie robi. Także Krasowski okazuje w swym felietonie niezadowolenie z tego, że Wałęsa zdradził Tuska – wzdycha, że Wałęsa kopnął „i wrogów, i sojuszników” (domyślam się, że Krasowski – jak cały salon – „właściwą” rolę Wałęsy widzi tak, że ma on kopać tylko Kaczorów). Krasowski w roli felietonisty oczywiście musiał zakończyć swoje wypociny bon motem, nie ważne że tandetnym: „[Wałęsa] dopóki będzie żył, będzie tyleż narodowym skarbem, ile źródłem narodowych kłopotów. Aby te kłopoty były jak najmniejsze, trzeba przestrzegać dwóch prostych reguł. Po pierwsze nie wolno go zagłaskiwać, jak to niedawno robiło wielu polityków i dziennikarzy, bo to jedynie ośmiela w nim potrzebę zaistnienia. Po drugie nie wolno Wałęsy dobijać, ponieważ nagonki jedynie wyciągają go z politycznego niebytu. Wałęsa potrzebuje gabloty z dwoma napisami: «Nie drażnić niedźwiedzia» i «Nie karmić misia». Pierwszy napis będzie strzegł nas przed Wałęsą, drugi Wałęsy przed nim samym.”

Libertas Polska jest częścią paneuropejskiej platformy Libertas.eu stworzonej i finansowanej przez irlandzkiego biznesmena Declana Ganleya. Ganley wsławił się wydaniem 1,3 mln € na kampanię przeciwko traktatowi lizbońskiemu w Irlandii. W referendum 12.06.08 Irlandczycy odrzucili traktat. Libertas Polska wykorzystuje w swojej działalności twarze prawicowych polityków, których pamiętamy z działalności obliczonej na osłabienie prawicowych partii i rządów od wewnątrz. Na razie wykorzystują oni specjalnie dobrane hasła populistyczne, aby osiągnąć popularność i stworzyć sobie pole do dalszej walki politycznej. Błędem byłoby sądzić, że ludzie, którzy stoją za tym przedsięwzięciem, są nieobliczalni czy też wyrzucają pieniądze w błoto. W czasach narastającego kryzysu i prawdopodobnych niepokojów społecznych hasła populistyczne mogą się sprawdzić, podobnie jak kiedyś Tymiński czy Lepper. Układ będzie natomiast dramatycznie potrzebował „swojej” partii zdolnej zastąpić Tuska w wypadku upadku jego obozu, aby nie dopuścić do zwycięstwa antyukładowego PiS-u. Wszystko wskazuje na to, że Wałęsa ma być lokomotywą tej partii. Z kolei Wałęsa, świadomy przyczyn swoich poprzednich politycznych porażek, już wie, iż potrzebuje potężnego zaplecza, aby cokolwiek znaczyć w polityce – nie wystarczy samo nazwisko i Fundacja Instytutu Lecha Wałęsy czy jakieś doraźne efemerydy. Tak więc wiele wskazuje na to, że obie strony mają wspólny interes we współpracy, bądź też po prostu ten sam patron pociąga tu za sznurki. W kręgach Libertas pojawiają się głosy, że Wałęsa będzie z jego poparciem kandydował na prezydenta Polski w 2010 roku, a jeżeli w przyszłości zostanie ustanowione stanowisko prezydenta UE, to Wałęsa będzie miał poparcie Libertasu i na to stanowisko. Jeszcze raz podkreślę opinię, że obecny konflikt na linii Tusk-Wałęsa jest albo konfliktem pozorowanym, albo co najwyżej konfliktem między dwiema odnogami układu w Polsce. Ujawnienie tego konfliktu właśnie dziś może świadczyć o tym, że pozycja Tuska już teraz jest słabsza, niż wskazywałyby na to pozory. Może też świadczyć o tym, że w najbliższych miesiącach czekają nas niepokoje społeczne i tarcia międzynarodowe związane z kryzysem ekonomicznym.

Kończąc, jeszcze słowo o redaktorze Krasowskim. W omówionym felietonie pokazał on po raz kolejny w polskich mediach, że nie istnieją już żadne normy przyzwoitości we wtłaczaniu do przestrzeni publicznej wierutnych bzdur. Można bezczelnie manipulować faktami sprzed ledwie kilku-kilkunastu lat, bo w szumie informacyjnym fakt dokonania manipulacji i tak się rozmyje. Można analizę zjawisk politycznych zastępować naiwnymi opowiastkami, niczym z bajek dla dzieci, a głębokie odkrywcze myśli – tandetnymi bon motami. I przy tym wszystkim pozować na wielkiego opiniotwórczego redaktora. Krasowski wie, że każda taka „opiniotwórcza” lipa przejdzie, dopóki będzie on grał po właściwej stronie. Czas, żeby społeczeństwo takim elitom podziękowało za współpracę.

piątek, 15 maja 2009

Poczekam na wyprzedaż symboli

Przed wyborami ceny symboli narodowych rosną. Poczekam na posezonowe wyprzedaże. Po 7 czerwca symbole na pewno stanieją, aż do sezonowej zwyżki za rok. W 2010 r. czekają nas bowiem wybory prezydenckie oraz samorządowe. Najbardziej chodliwy dziś symbol narodowy – Lech Wałęsa, dobrze znany także jako TW „Bolek” – może do tego czasu mocno się zużyć. Niewykluczone, że z kolei zostanie porządnie odmalowany inny symbol narodowy – Aleksander Kwaśniewski, znany także jako TW „Alek”. Ireneusz Krzemiński – były członek KLD oraz badacz polskiego antysemityzmu – czyli autorytet, co się zowie, choć nie symbol – dał w dzisiejszej Rzeczpospolitej sygnał, iż nasz główny symbol narodowy znowu zaczyna się przecierać i trochę pruć.

Oto kilka cytatów z wywiadu z Krzemińskim (Wałęsa, czyli liberalizm po polsku, Rzeczpospolita 15.05.09): „Flirt z partią Ganleya to pomysł nieodpowiedzialny”, „Gazety napisały już nawet, za jaką cenę Wałęsa wystąpił w Rzymie. To jest kompromitujące.” Na kłopotliwe pytanie redaktora: „Na czym więc polega wartość Wałęsy jako – jak mówią niektórzy – «dobra narodowego»?” Krzemiński zadziwiająco – jak na swoje środowisko – dystansuje się od Wałęsy, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę tak niedawne zachwyty salonu nad prymitywnym bucem, jakim w istocie jest ten symbol... naszych nieszczęść narodowych. I tak, Krzemiński odpowiada: „No, właśnie, dlaczego Wałęsa miałby być «dobrem narodowym»? (...) Wałęsa, czy się komu podoba czy nie, stał się symbolem – no, może zresztą jednym z symboli, acz szczególnie ważnym – wspaniałego wielkiego ruchu «Solidarności». (...) Ale potem Wałęsa okazał się niedobrym prezydentem, stracił społeczny autorytet i trudno o tym dziś nie pamiętać. Na ogół jest tak, że albo go oczerniamy i całkowicie przekreślamy, albo wynosimy bezkrytycznie na piedestał. A przecież mamy do czynienia z żywym człowiekiem (...)”

Aukcja, Przemówienie symbolu narodowego za 100000 euro, Lech Wałęsa, Bolek

Obr. 1. Jak widać liberałowie z Libertasu licytują skuteczniej od liberałów z PO.

wtorek, 12 maja 2009

Pazur brukowca

Jako że odcinam się od klasy społecznej która dumnie zwie się wykształciuchami, to nie muszę tłumaczyć się z tego, że czasem czytuję brukowce. Szczególnie upodobałem sobie Fakt. Za 2 i 3 stronę, na których zgodnie pisują politycy i publicyści z każdej opcji, nic nie robiąc sobie z otoczenia, czyli reportaży z rozmaitych krwawych porachunków sąsiedzkich czy też romansów różnych gwiazdek popkultury z drugiej i trzeciej ligi. Dodać należy, że na ogół ci autorzy biorą poprawkę na poziom odbiorców szacowany mniej więcej na wykształcenie średnie niepełne. Dzięki temu piszą prosto i rzeczowo, o co im chodzi, oszczędzając czasu na rozlazłe dywagacje, naciągane i nieprzekonujące porównania i tym podobne elementy dyskursu wykształciuchów. Szczególnie nie żałuję 1,30 zł na Fakt już za sam codzienny felieton Macieja Rybińskiego. Dzisiaj kupiłem Fakt ze względu na plakat Marszałka Józefa Piłsudskiego, ponieważ postać tę cenię i szanuję. Plakat okazał się trochę tandetny, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Dzisiaj chciałem pochwalić Fakt za jakże miły w nerwowych czasach dystans i nienachalną, z wyczuciem dozowaną ironię. Właśnie ten pazur ironii miałem na myśli w tytule wpisu. Oto, trafiając na notatkę o Ludwiku Dornie z typowym dla brukowca złośliwym tytułem Koniec luksusów, czas na autobus, spodziewałem się wyłącznie potoku złośliwości pisanych pod publiczkę niechętną na ogół całej klasie politycznej. A tu miła niespodzianka! Artykuł okazał się lekko ironiczny, z zabawną nutą nostalgii i w sumie nie przesadnie złośliwy. Postanowiłem zamieścić tutaj obszerny cytat:

Koniec luksusów, czas na autobus

Fakt 12.05.09

To już nawet nie jest cień dawnego próżnego Ludwika Dorna (55 l.). Z arogancji polityka, który jako marszałek Sejmu woził się rządowymi limuzynami i kazał oficerom BOR wyprowadzać swojego psa na spacer, nic już nie zostało. Teraz Ludwik Dorn, jak miliony obywateli, telepie się po mieście zatłoczonymi autobusami.

Być może życie szarego obywatela, który do Sejmu dojeżdża spod Warszawy koleją, patrzy smutno przez szybę miejskich autobusów i snuje się po chodniku, byłoby dla Dorna jakąś nauczką. Być może zaowocowałoby jakąś parlamentarną inicjatywą na rzecz zwykłych ludzi.

Ale Ludwik Dorn nic w Sejmie już nie znaczy. Wyrzucony z PiS wiedzie żywot niezależnego posła – niezależnego od partii i takiego, od którego też już nic nie zależy.

Fakt, Marszałek Polski Józef Piłsudski, były marszałek Sejmu Ludwik Dorn

Obr. 1. Marszałek Polski i były marszałek Sejmu w Fakcie, 12.05.09.

Materiały dodatkowe

1. Dorn. Koniec luksusów, czas na autobus
Serwis eFakt.pl. Artykuł oraz zdjęcie ilustrujące smutny los byłego marszałka słynącego z elokwencji.

piątek, 1 maja 2009

Nasz długi weekend powszedni

Kalendarzowa osobliwość

Początek maja to we współczesnej Polsce ciekawa kalendarzowa osobliwość. Dwa święta w odstępie jednego dnia często łączą się z poprzedzającym lub następującym weekendem. W codziennym kieracie jest to niezwykle miła odmiana. Długie weekendy powstają też w wyniku łączenia się innych świąt stanowiących dni wolne od pracy z weekendami, ale inne święta występują w kalendarzu pojedynczo, a zatem przypadki łączenia się z weekendami występują rzadziej, a ciągi dni wolnych zazwyczaj są krótsze. Ponadto największe święta religijne trwające po 2 dni – Boże Narodzenie i Wielkanoc wiążą się tradycyjnie z pracowitymi przygotowaniami, obrzędami religijnymi oraz rodzinną celebracją, ich charakter jest więc zupełnie inny. Majowy długi weekend moim zdaniem może być wykorzystany do zdystansowania się od codziennego kieratu, strategicznego namysłu nad swoim życiem, ale jest też znakomitą okazją do przemyślenia własnego stosunku do narodowych symboli oraz polskiej historii. Temu ostatniemu sprzyja sąsiedztwo w kalendarzu dwóch bardzo odmiennych tradycji historycznych i ideologicznych, które istnieją w naszej świadomości społecznej i zmuszają każdego z nas do zajęcia określonego stanowiska.

Święta państwowe – dni wolne od pracy

Święto Pracy1 maja, święto upamiętniające strajki i rozruchy w Chicago w 1886 r., wprowadzone przez II Międzynarodówkę w 1889 r., w Polsce oficjalnie obchodzone od 1945 r. a oficjalnie ustanowione w 1950 r.

Święto Narodowe Trzeciego Maja3 maja, rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja w 1791 r., święto ustanowione w 1919 r. i ponownie w 1990 r.

Święto Wojska Polskiego15 sierpnia, rocznica punktu zwrotnego w wojnie polsko-rosyjskiej w 1920 r., od którego rozpoczęła się zwycięska kontrofensywa, święto ustanowione w 1923 r. i ponownie w 1992 r.

Narodowe Święto Niepodległości11 listopada, pamiątka odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach rozbiorów w 1918 r., tego dnia nastąpił kulminacyjny moment procesu legalnego ustanowienia polskiej władzy na ziemiach polskich – Rada Regencyjna przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu, święto ustanowione w 1937 r. i ponownie w 1989 r.

Święto państwowe nie będące dniem wolnym od pracy

Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej2 maja, dzień przypomnienia historii i tradycji symboli narodowych ustanowiony w 2004 r.

Dzień flagi obchodzony jest w wielu państwach, najdłuższą tradycję ma w USA.

W PRL istniał zakaz używania flagi państwowej poza dniami świąt państwowych. Ograniczenia te miały na celu niedopuszczenie do demonstracji i protestów pod barwami narodowymi przeciwko ówczesnej władzy. Przy okazji ustanowienia Dnia Flagi unormowano stan prawny tak, aby możliwe było używanie flagi państwowej nie tylko w czasie świąt państwowych i w określonych przepisami sytuacjach, ale w każdy dzień roku z zachowaniem należytej czci i szacunku.

Odnosząc się do powyższych zestawień, należy podkreślić, że 2 spośród wymienionych świąt państwowych to jednocześnie święta narodowe: 3 maja i 11 listopada. Dalej wymieniono kolejne 2 święta państwowe: 1 maja i 15 sierpnia oraz dalej święto państwowe, które nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy – Dzień Flagi. W ostatnich latach ustanowiono też inne święta państwowe, które nie są dniami ustawowo wolnymi od pracy.

Święta narodowe w 2009 r.

Święto Narodowe Trzeciego Maja218. rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja

Narodowe Święto Niepodległości91. rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości

Klip 1. Nasza piosenka na Dzień Flagi. Nieistniejąca już kapela punkowa Zakon Żebrzących, tytuł utworu: Flaga

Święta narodowe a okres władzy ludowej

Święta narodowe pełnią ważną funkcję – banalne, lecz prawdziwe są stwierdzenia, iż są częścią naszej narodowej tożsamości, wzmacniają poczucie wspólnoty narodowej, budzą uczucia patriotyczne. W 1999 r. przeprowadzono interesujące badanie opinii publicznej Święta państwowe w świadomości społecznej. Wyniki wskazują na to, że funkcja świąt narodowych pokrywa się z ich miejscem w świadomości społecznej. W zdecydowanej większości znamy 2 święta narodowe i wiemy do jakich wydarzeń historycznych się odnoszą. Ponadto najwięcej badanych wskazało jedno z tych dwóch świąt jako „najważniejsze święto państwowe dla mnie osobiście”: 3 maja – 31%, 11 listopada – 30%, dla porównania na kolejnych miejscach znalazły się w tym zestawieniu: 15 sierpnia – 9%, 1 maja i 1 września – po 6%. W innym badaniu z 2008 r. przewaga 2 świąt narodowych łącznie jest jeszcze większa, ale z akcentem na 11 listopada: 11 listopada – 62%, 3 maja – 31%, 15 sierpnia – 6%. Z kolei wg badania GfK Polonia dla Rzeczpospolitej z 2009 (inna metodologia): 11 listopada – 52%, 3 maja – 48%, 1 maja – 26%, 1 września – 25%.

Burzliwe dzieje naszego kraju w XX w., a szczególnie okres intensywnej indoktrynacji komunistycznej w latach 1944-1989 oraz brak zdecydowanego odcięcia się od komunizmu, spowodowały, że sytuacja z naszymi świętami nie jest całkiem klarowna, a kontrowersje ogniskują się to w tym naszym dziwnym majowym długim weekendzie.

Władze komunistyczne po ich osadzeniu w Polsce na sowieckich bagnetach wprowadziły typowe rządy totalitarne – ich częścią było przekształcenie świadomości społecznej zgodnie z ideologią partii rządzącej. W ramach indoktrynacji komuniści chcieli nie tyle wykorzenić polski patriotyzm – byłoby to zresztą raczej niemożliwe w tamtym czasie – co zawłaszczyć go. W ramach tego zawłaszczania ustanowili własne odpowiedniki świąt narodowych z jednoczesnym zakazem obchodzenia świąt przedwojennych. Te konkurencyjne komunistyczne święta to 1 maja w miejsce 3 maja oraz 22 lipca w miejsce 11 listopada. Ta zmiana została wprowadzona na samym początku i egzekwowana brutalną siłą – bicie i szykanowanie uczestników „nielegalnych” obchodów oraz przymusowe uczestnictwo w obchodach narzuconych świąt komunistycznych. Na marginesie warto w tym kontekście wspomnieć o 2 tradycyjnych polskich świętach religijnych: Święto Wniebowzięcia NMP (15 sierpnia), Święto Trzech Króli (6 stycznia). Święta te mają ważną symbolikę religijną, a tradycja uroczystego obchodzenia tych świąt w dniu wolnym od pracy była na tyle silna, że komuniści zlikwidowali je dopiero w 1960 r. Oczywiście komuniści nie zaakceptowaliby w żadnym razie świętowania zwycięstwa w wojnie polsko-rosyjskiej, ale i w II RP święto 15 sierpnia było w pierwszym rzędzie świętem kościelnym. Święto 15 sierpnia przywrócono w 1989 r. jeszcze przed zmianami politycznymi, natomiast pominięto kwestię święta 6 stycznia i tak już zostało. Obecnie trwają działania na rzecz przywrócenia również święta 6 stycznia w ramach silnej inicjatywy obywatelskiej, której przewodzi prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki. Na skutek uroczystych obchodów Święta Wojska Polskiego powiązanych z pamięcią zwycięstwa nad bolszewikami, dziś 15 sierpnia jest dziś zapewne mocniej kojarzony ze świętem państwowym niż z religijnym. Warto jednak pamiętać, że w polskiej tradycji oba wymiary tego święta są ze sobą pięknie związane.

Wygrana walka 11 listopada z 22 lipca

W II RP wspomnienie listopadowych dni 1918 r., w których nadchodziła wyczekiwana przez pokolenia wolność, było żywe, toczyły się jednak spory o dokładną datę odzyskania niepodległości. Proces powstawania niepodległej Polski składał się z wielu trudnych etapów oraz działań politycznych i militarnych. Polacy zdali ten egzamin w najlepszym stylu. Władza została przez Polaków przejęta w sposób uporządkowany, bez najmniejszych przejawów anarchii i co istotne – legalnie, inaczej niż w przypadku samozwańczego rządu komunistów w 1944 r. W dniach 11-14 listopada 1918 r. poszczególne ośrodki tworzącej się polskiej władzy na ziemiach polskich rozwiązywały się, przekazując swoje uprawnienia Józefowi Piłsudskiemu. Cofnijmy się o 2 lata. W 2 zaborach 5 listopada 1916 r. cesarze Niemiec i Austrii proklamowali zależne Królestwo Polskie, a od 12 listopada 1917 r. legalną władzę w Królestwie sprawowała Rada Regencyjna mianowana przez rządy Niemiec i Austro-Węgier. Rosjanie po zamęcie rewolucyjnym 3 marca 1918 r. uznali ziemie Królestwa Polskiego za strefę wpływów Niemiec i uznali niepodległość Ukrainy, ustalenia te były niekorzystne dla kształtu przyszłej Polski. 11 listopada po ogłoszeniu zawieszenia broni w Compiegne we Francji, które było de facto zakończeniem pierwszej wojny światowej i kapitulacją Niemiec, Rada Regencyjna natychmiast przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę wojskową i naczelne dowództwo wojsk polskich. Tego dnia nastąpiła kulminacja nastrojów niepodległościowych wśród polskiej ludności, na ulicach miast zapanowała nieopisana radość. 14 listopada Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu zwierzchnią władzę państwową i rozwiązała się. Granica wschodnia ukształtowała się w wyniku wojen toczonych w latach 1918-1920 z Ukrainą, Litwą i przede wszystkim z bolszewikami. W powstaniu wielkopolskim 1918-1919 wywalczyliśmy Wielkopolskę, a w powstaniach śląskich 1919-1921 – dość korzystny podział Górnego Śląska.

11 listopada 1918 r. jest też ważną datą uniwersalną – tego dnia podpisanie rozejmu przez przedstawicieli Francji i Niemiec zakończyło I wojnę światową. W tym czasie mapa polityczna Europy uległa znacznym zmianom, pojawiły się nowe i odrodzone kraje. Jednak Polska szczególnie była solą w oku swoich sąsiadów, Rosji Sowieckiej i Niemiec – nazywali ją z nienawiścią „wersalskim bękartem”. I inne państwa były generalnie nieprzychylne naszym interesom i naszej godności. Premier Anglii powiedział w 1919 r. na konferencji wersalskiej: „Oddać Polsce Śląsk, to jak dać małpie zegarek.” Gdy w 1937 r., 2 lata po śmierci Marszałka Piłsudskiego, 11 listopada ustanowiono oficjalnym świętem państwowym i dniem wolnym od pracy, uroczystości w tym właśnie dniu organizowano już od kilku lat. Oficjalne obchody wiązały się z upamiętnieniem niepodległościowej symboliki oraz postaci Marszałka Józefa Piłsudskiego i miały miejsce 2 razy. W czasie okupacji polskie święta narodowe były zakazane.

Komunistyczne władze uznały to święto tylko raz, jeszcze w czasie trwania wojny w 1944 r. Obchody 11 listopada przez komunistów miały podkreślić, że ich władza jest rzekomo legalną kontynuacją rządów II Rzeczypospolitej. W 1945 obchodzono już 22 lipca jako Narodowe Święto Odzyskania Niepodległości, a święto 11 listopada zostało faktycznie (choć nie formalnie) zniesione. 22 lipca został przez komunistów wybrany arbitralnie – upamiętnia on wydarzenie, które faktycznie nie miało miejsca, czyli rzekome ogłoszenie przez PKWN (Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego) Manifestu Lipcowego w Chełmie 22 lipca 1944 r., pierwszym polskim mieście za linią Bugu wyzwolonym od Niemców. PKWN to samozwańczy organ władzy na ziemiach polskich, który powstał w Moskwie z inspiracji Stalina i pod jego nadzorem. Manifest PKWN w rzeczywistości powstał 20 lipca w Moskwie, a 22 lipca radio moskiewskie nadało komunikat o utworzeniu PKWN. Pierwsi przedstawiciele PKWN dotarli do Chełma dopiero 27 lipca. Mistyfikacja miała służyć podkreśleniu polskiego charakteru Komitetu, oraz uwiarygodnić go w oczach społeczeństwa, które w większości widziało w nim uzurpatora, a za jedyną legalną władzę uznawało Rząd Polski w Londynie. W połowie 1944 r. na ziemiach polskich wyzwolonych od Niemców ujawniały się struktury Polskiego Państwa Podziemnego, można więc mówić o swoistym stanie dwuwładzy, który został szybko zlikwidowany przez masowe aresztowania dowódców oraz żołnierzy AK przez NKWD. Dzięki często podstępnym działaniom komunistom udało się w krótkim czasie zneutralizować dużą część legalnych struktur władz polskich. Nieliczni pozostali podjęli decyzję o ponownym zejściu do podziemia i do kwietnia 1947 r. prowadzili intensywne działania zbrojne przeciwko nowym okupantom. „Żołnierze wyklęci” wpadali w ręce SB jeszcze w latach 50., a ostatni – Józef Franczak ps. „Lalek” – zginął w obławie pod Piaskami prawie dwadzieścia lat po wojnie – 21.10.63 r.

22 lipca jako Narodowe Święto Odrodzenia Polski i dzień wolny od pracy ustanowiono w 1945 r. celem „upamiętnienia po wsze czasy Odrodzenia Niepodległego i Demokratycznego Państwa Polskiego.” Z punktu widzenia komunistów 21 lat niepodległego państwa Polskiego nie było godne szerszej wzmianki. Wojna – mimo że jej przebieg nie był dla nas korzystny – nie mogła prawnie przerwać bytu państwa polskiego, dopóki nie została ostatecznie rozstrzygnięta. Jednak komuniści dokonali prawno-intelektualnego łamańca. Z jednej strony Polska niby wygrała wojnę, a z drugiej rzekomo odrodziła się z niebytu dopiero za sprawą komunistów z pominięciem dwudziestolecia międzywojennego. Huczne świętowanie 22 lipca miało zagłuszyć tę elementarną sprzeczność, a tłumny udział społeczeństwa w obchodach, nieważne, że w znacznym stopniu wymuszony, stanowił dla władzy swoistą legitymizację. W rzeczywistości było to upokorzenie społeczeństwa, przez zmuszenie go do świętowania instalacji sowieckiej agentury w Polsce. W ramach wprowadzania systemu „sprawiedliwości społecznej” odbierano właścicielom fabryki, nazywając tę grabież pretensjonalnie nacjonalizacją. Słynną warszawską fabrykę cukierniczą rodziny Wedlów komuniści po przejęciu nazwali „22 lipca, dawniej E. Wedel”, na co ludzie odpowiedzieli przezywając złośliwie między sobą komunistyczne święto 22 lipca, dawniej E. Wedla.

Nowa władza lubiła świętować w typowy dla systemów totalitarnych sposób. W dużych miastach i małych miasteczkach odbywały się parady mające stanowić dowód pełnego zaangażowania społeczeństwa w budowę „socjalistycznej ojczyzny”. W pochodach niesiono flagi i transparenty z hasłami wyrażającymi poparcie dla socjalizmu i jego symboli, a także dla konkretnych aktualnych poczynań państwa, lub protest przeciwko „państwom imperialistycznym”. Parady były połączone z pokazami gimnastycznymi ukazującymi tężyznę fizyczną socjalistycznego społeczeństwa, oraz z pokazami artystycznymi. Kroczących w paradach witali, podziwiali i oklaskiwali dygnitarze zasiadający na trybunach honorowych. Świąteczną atmosferę podkreślały festyny i zabawy ludowe odbywające się na głównych placach miast i miasteczek oraz lepsze niż zazwyczaj zaopatrzenie w sklepach, czy też specjalnie organizowane z tej okazji kiermasze. Dopiero w końcu lat 60. nastąpiło zelżenie dyscypliny związanej z obowiązkowym uczestnictwem w obchodach a parady zastąpiono stopniowo festynami.

Od 1945 r. 11 listopada upamiętniali głównie patriotycznie nastawieni księża, odprawiając w tym dniu uroczyste msze. Oficjalnie o odzyskaniu niepodległości w 1918 r. zaczęto mówić od 1968 r., ale w kontekście rocznicy powstania lewicowego rządu w Lublinie 7 listopada 1918 r. Ta data nakładała się na komunistyczne święto – Rocznicę Rewolucji Październikowej. Było to wygodne dla władz, ponieważ według komunistycznych dogmatów niepodległość Polski była wynikiem decyzji Włodzimierza Iljicza Lenina. W 1978 r. (60. rocznica odzyskania niepodległości) i w 1979 r. 11 listopada w wielu miastach odbyły się uroczyste msze i pochody, przy czym pochody były zakłócane lub całkowicie rozbijane przez milicję i SB, a ich uczestnicy poddawani represjom. W okresie 16 miesięcy karnawału „Solidarności” w latach 1980-81 11 listopada miały miejsce obchody organizowane przez NSZZ „Solidarność” i inne organizacje opozycyjne. Przygotowania do niezależnych obchodów w 1981 r. wymusiły na władzach uczczenie tego święta. W 1981 r. w niektórych miastach władze partyjne starały się nawet przedstawiać się jako główni organizatorzy obchodów 11 listopada. Tego roku władze PRL po raz pierwszy złożyły w to święto wieńce przed Grobem Nieznanego Żołnierza. W czasie stanu wojennego manifestacje w rocznicę odzyskania niepodległości rozpędzało ZOMO. Brutalne ataki ZOMO i SB na pochody połączone z biciem uczestników miały miejsce w niektórych miastach jeszcze 1988 r., mimo powoli postępującej odwilży. W ramach odwilży o święcie pozwolono mówić głośno w 1988 r. 11 listopada 1988 r. telewizja pokazała spektakl teatralny o odzyskaniu niepodległości (pojawiła się w nim przemilczana w PRL-u pieśń My, I Brygada), a w 1989 r. jeszcze przed zmianami politycznymi przywrócono Narodowe Święto Niepodległości jako dzień wolny od pracy. Co ciekawe, 22 lipca w 1989 r. był jeszcze obchodzony przez komunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, który złożył wieniec przed Grobem Nieznanego Żołnierza. W 1990 r. Jaruzelski zawetował ustawę o zniesieniu święta 22 lipca, było to symboliczne weto, jedyne w czasie jego kadencji, parlament weto odrzucił.

Zwyczaj świętowania 22 lipca załamał się zaraz po roku 1989 r., co stanowi dobry dowód ideologicznej porażki systemu komunistycznego, który opierał się jedynie na strachu i przemocy państwa policyjnego. Warto na marginesie wspomnieć o innych zapomnianych, a bardzo ważnych dla komunistów świętach państwowych. Były to święta państwowe bez dni wolnych od pracy: Rocznica Rewolucji Październikowej (7 listopada), Dzień Zwycięstwa (9 maja), Święto LWP (12 października, rocznica bitwy pod Lenino).

Walka 3 maja z 1 maja – do 1989 r.

Konstytucja 3 maja została uchwalona w 1791 r. w warunkach upadającego państwa – pomiędzy I a II rozbiorem (rozbiory: 1772, 1793, 1795). Była to próba stworzenia nowoczesnego państwa na miarę Europy końca XVIII w. Konstytucja USA została uchwalona 4 lata wcześniej, a konstytucja Francji – 4 miesiące później jako druga w Europie. Uchwalenie konstytucji hucznie świętowano w Polsce, próba mogła się udać. Ale upadek został przypieczętowany przez konfederację targowicką w 1792 r., stanowiącą zdradę magnatów walczących o utrzymanie swoich przywilejów. Konfederacja była spiskiem zawiązanym pod patronatem carycy Katarzyna II, która udzieliła jej zbrojnego poparcia. Decyzje konfederacji były dla Polski katastrofalne zgodnie z intencjami targowiczan i zaborców. Większość przywódców konfederacji zostało skazanych na śmierć i powieszonych już w czasie insurekcji kościuszkowskiej w 1794 r. W I RP tylko raz świętowano rocznicę konstytucji – rok po jej uchwaleniu. Potem władze targowickie zakazały używania symboli związanych z Konstytucją 3 maja. Konstytucja 3 maja stała się tym samym ważnym testamentem dla następnych pokoleń żyjących marzeniem o wolnej Polsce.

Jest poniekąd zrozumiałe, że dzisiaj młodzież, spragniona pozytywnej inspiracji w naszej historii, chce słuchać tylko opowieści o naszych zwycięstwach. To temat na oddzielny wpis. Moim zdaniem jednak niesłuszne i naiwne jest stwierdzenie spotykane gdzieniegdzie, jakoby tylko 11 listopada symbolizował zwycięstwo a 3 maja miał symbolizować upadek (z pewnego forum: „11 listopada warto świętować; 3 maja bym świętował radośnie gdybyśmy się obronili przed zaborami.”) Jak w wielu wydarzeniach tego rodzaju, współcześni nie doceniali w pełni znaczenia przemian historycznych i tego, jak doniosłym aktem dla nowoczesnego państwa jest konstytucja. Z perspektywy historycznej okazało się, że uchwalenie konstytucji było wielkim osiągnięciem Polski i świadectwem potencjału politycznego naszego narodu, toteż w XIX w. od czasów powstania listopadowego Polacy mimo zakazów, narażając się na represje, podtrzymywali tradycję 3 maja i tego dnia manifestowali swój patriotyzm i dążenia niepodległościowe. To święto ma więc długą tradycję i zasługuje na szacunek. W II RP zaraz po ogłoszeniu niepodległości Józef Piłsudski 3 maja uznał za oficjalne święto narodowe i oficjalnie obchodzono je od 1919 r. W czasie okupacji polskie święta narodowe były zakazane.

Wydarzenia, do których historycznie odwołuje się święto 1 maja miały miejsce w USA w latach 80. XIX w. Były to czasy, w których związki zawodowe poprzez organizowanie strajków i demonstracji starały się wywalczyć elementarne przywileje dla robotników, m.in. 8-godzinny dzień pracy. Wpływowi właściciele fabryk starali się hamować nieuniknione zmiany. W tych warunkach dochodziło do wzajemnych oskarżeń, prowokacji, a także starć demonstrantów z policją. Dzień 1 maja został przyjęty dość arbitralnie – bezpośrednio ta data odwołuje się do zamieszek w Chicago. 1 maja 1886 r. zaczął się wielki strajk, a w dniach 3-4 maja doszło do eskalacji napięcia – zginęło kilku robotników od kul policji i kilku policjantów od bomby, było też wielu rannych po obu stronach. Rok później po głośnym procesie wykonano wyrok śmierci na 4 związkowcach uznanych za winnych zamachu bombowego. Druga Międzynarodówka (socjaliści i komuniści) w 1889 r. wprowadziła święto 1 maja, które było obchodzone w formie demonstracji od 1890 r. przez stronnictwa socjalistyczne i komunistyczne, demonstracje już w 1890 r. odbyły się także w Warszawie. Wraz ze świętem rozpowszechnił się czerwony sztandar jako symbol tychże stronnictw. Wcześniej czerwony sztandar pojawił się jako symbol Komuny Paryskiej w 1871 r. Udział robotników w 1-majowych demonstracjach z zasady musiał wiązać się z jednodniowym strajkiem i nie był tak masowy, jak oczekiwali socjaliści i komuniści. Z punktu widzenia władzy demonstracje były zakłóceniem porządku publicznego. Na dodatek z czasem w trakcie 1-majowych demonstracji zaczęło dochodzić do bijatyk między różnymi stronnictwami. Tak było i na ziemiach polskich. Później, już w czasach II RP 1 maja w Warszawie regularnie komuniści bili się z socjalistami, a na koniec policja skutecznie „uspokajała” najmocniej rozrabiających. Jednak robotnicy nie mieli ochoty brać w tym udziału. W tych czasach całe społeczeństwo nader uroczyście obchodziło święto 3 maja. Sytuacja uległa odwróceniu po wojnie. Komuniści początkowo wyszli z założenia, że święto 3 maja wiąże się z ideą przemian społecznych, czyli ma ono charakter postępowy i da się je dostosować do ich ideologii. W 1945 r. zorganizowali państwowe obchody, dodając nowe akcenty, głównie portrety Lenina. Jednak już w 1946 r. święto 3 maja zostało zakazane, gdyż było zbyt dużą konkurencją dla najważniejszego dla komunistów święta – 1 maja. Celebracja 1 maja szybko przybrała formę świeckiej religii.

Władze komunistyczne przywiązywały do swoich rytuałów ogromną wagę. W 1944 r. tworzona naprędce lokalna administracja jako jedno z pierwszych zadań otrzymywała zorganizowanie obchodów świąt listopadowych – Rocznicy Rewolucji Listopadowej i 11 listopada. Defilady, wiece i akademie organizowano w miejscowościach odległych zaledwie o kilkanaście kilometrów od linii frontu, w których mieszkańcom brakowało żywności i opału, czasem pod ostrzałem niemieckiej artylerii. Od 1945 r. 1 maja stał się najważniejszym świętem systemu. Kalendarz świąt był jednak bardzo obszerny – oprócz świąt typowo komunistycznych, dodano do niego starannie dobrane rocznice wydarzeń z historii Polski, lokalnie – daty „wyzwolenia” poszczególnych miast, branżowo – święta poszczególnych branż, dożynki. Na początku lat 50. intensywność rytuałów politycznych osiągnęła apogeum i przekroczyła granice absurdu, jednak zapewne krył się za tym określony zamysł – wpojenie społeczeństwu miażdżącej siły totalitarnego systemu. Odbywały się więc tysiące wieców, pochodów, akademii. Władze zmuszały społeczeństwo do pełnej mobilizacji w celu przygotowania kolejnych obchodów. Przebieg przygotowań był nadzorowany przez UB, zwykły błąd czy wpadka organizacyjna mogła być potraktowana jako sabotaż, a winni mogli ponieść dotkliwe konsekwencje. Hugo Steinhaus zapisał w swoim dzienniku: „Już sprzed Politechniki nie odjeżdża drabina strażacka, która ciągle wiesza i zdejmuje napisy, flagi i transparenty. Nawet nikt nie wie, czy to święto pokoju, przyjaźni, wyścig pracy, czy też inne jakieś tragiczne błazeństwo.” Towarzyszący obchodom rytuał zobowiązań produkcyjnych – dla tysięcy robotników oznaczający pracę po kilkanaście godzin na dobę bez dodatkowego wynagrodzenia – sprawiał, że ludzie czuli się osaczeni przez państwo. Pracownik kieleckiego Zjednoczenia Instalacji Sanitarnych skarżył się w rozmowie: „Przez cały rok rozłożyli różne daty historyczne i nie dają człowiekowi spokoju z tymi zobowiązaniami. Chcą wszystkie soki z człowieka wycisnąć.”

Najważniejszym rytuałem dla komunistów był 1 maja. Miał to być pokaz siły systemu i dowód poparcia, jakiego miały mu udzielać masy. Przed 1 maja milicja patrolowała ulice sprawdzając, czy gdzieś dozorca nie zapomniał o obowiązku wywieszenia flagi państwowej na domu (jakoś nie było przymusu wywieszania czerwonych flag). 2 maja ze zdwojoną czujnością te same patrole pilnowały, by wszystkie flagi zniknęły przed 3 maja. Na budynkach zajmowanych przez władze i instytucje państwowe były wywieszane flagi biało-czerwone i czerwone. W witrynach sklepowych wystawiano portrety aktualnych przywódców. Co roku na tydzień przed świętem KC PZPR ogłaszał obowiązujący zestaw 1-majowych haseł. Samodzielna inicjatywa była niedopuszczalna. Hasła wywieszano wzdłuż ulic oraz niesiono w pochodzie na transparentach. Pochód był zasadniczym punktem obchodów święta 1 maja. Władze starały się by był on jak najbarwniejszy, jak najbardziej spektakularny. Składał się on zwykle z orkiestry, rozmaitych formacji mundurowych, harcerzy, dalej szli zwykli pracownicy – a nad nimi morze niesionych przez nich biało-czerwonych i czerwonych flag oraz czerwonych transparentów z hasłami. Flagi nazywano szturmówkami, przy czym w odniesieniu do 1-majowych pochodów słowo to nabrało trochę ironicznej konotacji. Największym obciachem było dostać czerwoną szturmówkę. W pochodzie niesiono także portrety, szczególnie MELS-a czyli Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. W Warszawie do 1956 r. pochód dopełniała defilada wojskowa. Najważniejszym miejscem była „trybuna honorowa”, czyli zazwyczaj jakiś podest, z którego władze oglądały pochód. W stolicy były to władze państwa. W innych miastach – lokalni sekretarze partii i inni dygnitarze. Po zakończeniu pochodu odbywały się jeszcze festyny, a z samochodów ciężarowych lub w wybranych sklepach sprzedawane były towary trudno dostępne na co dzień. Po 1956 r. zniknęły najbardziej agresywne hasła potępiające imperialistów i wrogów ludu, ograniczono liczbę portretów, deklarowano, że udział społeczeństwa powinien opierać się na dobrowolności. Zmiany były w gruncie rzeczy kosmetyczne, a rytuał w ogólnych zarysach przetrwał aż do końca systemu z przerwą na karnawał „Solidarności”.

Za niepojawienie się na uroczystościach groziły represje w miejscu pracy z groźbą zwolnienia na czele. W zakładzie pracy robiono listę pracowników, a potem sprawdzano listę obecności na miejscu zbiórki a czasem i po zakończeniu pochodu. Często dotrwanie do końca było wymuszone koniecznością zdania szturmówki. Brak dokładnych danych, ile rzeczywiście było przypadków represji wobec krnąbrnych. W latach 50. nieobecność na pochodzie, oprócz kłopotów w pracy, mogła zwrócić również uwagę UB, a konsekwencje tego mogły być bardzo ponure i niebezpieczne. W późniejszych latach nieobecność nie była karana tak często jak w latach wcześniejszych, ale – zależnie od lokalnego aktywisty partyjnego i jego fanatyzmu, złośliwości, czy chęci wykorzystania sytuacji do wyrównania jakiś osobistych porachunków – kary zdarzały się do samego końca. Z drugiej strony w końcowych latach systemu coraz łatwiej było się wykręcić pod byle pretekstem lub oszustwem, że np. idzie się w innej grupie, uchodziło też skombinowane zwolnienie L-4. Do uczestnictwa w pochodach dyscyplinowano również uczniów szkół i studentów.

W latach 70. 1-majowe pochody były jeszcze robione z prawdziwą pompą. Biorąc pod uwagę swego rodzaju stan podwójnej świadomości pokolenia wyrosłego w PRL-u – czyli z jednej strony stan pewnego zindoktrynowania, a z drugiej stan pewnego uodpornienia i zobojętnienia na głupotę i nachalność komunistycznej propagandy – można zaryzykować stwierdzenie, że dla wielu ludzi wtedy 1 maja był autentycznie radosnym świętem. Jeśli ktoś akurat nie uczestniczył w pochodzie, to chętnie oglądał go z okna czy z chodnika. Chodzi tu nie tyle o zgodę na treści ideologiczne, co raczej o podświadome ich filtrowanie. Po takim „odfiltrowaniu” pozostawało kolorowe, wesołe święto, które pozwala miło spędzić czas z rodziną i zapomnieć na chwilę o szarej codzienności. Wspomniane wcześniej festyny w tym czasie były chyba weselsze i bardziej spontaniczne, a możliwość łatwego zakupu trudno dostępnych dóbr dopełniała miłej atmosfery. Oczywiście, im ktoś był lepiej wykształcony i jednocześnie bardziej patriotycznie nastawiony, tym dobitniej czuł w tym dniu gorycz upokorzenia, gdyż dokładnie widział jak dalece władze zapanowały nad społeczeństwem. I to nie tylko zabierając podstawowe wolności, ale i panując nad umysłami w znaczeniu totalitarnym, orwellowskim.

W roku 1981 r. oficjalne pochody 1-majowe nie odbywały się, to był czas fenomenu społecznego zwanego karnawałem „Solidarności”. Zupełnie inna atmosfera była po ogłoszeniu stanu wojennego, i to po obu stronach barykady. Od 1982 r. w niektórych miastach miały miejsce rozpędzane przez ZOMO kontrmanifestacje, w Gdańsku mówiono wtedy „1 maja – święto ZOMO”. Oficjalne pochody były przygotowywane bez serca i zaangażowania, raczej siłą przyzwyczajenia podszytego strachem. Kompletnie zdemoralizowani i bezideowi przedstawiciele władz lokalnych niezbyt komfortowo czuli się na trybunach w roli gospodarzy święta, w którego sens nikt już nie wierzył. Z kolei uczestnicy pochodów nie mieli do tych ludzi już za grosz szacunku ani nawet podszytej strachem nienawiści, jak to bywało w poprzednich dekadach. Czuli do nich jedynie niechęć i pogardę. Tak naprawdę każdy tylko się spieszył, żeby odbębnić głupi, pusty rytuał. Dygnitarze spieszyli się do popijawy – wtedy nie mówiło się impreza tylko raczej balanga albo bibka – na której „klasa robotnicza spożywała owoce swojej pracy ustami swoich najlepszych przedstawicieli”, jak mówiono z przekąsem. Alkoholowe balangi w gronie zaufanych towarzyszy nie były jakąś wielką tajemnicą, zresztą takie upijanie się wódką było częścią PRL-owskiej rzeczywistości. Ta niecierpliwość, kiedy wreszcie będzie można zalać się z kolegami była więc wypisana na twarzach dygnitarzy stojących na trybunach, a zwykli uczestnicy pochodu spieszyli się, żeby pójść do swoich spraw i jak najwięcej skorzystać z wolnego dnia. Na tych partyjnych balangach (nie tylko 1-majowych), na których nie można było nie pić do upadłego („kto nie pije, ten donosi”), zadzierzgnęły się silne więzy, które wybitnie zaprocentowały w trakcie transformacji i w pierwszych latach III RP. To właśnie był ważny lokalny komponent słynnego układu (te słynne mordy), zjawiska trafnie opisanego przez Kaczyńskich. Dzisiaj to wygląda oczywiście trochę inaczej. Prymitywne ochlapusy, którymi w istocie byli ci dygnitarze, w ciągu kilkunastu lat na salonach nabrały ogłady. Teraz ich przedstawiciele uczą „ciemne” społeczeństwo kapitalistycznej ekonomii, demokracji lub jedzenia bez.

Wróćmy do lat 80. Dla dopełnienia opisu atmosfery tamtych lat, trzeba dodać, że władza nadal była groźna, a rozbite przez stan wojenny społeczeństwo trwało w marazmie i poczuciu beznadziei. Nikt nie wiedział, jak długo system w tym dziwnym stanie pociągnie, ale też nikt nie spodziewał się tak szybkiego końca. Wolno było właściwie do woli narzekać na braki w zaopatrzeniu, długi czas oczekiwania na mieszkanie, niekompetentnych lub złośliwych urzędników itp. Jednak nadal były tematy, których w oficjalnych rozmowach nie wolno było poruszać. Działało przy tym coś w rodzaju autocenzury, lampki alarmowej, która każdemu gdzieś tam się zapalała, gdy miał ochotę powiedzieć za dużo w zbyt dużym gronie. Nie wolno było powiedzieć, że socjalizm jest do niczego (tym bardziej, że jest systemem przestępczym), że kapitalizm jest lepszy od socjalizmu, nie wolno było narzekać na przyjaźń z ZSRS (wtedy oficjalnie ZSRR), wątpić w słuszność sojuszy wojskowych, zabronione było słowo Katyń czy przywoływanie 17 września, bardzo źle widziane było samo wspomnienie interwencji ZSRS na Węgrzech w 1956 r. i Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r. Gdy ktoś pechowo powiedział o jedno słowo za dużo mógł usłyszeć w odpowiedzi oskarżycielskie „Panu się ustrój nie podoba?!”, od którego niejednemu zmiękły nogi ze strachu, a każdy od razu się mitygował. Jak ktoś kozaczył, a jego interlokutor akurat był przyjaźnie nastawiony do niego, to mógł też usłyszeć przyjacielską radę: „Wiesz, stary, po co ci to? Oni mają swoje kartoteki, każdy z nas ma u nich teczkę. Takie wyskoki jak krytykowanie socjalizmu skrzętnie tam odnotowują, nie myśl sobie. Kiedyś możesz mieć przez to kłopoty.”

Święto 3 maja było dla komunistów tak samo obce jak polskie tradycje niepodległościowe. Dodatkowo nie chcieli oni dopuścić by najważniejsze święto komunistów, 1 maja, mogło zostać przyćmione przez święto sąsiadujące w kalendarzu. Podobnie jak w przypadku 11 listopada, komunistyczne władze uznały święto 3 maja jeden raz, dodając do obchodów akcenty związane z nową ideologią. W 1946 r. w ostatniej chwili zakazali obchodów 3 maja. Doprowadziło to do masowych demonstracji w tym dniu w kilkudziesięciu miastach. Demonstracje miały charakter polityczny – wyrażano sprzeciw dla trwającej od 2 lat komunistycznej dyktatury i poparcie dla wicepremiera Stanisława Mikołajczyka. W 12 miastach komuniści użyli broni palnej do rozpędzenia demonstrantów. Oficjalnie komuniści zdelegalizowali święto 3 maja 5 lat po wydarzeniach z 1946 r., w 1951 r. W całym okresie PRL pamiętano o 3 maja. Podobnie jak w przypadku 11 listopada, tradycję 3 maja podtrzymywali patriotycznie nastawieni księża poprzez odpowiednie nawiązania w homiliach. Pojawiały się też ulotki, napisy na murach: „Niech żyje 3 maja. Precz z 1 maja.” W latach 80. sytuacja święta 3 maja była analogiczna do 11 listopada. W 1980 r. jeszcze przed powstaniem „Solidarności” odbyła się wielka manifestacja w Gdańsku. W 1981 r. – był to czas 16 miesięcy karnawału „Solidarności” – manifestacje odbyły się w całej Polsce. W późniejszych latach manifestacje z okazji 3 maja rozpędzało ZOMO. Szczególnie brutalne pacyfikacje w latach 1982 r. i 1983 r. w Warszawie pociągnęły za sobą ofiary śmiertelne (kilka osób zostało pobitych na śmierć przez ZOMO). Oczywiście w sumie ofiar zbrodni komunistycznych w latach 80. było znacznie więcej.

Sąsiedztwo świąt 1 maja i 3 maja w kalendarzu było niewygodne dla władz aż do końca PRL-u. Przypomina o tym symboliczna scena z serialu Alternatywy 4, odc. 6 pt. Gołębie. Milicjant omawia z dozorcą wywieszenie flag na święto 1 maja, przy czym padają słowa: „Drugiego to jeszcze mogą sobie wieczorem, prawda, wisieć. Ale żeby potem mi zaraz zdjąć, żeby nie płowiały. Rozumiemy się?” Dialog musiał być tak napisany, aby mógł przejść przez cenzurę, ale w tamtym czasie była to dosyć czytelna aluzja.

Klip 2. Alternatywy 4, odc. 6 pt. Gołębie (1983). Scena, w której dzielnicowy omawia z dozorcą wywieszenie flag na święto 1 maja. Padają przy tym słowa będące aluzją do święta 3 maja.

Pomnik Konstytucji 3 Maja w Lublinie

Plakat na temat obchodów w Lublinie 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja z roku 1916

Obr. 1. Plakat dotyczący lubelskich obchodów 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Trzy czarne orły symbolizują godła trzech zaborców: Prusy, Austrię i Rosję, które krążą nad gniazdem białego orła – Polski. [zdjęcie: Polska.pl – Skarby Dziedzictwa Narodowego]

Wybuch I wojny światowej przyniósł Polakom nadzieję na odzyskanie upragnionej niepodległości, dlatego też przypadającą w 1916 r. 125. rocznicę ustanowienia Konstytucji 3 Maja obchodzono radośnie i manifestacyjnie jako święto narodowe. Ograniczone obchody zostały umożliwione, gdyż władzom Niemiec i Austro-Węgier zależało na poparciu ludności polskiej. Ostateczne rozmiary manifestacji były jednak zaskoczeniem dla władz. Uroczystości rocznicowe rozbudziły aktywność polityczną społeczeństwa oraz przygotowały podatny grunt dla obchodów w niepodległej już Rzeczypospolitej w latach 1919-1939. W Warszawie (pod okupacją Niemiec) odbył się wielogodzinny pochód, w którym wzięło udział ponad 200 tys. osób. W Lublinie zakaz publicznych pochodów został zniesiony przez austriackie władze okupacyjne dopiero na kilka dni przed świętem. W trakcie obchodów w Lublinie na Placu Litewskim poświęcono Pomnik Konstytucji 3 Maja w formie pokrytego reliefami kamienia na niskim postumencie. W przyszłości miał w tym miejscu powstać prawdziwy pomnik.

Pomnik Konstytucji 3 Maja, Lublin

Obr. 2. Pomnik Konstytucji 3 Maja w Lublinie odsłonięty 3 maja 1981 r. Na postumencie (wys. 1,55 m), umieszczony kamień pamiątkowy z 1916 r. (wys. 1,45 m), na nim orzeł w koronie (wys. 75 cm). Wszystkie elementy wykonane z piaskowca. Na postumencie daty: „1791 – 1981”, na kamieniu napis: „Na pamiątkę / obchodów 125-ej / rocznicy 3 Maja / 1791 – 1916”. Wykonawcą orła jest Witold Marcewicz.

W dwudziestoleciu międzywojennym pomnik pozostał w niezmienionej formie niskiego kamienia, co prawdopodobnie na pewien czas uchroniło to miejsce przed likwidacją przez komunistów po wojnie. Przypomnieli sobie jednak o tymi miejscu w 1963 r. Kamień został przesunięty tak, aby nie rzucał się w oczy, a przy okazji znalazł się w sąsiedztwie publicznego szaletu, co w zamierzeniu komunistów miało być policzkiem dla naszej tradycji niepodległościowej. W czasie karnawału „Solidarności” Polacy umieli zatroszczyć się o swoją sferę symboliczną. W Gdańsku powstał Pomnik Poległych Stoczniowców 1970, w Poznaniu – Pomnik Ofiar Czerwca 1956. W Lublinie Pomnik Konstytucji 3 Maja został przywrócony na poprzednie miejsce i powiększony o postument z orłem w koronie. Inicjatorem odnowienia pomnika był Henryk Łusiewicz, który rozwiązał drażliwą dla komunistów kwestię symbolicznej korony w ten sposób, że wmówił władzom, że w takim kształcie ten pomnik istniał przed wojną. Odsłonięcie nastąpiło w czasie obchodów 3 maja w 1981 r. Pomnik ten jest do dziś drogim symbolem dla Lublinian.