Humor i satyra. Tu nie ma tematów tabu ani świętych krów. Przełamujmy zmowę milczenia. Zdemaskujmy i zniszczmy kamarylę. Nadchodzi kontrrewolucja.

środa, 14 października 2009

Z Tuska złazi farba

Absurdy rządowo-medialnej narracji

Nawet kompromitująca afera nie musi spowodować natychmiastowego spadku notowań takiej partii jak Platforma Obywatelska oraz jej lidera – premiera Donalda Tuska. Pojawiają się kolejne dowody na to, że wielu czołowych polityków tej partii jest uwikłanych w ciemne interesy i służy nie państwu a podejrzanym wpływowym grupom. Donald Tusk w obliczu takich wstrząsów nie wykonał tak naprawdę ani jednego realnego posunięcia, stosuje jedynie szereg nie zawsze spójnych technik PR-owskich. Zaczyna od stwierdzenia, że nie było żadnej afery, stosując przy tym logikę, że warunkiem koniecznym wystąpienia afery jest wystąpienie przestępstwa, a tego ujawnione stenogramy – jego zdaniem – nie dowodzą, a czego dowodzą nieujawnione – nie może powiedzieć, bo są tajne.

Mało tego, mamy uwierzyć, że jego ludzie w rzeczywistości mieli dobre intencje: chcieli najlepszej dla państwa ustawy hazardowej i najkorzystniejszej dla państwa sprzedaży stoczni. „Pseudoafery” wzięły się stąd, że do realizacji swoich dobrych intencji zabrali się bardzo nieudolnie, oraz stąd, że CBA to służba, która szuka korupcji głównie w szeregach partii władzy, zamiast skupić się na mniej drażliwych tematach. Jednocześnie PO to partia mająca najlepszych profesjonalistów i zawodowców w sprawach ekonomicznych oraz najwyższe standardy. Dalej Tusk usuwa z rządu szereg ludzi, zapewniając jednocześnie społeczeństwo o tym, że do tych wyrzuconych ma pełne zaufanie, jednak do wyrzucenia ich zobowiązują go właśnie najwyższe standardy etyczne obowiązujące w jego partii (?!). Odgrywa jednocześnie surowego – który karze za błędy i dobrego – który wszystkim ufa, wszystkich kocha i nikomu nie robi krzywdy. Co prawda idzie na wojnę z PiS-em, ale to nie kłóci się z główną narracją miłości, gdyż PiS jest w oficjalnej narracji traktowany jako ciało obce, wrzód do wycięcia, wataha, którą należy dorżnąć. W narracji o Tusku bardzo ważne jest to, że jest on świetnym liderem. Nie mogą tego w żadnym razie podważyć takie fakty jak otaczanie się nieudolnymi ludźmi czy brak panowania nad ich działaniami, a nawet osobiste zaangażowanie się w kompromitujące rozmowy z Katarem na najwyższym szczeblu w sprawie ustawionego przetargu. Zawsze winni muszą być niekompetentni wykonawcy, a lider pozostaje nieskazitelny.

Premier używa srogich zapewnień, co do chęci rozprawienia się z choćby ewentualnością korupcji lęgnącej się w szeregach PO, a ma temu posłużyć komisja sejmowa do spraw afery hazardowej. Jednocześnie bojowy nastrój platformersów prących do wojny z PiS-em oraz przejmujących CBA pokazuje, że wynik prac tej komisji jest przesądzony. Zdaniem Tuska i jego ludzi ta komisja ma błyskawicznie dojść do wniosku, że nie było żadnej afery, podejrzani z Platformy są czyści jak łza, a cała historia była wynikiem intrygi piekielnych Kaczyńskich i piekielnego CBA. Na szczęście dzielny i mądry Tusk obronił skoncentrowane w PO siły dobra oraz – przy okazji – wszystkich Polaków przed tymi piekielnymi zakusami i ostatecznie wykorzenił zło z naszego świata. Dopiero wtedy mógł nareszcie... nie odpocząć! Zająć się prawdziwym rządzeniem krajem. Happy end. Ten eschatologiczny typ myślenia jest widoczny w szeregach PO od kilku dni – są karni, zmobilizowani i zdeterminowani. Wydawałoby się jednak, że wspinając się na wyżyny absurdu, nie dojdą do mówienia w kategoriach świętej wojny zupełnie wprost. Oto jednak oryginalne wypowiedzi jednego z głównych kapciowych Tuska, Sławomira Nowaka, z wywiadu, który ukazał się w Polska 10.10.09:

Ludzie Platformy ufają Tuskowi, nawet jeśli nie rozumieją jego decyzji?

On nie jest żadnym nawiedzonym mistykiem, który ma olśnienia, ale na pewno jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem i nieprawdopodobną intuicją. Premier zawsze szuka niestandardowych rozstrzygnięć i na tym też polega jego siła. Obrady klubu zakończył ostatnio sformułowaniem: „nie traćcie ducha”. Biblijnie, powiało świeżą bryzą.

(...)

Na co ma Pan teraz ochotę?

Wrócić do domu, być z rodziną. Trochę pogadać o tym.

I co będzie dalej?

Spotkamy się ze znajomymi, pójdziemy na spacer, może skoczymy do zoo w Oliwie.

Zobaczyć tygrysa?

Tak. I powiem dzieciom: to jest taki przyczajony tygrys, ukryty smok, zupełnie jak pan premier. [śmiech]

Rozumiem, że mając słabą orientację w politycznych wydarzeniach i oceniając je tylko przez pryzmat serwisów informacyjnych, można zgodzić się z powtarzanymi do znudzenia propagandowymi deklaracjami, że CBA było policją polityczną PiS-u, a w rządzie PO nie było żadnych afer. Nie sposób jednak nie zauważyć w rządowo-medialnej narracji przytłaczającego nagromadzenia absurdu. Jest to ważne spostrzeżenie i tym, którzy zachowali resztki rozsądku na pewno da to do myślenia. Należy jednak sobie zadać pytanie, czy najwierniejsi zwolennicy PO głosowali na tę partię, kierując się zdrowym rozsądkiem? Czy medialne zarzuty pod adresem PiS z czasów wyborów 2007, że ta partia wszystkich podsłuchuje i zwykłym biednym ludziom wchodzi o 6 rano do domów, a na dodatek – jak nic – zamierza wprowadzić w Polsce stan wojenny, czy te zarzuty mają coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem? Raczej nie, i tu jest chyba klucz do zrozumienia nagromadzenia absurdu w dzisiejszej narracji Tuska. On swoje przemówienia i działania kieruje do swojego żelaznego elektoratu.

Problem Tuska z żelaznym elektoratem PO

Jaki jest prawdziwy sens popierania takiej partii jak PO wśród jej żelaznego elektoratu? Typowa afera gospodarcza na tym elektoracie nie robi wrażenia – raczej traktuje on korupcję jako nieodłączny element życia polityczno-gospodarczego. Wydaje mi się, że ostatnie 2 afery Tuska są dla tego elektoratu w pełni akceptowalne. Sensem pierwszej, afery hazardowej, było w końcu, ogólnie biorąc, zmniejszenie opodatkowania oraz zwiększenie dostępności automatów do hazardu, co daje się wpisać w bezkompromisowe wspieranie wolności gospodarczej. Sensem drugiej, afery stoczniowej, było ustawienie przetargu, co jest, co prawda, zaprzeczeniem wolności gospodarczej, ale za to daje się wpisać w determinację urzędników, by pozbyć się wreszcie nierentownych stoczni i „kłopotliwych” stoczniowców. Wykrętne tłumaczenia Tuska i jego ludzi, usunięcie ministrów ze stanowisk – to daje się wyjaśnić stanem wyższej konieczności. Zmiany w rządzie nie cieszą żelaznego elektoratu jako sprzeczne z przyjętym wizerunkiem PO, ale dają się usprawiedliwić koniecznością utrzymania poparcia u tych, którzy „nie rozumieją polityki w pełni” i prymitywnie „domagają się głów”. Dla żelaznego elektoratu ciężkim grzechem Tuska mogłaby być najwyżej jakaś ewidentna żenująca gafa, ale ponieważ na ogół to media decydują, co i kiedy jest gafą, Tusk z tym na razie nie ma problemu.

Główną przesłanką przynależności do żelaznego elektoratu PO jest chyba potrzeba zaakcentowania przynależności do pewnej grupy. Jest to szczególnie widoczne wśród elit, zwanych też salonem, gdzie popieranie Tuska i PO, to jeden z podstawowych towarzyskich obowiązków. Wyrwanie się z poparciem dla PiS jest traktowane jako nietakt właściwie wykluczający z towarzystwa. Co ciekawe, popieranie PO nie jest traktowane jako „polityczne”, natomiast ten, kto popiera PiS, musi otrzymać od razu łatkę jakiegoś podejrzanego politycznego aktywisty, wręcz oszołoma. Na podtrzymanie tego stanu wśród elit wydatnie wpływa sieć zależności finansowych związanych z przepływem pieniędzy głównie w branży rozrywkowej i telewizyjnej.

W Polsce istnieje także potężna grupa społeczna, która głęboko podświadomie czuje potrzebę ciągłego potwierdzania swojej przynależności do „lepszego towarzystwa”. A wymagania stawiane szaremu obywatelowi, by do tego lepszego towarzystwa dostać przepustkę są w sumie niewielkie: bezwarunkowe popieranie PO (dla pozyskania aktualnych argumentów wystarczy od czasu do czasu zajrzeć do Gazety Wyborczej i TVN24), gorliwe udawanie znawcy towarzyskich nowinek takich jak suschi, czy też zachwycanie się beznadziejnym humorem Szkła kontaktowego (widzowie niemal obowiązkowo zaczynają swoje telefoniczne opinie od „szkiełko to wspaniały program”, „jesteście moją ulubioną parą” i kontynuują: „te Kaczory to bezmózgie kreatury, jak ja ich nienawidzę, zróbcie coś, żeby ich wreszcie nie było”). Zagospodarowanie tej przemożnej potrzeby awansu towarzyskiego swego czasu pozwoliło osiągnąć wysokie poparcie społeczne Unii Wolności, a dzisiaj jej duchowemu i politycznemu spadkobiercy – Platformie Obywatelskiej. Ten specyficzny snobizm na PO zauważył Marek Migalski. Potraktował to jako słabość tej partii i znakomicie punktuje. Nic dziwnego, że jest on dziś traktowany przez salon jako jeden z głównych wrogów.

Z powyższego wynika, że wśród żelaznego elektoratu Tuskowi i Platformie nie zaszkodzi absurdalność narracji, może natomiast jak najbardziej zaszkodzić wizerunek polityków obciachowych. Z ostatnich wydarzeń najbardziej zaszkodził Tuskowi nie Chlebowski załatwiający ciemne interesy z Sobiesiakiem, tylko Chlebowski, który poci się jak szczur pod naciskiem oczekiwań swojego patrona rzucającego „kurwami”, a potem żałośnie wije się na konferencji prasowej przed dziennikarzami. Zaszkodził Chlebowski spotykający się ze swoim patronem pokątnie na stacji benzynowej jak podrzędny gangster zamiast w wyszukanym lokalu jak boss z bossem. Zaszkodził – nie Drzewiecki jako minister tolerancyjny dla kolosalnej korupcji w sporcie, ale Drzewiecki jako Miro, który szuka okazji by gdzieś zachlać, nieważne czy w kraju, czy za granicą, a potem obnosi się ze swoją czerwoną pijacką mordą, co przy okazji ostatnich wydarzeń wszyscy sobie dobitnie uświadomili. Nieudolność Tuska też jest pomijalnym szczegółem wobec takiego obciachu jak stwierdzenia Nowaka: „Tusk jest dotknięty przez Pana Boga geniuszem.” „Pan premier to taki przyczajony tygrys, ukryty smok.” Paradoksalnie z Tuska dziś złazi farba i dzięki Markowi Migalskiemu, i dzięki Sławomirowi Nowakowi z jego psalmami pochwalnymi.

Scenariusze polityczne

Mimo dość gwałtownego przełamania politycznej sztampy ostatnich 2 lat, proces przeformatowania elektoratu nie nastąpi z dnia na dzień. Dla dobrego zrozumienia procesów zmian sympatii wyborczych w społeczeństwie niezbędne wydaje się doświadczenie życiowe, otwartość na ludzi i kontakty z wieloma środowiskami. To lepsze dla zrozumienia elektoratu niż socjologiczne studia. Spróbujmy jednak spojrzeć na te procesy z najbardziej ogólnej perspektywy. Spójrzmy najpierw na przybliżone wyniki wyborów parlamentarnych 2007 w liczbach bezwzględnych: PO – 6,5 mln, PiS – 5 mln, LiD – 2 mln, PSL – 1,5 mln, 1 mln – pozostałe partie, które nie przekroczyły progu wyborczego. Razem 16 mln. Frekwencja 54% została uznana za bardzo wysoką i zapewne w kolejnych wyborach parlamentarnych 2011 nie będzie ona wyższa.

Pierwsze ważne spostrzeżenie jest takie, że na 3,5 mln wyborców głosujących na LiD i PSL można liczyć chyba w znikomym stopniu. Przy LiD w ostatnich wyborach został chyba tylko najtwardszy postkomunistyczny elektorat. Jedynie wśród wyborców PSL mogła się znaleźć pewna liczba zdezorientowanych „politycznych rozbitków”, zwłaszcza, że był wtedy budowany wizerunek PSL jako partii spoza układów „tych” i „tamtych”, „nieskażonej” udziałem w rządach. Dopiero po wyborach zaczęto więcej mówić o PSL jako byłym koalicjancie SLD. Pozostałe mniejsze partie to głównie Samoobrona i LPR, które w warunkach konfliktu między PiS a byłymi koalicjantami przed wyborami 2007 także mogły przyciągnąć głównie elektorat zdecydowanie sprzeciwiający się PiS. Wraz z postępowaniem politycznej edukacji społeczeństwa, można spodziewać się tendencji do zmniejszania liczby głosów na partie, które nie przekraczają progu, załóżmy, że w kolejnych wyborach będzie ich 0,5 mln – te głosy uznajmy za „zmarnowane”, nie będą brane pod uwagę w dalszej analizie. Na tym etapie analizy mamy więc 4 mln głosów, mówiąc w dużym uproszczeniu, na formacje postkomunistyczne. Głosy „postkomunistyczne” zasilą SLD i PSL lub też – jeśli zajdzie taka konieczność – jakąś nową postkomunistyczną mutację, na przykład SD.

W przypadku PiS możemy mówić o twardym elektoracie, który potwierdzają nawet stronnicze sondaże preferencji politycznych, i wynosi on ok. 4 mln Polaków. Do tego w ostatnich wyborach doszło 1 mln niezdecydowanych, którzy obecnie przynajmniej sondażowo dołączyli do elektoratu PO. Jedynym potencjalnym elektoratem PiS-u jest więc twardy elektorat tej partii oraz ta część wyborców o chwiejnych poglądach, która w 2007 roku wybrała PO lub PiS, kierując się jakimś ogólnym obrazem wyłaniającym się z medialnego szumu. Wśród wyborców PO była spora część elektoratu postkomunistycznego, która w 2007 roku na wyraźne sygnały liderów obu ugrupowań – PO i LiD – przeniosła poparcie na PO. Ten ostatni aspekt można w tej analizie pominąć. Przyjmijmy też dla uproszczenia, że żelazny elektorat PO, czyli niereformowalne wykształciuchy (bliższe rosyjskiemu terminowi образованщина wprowadzonemu przez Aleksandra Sołżenicyna byłoby może określenie: wykształceniec), oraz część elektoratu postkomunistów przetransferowana z LiD w 2007 to ok. 4 mln ludzi. Zostaje szacunkowe 3,5 mln niezdecydowanych Polaków, w większości uczciwych porządnych ludzi, których politykowanie razi i męczy, na co dzień raczej od tego uciekają, a ich szczątkowa wiedza na ten temat pochodzi głównie z pobieżnie przyswajanych informacji medialnych. Warto zdać sobie sprawę, że w praktyce to o ich serca toczy się walka.

Można sobie wyobrazić wiele scenariuszy, które tu odrzucam, by nie przedłużać wywodu. Katastrofalne byłoby na przykład każde pęknięcie po prawej stronie, czy to wewnątrz PiS, czy poprzez powstanie innej partii prawicowej w istotny sposób odbierającej głosy. Łatwo też sobie wyobrazić pesymistyczny scenariusz, w którym PiS nieznacznie zwiększa stan posiadania, ale zostaje z łatwością rozegrany politycznie przez pozostałe partie, które w tej czy innej konfiguracji zawsze będą reprezentować elity rządzące Polską od 20 lat.

Scenariusz 1. Przesunięcia na scenie politycznej (możliwy w przypadku przyspieszonych wyborów)

Załóżmy, że PiS przyciąga do siebie ok. 2 mln niezdecydowanych wyborców (PiS – 6 mln, PO – 5,5 mln, postkomuniści – 4 mln) – tyle wystarczy, by uzyskać przewagę nad PO, ale bez większości bezwzględnej. Ten wariant był chyba rozważany przed wyborami 2007. Takie nazwiska jak Rokita czy Płażyński miały grać na rozłam w PO, które po przegraniu kolejnych wyborów znalazłoby się w kryzysie. Gdyby tak jeszcze do Sejmu nie wszedł PSL, to PO wtedy wizerunkowo dystansujące się od koalicji z SLD byłoby w poważnych tarapatach. Teraz taki wariant jest jednak już całkowicie nieaktualny. Po zwycięstwie wyborczym nastąpiła silna integracja zaplecza politycznego i biznesowego PO. Poza tym w PO chyba już nie ma ludzi przyzwoitych, którzy chcieliby odejść z tej partii w imię dobra Polski, owego mitycznego prawego skrzydła tej partii. Próbny balon z puszczeniem plotki, że do rządu Tuska miałby wejść Włodzimierz Cimoszewicz pokazuje, że to środowisko nie czuje żadnych oporów nawet przed otwartą współpracą z postkomunistami i akceptacja tego stanu rzeczy przechodzi na żelazny elektorat. Cicha współpraca PO z SLD w samorządach kwitnie od samego początku istnienia PO, słynny układ warszawski Piskorskiego oraz układ krakowski Majchrowskiego to tylko 2 przykłady, a jest ich znacznie więcej. W istocie jest to układ sitw oplatających Polskę, zwany czerwono-różową nomenklaturą. Coraz mniej ludzi pamięta o PRL i PZPR, a wszystko da się wytłumaczyć koniecznością działań na rzecz „niedopuszczenia do władzy Kaczyńskich”. Można przyjąć, że w tym scenariuszu powstałaby wielka koalicja PO+SLD+PSL lub partii o innych nazwach, ale wywodzących się z tych samych środowisk. Głównym celem rządów tej koalicji byłaby konserwacja wpływów dotychczasowych elit: w instytucjach państwowych, mediach, biznesie. W istocie proces ten jest aktualnie bardzo intensywnie prowadzony – następuje rozdawanie stanowisk wśród „swoich” oraz dalsze przejmowanie wszelkich istotnych dziedzin biznesu (tu zielone światło mają szczególnie ludzie związani z SLD). Jednocześnie zadbano by bardzo starannie, aby nie zostały więcej popełnione takie błędy wizerunkowe, które doprowadziły do przegranej i naruszenia interesów establishmentu w latach 2005-2007. Kto wie, może posunięto by się do dyskretnego uciszenia stron internetowych i blogerów „siejących zamęt”. W sprawach zagranicznych należy się w tym scenariuszu spodziewać najdalej posuniętego klientelizmu wobec Brukseli, Berlina i Moskwy.

Scenariusz 2. Przetasowania na scenie politycznej (możliwy w przypadku terminowych wyborów)

PiS przyciąga do siebie ok. 3 mln niezdecydowanych wyborców (PiS – 7 mln, PO – 4,5 mln, postkomuniści – 4 mln). Przy 7 mln głosów na PiS – partie establishmentu – czy postkomunistyczne SLD, czy jakaś nowa, miałyby ogromny problem, by nawet wspólnymi siłami uzyskać władzę. Musiałyby podobnie jak w 2007, ale na jeszcze większą skalę, zmobilizować maksymalną ilość elektoratu do głosowania na tylko jedną z nich, ordynacja bowiem przy rozdziale mandatów wyraźnie preferuje największe partie. Z tym wiąże się problem – mobilizacja na tak wielką skalę musiałaby się wiązać z praktycznym porzuceniem jakichkolwiek pozorów. Byłoby to w istocie przejście ogłoszonej przez Tuska wojny politycznej z opozycją w fazę pełzającej wojny domowej, gdzie takie zdarzenia jak pobicie i próba skompromitowania aktorki, która przeszła na stronę opozycji, to drobiazg. Na wypadek większych przetasowań PO jest już raczej spisana na straty, na pożarcie przez gniewny tłum. Być może na nową taką partię szykowane jest SD, które przejmie „wykształciuchów” po podupadłym PO i otrzyma zdyscyplinowany elektorat SLD. Do tego pomoc medialna i sondażowa może zdziałać cuda. Szansą dla sił patriotycznych jest fakt, iż społeczeństwo coraz lepiej orientuje się w skali medialnej manipulacji, jakiej jest poddawane, a upadek PO będzie tu istotną lekcją, podobnie jak wcześniej niesławny upadek Unii Wolności w 2001. Pamiętajmy, że Gazeta Wyborcza tak samo wściekle agitowała wtedy za UW jak dziś za PO. Tyle, że agitacja za UW była posłannictwem, a dzisiejsza agitacja za PO to tylko deal, o czym Wyborcza od czasu do czasu przypomina. Zadaniem PO przed całkowitym upadkiem jest dziś pogrążenie PiS, a istotnymi krokami – likwidacja instytucji takich jak CBA czy IPN, które działają wbrew elitom. Spodziewany w 2010 roku kryzys (ten prawdziwy, a nie obecna recesja niefrasobliwie nazywana kryzysem) spowoduje prawdziwe przetasowania na scenie politycznej. Można się spodziewać niesłychanej agresji i działań przy wykorzystaniu wszelkich środków, by zniszczyć PiS i nie dopuścić do realizacji tego scenariusza. Zapewne dlatego kazano Tuskowi przejąć CBA bez oglądania się na przepisy prawne. Moim zdaniem jest to niepokojący sygnał zwierania szyków przed spodziewanymi niepokojami społecznymi. Do zniszczenia PiS-u będą zapewne wykorzystywane także służby specjalne, co będzie niejako powtórką z lat 90. Sądzę, że w najbardziej tajnych komórkach służb specjalnych dziś ćwiczy się pacyfikowanie manifestacji od wewnątrz poprzez podstawianie prowokatorów, przejmowanie roli liderów i inne zaawansowane metody, nad którymi „świat miłości i postępu” zapewne intensywnie pracuje.

Sens

To tylko prognozy budowane na podstawie pewnego doświadczenia, intuicji, wynikających z długoletniej obserwacji polityki. Chętnie dowiem się, co myślą inni na ten temat, tym bardziej że budowanie takich prognoz i scenariuszy jest zawsze bardzo potrzebne. Są one bowiem budowane na pewnych założeniach, które można w przyszłości weryfikować, obserwując faktyczny rozwój wydarzeń. Uzyskana w ten sposób wiedza pozwoli chociażby na świadome podejmowanie decyzji politycznych.

Istotnym założeniem, które ja przyjąłem, budując powyższe scenariusze polityczne jest brak autentyczności większości partii politycznych. W tej chwili autentyczne wydaje się PiS, które reprezentuje coraz liczniejszą grupę Polaków zainteresowanych całkowitą wymianą zdegenerowanych polskich elit oraz skończeniem z przesadnym i niepotrzebnym klientelizmem Polski wobec silniejszych sąsiadów. Drugą autentyczną partią jest SLD, które w czytelny sposób reprezentuje środowiska postkomunistyczne wraz z ich stanem posiadania, w którym wbrew pozorom mieszczą się nadal kolosalne aktywa w administracji (szczególnie na niższych szczeblach), służbach, a zwłaszcza w największym biznesie (np. banki, media). Są to jednocześnie środowiska skrajnie prounijne, dążące do pełnej federalizacji i stworzenia państwa europejskiego.

Reszta dzisiejszych partii to bardziej swego rodzaju projekty polityczne, w które środki są angażowane tylko tak długo, jak projekt jest potrzebny. Donald Tusk chyba nigdy nie był właścicielem projektu „PO” inspirowanego – jak już wiemy – przez Gromosława Czempińskiego: „Dość duży miałem udział w tym, że powstała Platforma. (...) Mogę powiedzieć, że odbyłem wtedy olbrzymią liczbę rozmów, a przede wszystkim musiałem przekonać Olechowskiego i Piskorskiego do pewnej koncepcji, którą później oni świetnie realizowali. (...) Z Tuskiem także rozmawiałem” (Polsat News 03.07.09). Oczywiście, można mieć co najwyżej domysły, dla kogo pracuje dziś Czempiński, ale być może to jego mocodawcy są tymi samymi, u których zbiegają się sznurki rozmaitych politycznych projektów w „prowincji” Polska.

Pozostaje jeszcze przyszła rola Tuska i wierchuszki PO. Myślę, że dla utrzymania pełnego zaangażowania Tuska w realizację „projektu”, szczególnie w sytuacji gdy wysoce prawdopodobnym efektem jest samozniszczenie, musi mieć on coś obiecane. A co mogłoby usatysfakcjonować Tuska? Oczywiście, prezydentura w 2010. Cel jest możliwy do osiągnięcia, a taki układ jest korzystny dla wszystkich stron. To, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, a mianowicie podtrzymanie wizerunku Tuska jako mądrego lidera, męża stanu, oraz odseparowanie tego wizerunku od bezczynności i porażek rządu, wraz ze zbliżaniem się terminu wyborów wydaje się coraz bardziej w zasięgu ręki. Spodziewany dramatyczny spadek poparcia dla Tuska można powstrzymywać za pomocą podtrzymywania wizerunku Tuska jako nieskazitelnego wodza i arbitra oraz kontynuowania ataków na Lecha Kaczyńskiego, a przede wszystkim za pomocą niebagatelnej broni, jaką jest możliwość nagłaśniania przekłamanych sondaży. Już teraz został wysłany sondażowy sygnał. Według sondażu GfK Polonia z 07.10.09 (Rzeczpospolita 09.10.09) w drugiej turze wyborów prezydenckich spotkałby się Cimoszewicz z Tuskiem, przy czym wygrałby Cimoszewicz! Jest to też wyraźna oferta dla prawicowego elektoratu: „lepiej głosujcie na Tuska, bo będziecie mieć znowu postkomunistę”. Poza tym dla przyklepania dealu we właściwym momencie Tusk dostanie jakieś kwity na Cimoszewicza i zostanie powtórzony manewr podobny jak w 2005, tyle że tym razem już bez fuszerki.

Prezydentura to dla takiej niedołęgi jak Tusk szczyt marzeń i na pewno go usatysfakcjonuje. Będzie to też dla niego zwyczajnie dobre zabezpieczenie osobiste na nadchodzące ciężkie czasy a i na resztę życia i sposób na wynagrodzenie wszystkich swoich wiernych dworzan, którzy dostaną posady u prezydenta. Temu akurat prezydentowi nikt nie będzie wypominał budżetu. Myślę, że tylko taka obietnica z jego strony mogła zapewnić mu w obecnych ciężkich dla partii chwilach tak daleko posuniętą lojalność wierchuszki. Jej członkowie muszą przecież przynajmniej domyślać się tego, że PO zatonie i w związku z tym oferta Tuska jest dla nich nie do pogardzenia. Niższe struktury PO też nie powinny narzekać. Na pewno umieją odczytać sygnał płynący z decyzji o praktycznej likwidacji CBA: „Teraz jest dla was czas żniw.”

Z punktu widzenia prawdziwych właścicieli projektu „Platforma Obywatelska” spełnił on swoje zadanie idealnie, tylko kilka razy było groźnie, ale niebezpieczeństwa zostały już zażegnane, a prezydent Tusk będzie świetnym rozwiązaniem. Szczególnie, gdy porównać go z Lechem Kaczyńskim. Tusk jako „prezydent wszystkich Polaków” nie będzie powodował żadnych konfliktów i pozwoli bezkolizyjnie w pełni zagospodarować państwo na powrót przez stary establishment rodem z PZPR-SB-UD-SLD-PD... A jak gdzieś przypadkiem trafi się jakiś nadgorliwy prokurator czy sędzia, to prezydent Tusk wzorem swojego mistrza – Kwaśniewskiego vel „Alka” – i ułaskawi kogo trzeba.

niedziela, 11 października 2009

Druga twarz afery hazardowej

Tropiąc elementarne uchybienia w oficjalnej rządowo-medialnej narracji dotyczącej ostatnich afer, w dwóch wpisach zwróciłem już uwagę na takie cechy tej narracji jak (1) brak przyzwoitości, (2) akceptowanie braku poszanowania dla prawa, (3) brak zdrowego rozsądku. Czas na kolejny aspekt, który jest dość konsekwentnie pomijany w debacie publicznej. Jest to jakość branży hazardowej oraz proweniencja ludzi, którzy się nią zajmują. Tymczasem omijam aspekty wymagające dokładniejszej analizy kontaktów poszczególnych polityków, treści stenogramów itd., niemniej łatwo domyślić się, że i na tym polu można wykazać niespotykaną od końca komunizmu pobłażliwość mediów dla ekipy rządzącej.

Fakt, że określona branża gospodarki opiera się na kontrowersyjnych produktach czy usługach w żadnym razie nie oznacza, że bez namysłu należy ją zdelegalizować i pozostawić szarej strefie na wyłączność. Nie można też jednak w pełni zaakceptować właściwej wielu liberalnym koncepcjom obojętności na kwestie społeczne. Niektórzy liberałowie chętnie widzieliby prostytucję i zazębiający się z nią pornobiznes jako pełnoprawne legalne branże gospodarki. Przewijają się dyskusje na temat legalizacji lekkich narkotyków, trwają przepychanki dotyczące tzw. dopalaczy, które są chytrze sprzedawane jako „nienadające się do spożycia przed ludzi”. Z kolei tradycyjne używki – alkohol i papierosy – obkłada się kolejnymi akcyzami i ograniczeniami. Nie wiem jaki jest klucz tych działań, ale wiem, że celem nadrzędnym powinno być optymalne wyważenie obu wartości: (1) wolności jednostki i liberalizmu ekonomicznego oraz (2) troski o dobro społeczeństwa. Doświadczenie pokazuje się, że system uwzględniający tylko jedną stronę medalu jest utopią. Branża hazardowa bez wątpienia należy do takich, które wymagają wprowadzenia starannie przemyślanych ograniczeń.

Hazard wykorzystuje słabość zakorzenioną w ludzkiej naturze bardzo głęboko, czyli skłonność do ryzyka. Można przyjąć, że ta skłonność do ryzyka jest przystosowaniem ewolucyjnym, któremu zawdzięczamy także ekspansywność naszego gatunku. W przypadku hazardu skłonność ta przejawia się w chęci podejmowania działań nieracjonalnych, w których prawdopodobieństwo poniesienia straty jest zbyt duże w porównaniu do szans na osiągnięcie sukcesu. Ta cecha, jak wiele innych ewolucyjnych specjalizacji zbędnych w nowoczesnej cywilizacji, staje się często podłożem, na którym rozwijają się zaburzenia kompulsyjne i uzależnienia, zwłaszcza w „sprzyjających” warunkach alienacji, dystresu. Zorganizowany hazard jest swego rodzaju oszustwem, bo zawsze obiecuje wygraną, ale w rzeczywistości wygrywa tylko ten, kto prowadzi grę. I to wygrywa dużo. Spółka Skarbu Państwa, Totalizator Sportowy, przyniosła 250 mln zł zysku w 2008 r. Kasyna to ekskluzywny biznes, dzięki któremu wspaniałe miasto mogło wyrosnąć nawet na pustyni, chodzi oczywiście o Las Vegas. Automaty do gier to – jak wykazują badania naukowe i życiowe doświadczenie – wyjątkowo łatwo dostępna i łatwo uzależniająca forma hazardu, toteż stanowią one bardzo atrakcyjne źródło zysku. Jeśli do łatwego zarobku dodamy ściągalność haraczu, możliwość łatwego prania brudnych pieniędzy, to od razu widać, że branża hazardowa jest idealna dla świata przestępczości zorganizowanej, a regulowanie tej branży za pomocą przepisów prawnych jest zadaniem niełatwym, ale koniecznym.

Podsumujmy zatem podstawowe problemy na jakie natrafi państwo, próbując uregulować branżę hazardową. Hipotetycznie zakładamy przy tym najlepszą wolę administracji, by działać dla dobra społeczeństwa:

  • niezależnie od przyjętej w ustawie formy i wielkości opodatkowania mafia lub mafie zawsze postarają się znaleźć sposób, by obejść przepisy i uzyskać „swoje”; w tym celu użyją wszelkich oszustw, skorumpują urzędników, w razie potrzeby zastosują brutalną siłę;
  • istnieje problem właścicieli lokali, którzy będą skazani na przymusową dzierżawę automatów do gier przy czym „dzierżawa” będzie sprowadzała się do oddawania haraczu do rąk gangsterów (niejednemu przejdzie ochota na własny biznes); przy tym poszerza się szara strefa kontrolowana przez mafię i powiększają się aktywa oraz siła mafijnego biznesu;
  • istnieje problem graczy, których liczba będzie naturalnie zwiększać się wraz ze wzrostem liczby automatów do gier i ich dostępnością; wielu z tych graczy uzależni się od hazardu i dla kilku emocjonujących chwil będą marnować zarobione pieniądze, często ze szkodą dla swoich rodzin; na dodatek pieniądze te nie będą napędzać gospodarki, a tylko wzmocnią mafię;

Zgodnie z przyjętą przeze mnie metodą krytyki rządowo-medialnej narracji postaram się teraz postawić tutaj zupełnie elementarne problemy. Ile życiowego doświadczenia i wyobraźni trzeba, by zrozumieć, jak poważne zagrożenia niesie ze sobą branża hazardowa? Kogo reprezentują tak zwani biznesmeni i lobbyści związani z branżą hazardową, a jednocześnie bliscy znajomi polityków PO? Dlaczego politycy PO i osobowości medialne generalnie omijają ten temat wielkim łukiem (wyjątkiem był wywiad z byłym gangsterem „Masą” w TVN24), skupiając się w temacie afery hazardowej niemal wyłącznie na sprawach personalnych oraz na procesie legislacyjnym. Czyżby chodziło o wyznaczenie pól debaty, w których względnie łatwiej będzie wybronić Donalda Tuska i jego ludzi?

Podsumowanie: Branża hazardowa należy do dziedzin działalności gospodarczej najbardziej narażonych na patologię polegającą na kontrolowaniu tego biznesu przez mafię. W Polsce w dziedzinie automatów hazardowych niewątpliwie taka sytuacja ma miejsce, a potwierdził to wywiad z byłym gangsterem „Masą”, który obecnie ma status świadka koronnego. Klimat półświatka panujący na styku mafijnego biznesu i ubogich ludzi popadających w uzależnienie od łatwo dostępnego hazardu powoduje stopniowe poszerzanie się przestrzeni opanowanej przez mafię. Rządowo-medialna narracja w zakresie afery hazardowej używa fraz o nieetycznym lobbingu lub o nieudolnej asertywności po to, by zamaskować łatwo widoczny fakt, że czołowi politycy PO są uwikłani w kontakty z biznesmenami i lobbystami, których każdy rozumny człowiek może podejrzewać o pracę dla mafii. Kontakty te są przy tym nader zażyłe, a politycy PO zdają się pełnić w tych kontaktach rolę podrzędną, tłumaczą się z postępów w załatwianiu spraw na szczeblu rządowym dla swoich patronów.

sobota, 10 października 2009

Dom tuskowariatów

Sprawa afery hazardowej skłoniła mnie do refleksji na temat obojętności Polaków na tak elementarne wartości jak zwykła przyzwoitość czy poszanowanie dla demokratycznie ustanowionego prawa i na ten temat był poprzedni wpis o „wojnie polsko-tuskiej”. Próbowałem także dociec przyczyn tej obojętności. Dzisiaj kontynuuję temat poprzez refleksję nad kolejną elementarną wartością, która jest całkowicie omijana w rządowo-medialnej narracji dotyczącej afery hazardowej, a za nią – w myśleniu większości społeczeństwa. Jest to zdrowy rozsądek w ocenie sytuacji.

W jednym zgodzę się z Tuskiem. Powtarza on ostatnio, że nie ma takiej partii, w której byliby sami święci, że korupcja pleni się wszędzie – ja temu nie przeczę. Inna sprawa, że gdyby Tusk i jego ekipa nie zgrywali od początku takich dziewic, to teraz nie wyglądaliby tak śmiesznie, gdy okazało się, że to ich dziewictwo było wizerunkową sztuczką, parawanem zakrywającym niezłe szambo. Ale co z tą korupcją, która podobno miesza się do polityki zawsze i wszędzie? Moja krótka analiza będzie oparta nie na wiedzy prawnej, tylko na zwykłym lecz deficytowym w rzeczywistości zdominowanej przez platformerski PR – zdrowym rozsądku.

Szefowi CBA, Mariuszowi Kamińskiemu, zarzuca się ostatnio, że postąpił wbrew prawu, gdyż o prowadzonych działaniach operacyjnych informował premiera czy inne osoby kierujące państwem, a nie prokuraturę. Dzisiaj doszło nawet do tego, że Paweł Graś, rzecznik prasowy rządu, odpowiadając na pytania dziennikarzy, stwierdził butnie, że w efekcie otrzymania od CBA materiałów dotyczących kolejnej w ostatnich dniach afery w rządzie, premier skierował 2 zawiadomienia do prokuratury: jedno w sprawie korupcji wynikającej z otrzymanych materiałów, czyli nowej afery – afery stoczniowej, a drugie przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu za to, że nie skierował sprawy do prokuratury osobiście.

Kuriozalność relacjonowanych w mediach zarzutów przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu o nieskierowanie sprawy do prokuratury, wcześniejszych – werbalnych i obecnych – formalnych, jest widoczna na pierwszy rzut oka. Intencja przepisów nakazujących donoszenie prokuraturze o wiadomych danej osobie czy funkcjonariuszowi przestępstwach jest bowiem bardzo prosta. Chodzi w tych przepisach o to, by przestępstwa nie mogły pozostać w ukryciu, bez możliwości ich osądzenia i ukarania. Jest zupełnie jasne, że Mariusz Kamiński żadnych przestępstw nie ukrywał. Kierowanie do prokuratury tego rodzaju zarzutów przeciwko Kamińskiemu jest w tym momencie ze strony Tuska jedynie grą obliczoną na zniszczenie wizerunku szefa CBA, co Tuskowi jest teraz bardzo potrzebne, choćby na krótko. W oczach ludzi posługujących się głową straci raczej Tusk. Bo przyjmując roboczo punkt widzenia osoby, która uważa, że w konflikcie Kamiński-Tusk obaj mają tyle samo racji, widać, że Kamiński nie zgłasza, przynajmniej na razie, żadnych roszczeń dotyczących przypuszczalnie bezprawnej próby zdymisjonowania go, czyli nie podgrzewa konfliktu. W tym samym czasie Tusk mściwie składa absurdalne doniesienie na Kamińskiego w prokuraturze. Zwróćmy uwagę, że tę spiralę można nakręcać. Skoro Kamiński popełnił przestępstwo, przekazując bezpośrednio Tuskowi z pominięciem prokuratury materiały dotyczące afery stoczniowej, to analogicznym przestępstwem było przekazanie Tuskowi materiałów dotyczących afery hazardowej. A skoro tak to, logicznie biorąc, Tusk również wtedy powinien był zawiadomić prokuraturę o przestępstwie Kamińskiego. A skoro tego nie zrobił to, znowu logicznie biorąc, dziś Tusk powinien donieść do prokuratury również na siebie za to, że ukrywał to pierwsze „przestępstwo” Kamińskiego.

Opisane wyżej zarzuty przeciwko Kamińskiemu wydają się więc absurdalne już na pierwszy rzut oka, ale wgryźmy się w to głębiej, próbując rozwiązać pewne zagadnienie prawne zdroworozsądkowo. Punktem wyjścia jest korupcja na szczytach władzy, powiedzmy – w rządzie jakiegoś państwa. Mamy funkcjonariusza, który tę korupcję wykrył. Czy aby na pewno jest to standardowa sytuacja, która wymaga standardowej reakcji w formie określonego przepisami złożenia zawiadomienia do prokuratury? Czy ktoś tu czasem nie robi nas w balona, pomijając pewien „drobny” fakt? Pomyślmy. A co, jeśli podejrzanym jest minister sprawiedliwości i prokurator generalny albo ktoś z kręgu zbliżonego do niego? Skąd nasz funkcjonariusz ma wiedzieć, czy usłużny prokurator przyjmujący zawiadomienie nie zadzwoni od razu do swojego szefa, informując go, że taki a taki funkcjonariusz ośmielił się donieść na samego ministra? Jakie szanse na prawidłowy przebieg ma śledztwo prokuratury w sprawie urzędującego ministra? Czy jeśli podejrzanym jest prokurator generalny, to zawiadomienie w jego sprawie ma trafić właśnie do niego? A jeśli nie do niego, to jak funkcjonariusz ma ustalić, który prokurator jest w zmowie z przełożonym, a który gotów jest podjąć wielkie osobiste ryzyko i zaangażować się w sprawę przeciwko swojemu szefowi? To są pytania retoryczne. Dziwię się, że nikt ich nie stawia, bo jest to absolutne przedszkole chociażby w dziedzinie filmów sensacyjnych. Może ja jestem dziwny, że takie filmy oglądam, ale chyba nie, bo to jakieś 25% kinowej i telewizyjnej oferty. Cóż, można się śmiać, że filmy opisują nieprawdopodobne sytuacje, ale zdarza się i tak, że rzeczywistość przerasta wyobraźnię filmowców...

W naszej sytuacji mamy prokuratora generalnego, który formalnie niewiele jeszcze wie o sprawie poza opublikowanymi kompromitującymi dla rządu stenogramami. Chyba że sam jest zamieszany, wtedy oczywiście wie więcej. Ten prokurator generalny w pierwszym wywiadzie po ujawnieniu afery stwierdza, że jego koledzy partyjni i ministrowie zamieszani w tę aferę są „absolutnie niewinni”, a ten funkcjonariusz, który aferę wykrył jest osobą niepoczytalną, dalej nasz prokurator generalny podaje jakieś fantastyczne dowody tej niepoczytalności. Co podpowiada zdrowy rozsądek? Chyba tylko jedno: jak można było na miejscu tego prokuratora generalnego – mowa oczywiście o ministrze Andrzeju Czumie – tak głupio odkryć karty i zaprezentować się publicznie jako osoba mocno podejrzana o współudział w aferze. Na miejscu Czumy średnio inteligentny człowiek – no, taki z wykształceniem licealnym, powiedzmy, z maturą – na poczekaniu skleciłby jakąś bajeczkę, że jest oburzony informacją o korupcji w rządzie, materiały dotyczące sprawy zostaną starannie przeanalizowane, wnioski wyciągnięte, a funkcjonariusz, który aferę wykrył jest godny pochwały. Może z zaciśniętymi zębami, ale trzeba było taką bajeczkę społeczeństwu wstawić, a po cichu zająć się ukręceniem łba sprawie. Oczywiście, nie mówię, że byłoby to ładne czy porządne, ale na pewno byłoby w jakimś sensie normalne, w sensie zdrowego rozsądku. Lecz nie ma wiele wspólnego z normalnością sytuacja, gdy prokurator generalny sam siebie jawnie sypie, a potem jest przez premiera chwalony jako najuczciwszy człowiek, do którego premier ma pełne zaufanie, a naród nadal poszedłby za tym premierem w ogień. To raczej jakieś koszmarne zdrowego rozsądku zaprzeczenie.

Wróćmy jednak do sprawy podstawowej. Sytuacja funkcjonariusza wykrywającego przestępstwa poza systemem wyższych szczebli administracji jest względnie prosta. Ale sprawa się komplikuje, gdy sam system okazuje się chory. Czy trzeba doktoratu z prawa, żeby to zrozumieć, czy też wystarczy trochę zdrowego rozsądku? A co miałby zrobić nasz funkcjonariusz, gdyby wykrył przestępstwo korupcyjne samego premiera? Ciężka sprawa. Może warto byłoby stanąć dumnie i odważnie przeciwko całemu systemowi i odwołać się bezpośrednio do społeczeństwa? To akurat pytanie nie jest retoryczne i nie podejmuję się odpowiedzi na nie. Wiem tylko, że na polskie zaczadzone społeczeństwo nie podziałałby żaden dowód. Mariusz Kamiński wymyślił bardzo rozsądne rozwiązanie oraz – co istotne przy dzisiejszych oskarżeniach – pozostał całkowicie lojalny w stosunku do premiera Tuska. Mówienie o jakieś pułapce na premiera to brednie, które – by nie przedłużać tego tekstu – polecam do samodzielnej zdroworozsądkowej analizy.

Zakończę krótko. Dzisiaj w Polsce ludzi, którzy zachowali zdrowy rozsądek, jest mniejszość. Według różnych sondaży odsetek tej mniejszości oscyluje między 24% a 28%. Cieszę się, że należę do tej mniejszości. Gdzie podział się zdrowy rozsądek pozostałych? Może przyćmiło go Słońce Peru?

Podsumowanie: Afery korupcyjne w polskim rządzie: hazardowa i stoczniowa – są rozgrywane w mediach w taki sposób, by sprawić wrażenie, że znacznie poważniejszy kaliber mają zarzuty przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu, funkcjonariuszowi, który te afery wydobył. Są to zarzuty o nieinformowanie prokuratury o wykrytych przestępstwach oraz o nielojalność w stosunku do premiera. Bezrefleksyjna zgoda na taką interpretację przez osobowości medialne oraz dużą część społeczeństwa sprawia wrażenie uśpienia elementarnego zdrowego rozsądku. Wbrew tej alogicznej interpretacji jest rzeczą całkowicie zrozumiałą, że funkcjonariusz wykrywający przestępstwa na najwyższych szczeblach władzy musi zastosować specjalny tryb informowania władz, by – mówiąc kolokwialnie – nie ukręcono łba sprawie. Poinformowanie o sprawie bezpośrednio premiera dowodzi pełnej lojalności funkcjonariusza w stosunku do premiera, a zaniechania premiera pokazały jego nieporadność lub wręcz celową bezczynność i możliwość, że ta sprawa była sabotowana przez premiera.

piątek, 9 października 2009

Wojna polsko-tuska

Nasze media z każdym nowym tematem wznoszą się na kolejne wyżyny hipokryzji. Dzisiaj mamy temat afery hazardowej, przy czym mamy do czynienia z tak bardzo nadmuchanym balonem hipokryzji, że ja już nie mogę uwierzyć, że on nadal nie pęka, że jeszcze nikt dobitnie nie wykrzyknął „Król jest nagi!”

Afera hazardowa oczywiście zasługuje na szczegółową analizę dat, jawnych dokumentów, które można znaleźć w mediach i w Internecie. Cenne są również spekulacje na temat przypuszczalnych głębszych niejawnych procesów, czyli działania tzw. układu – tego wszystkiego, co leży u podstaw tego typu afer, a co zawsze pozostaje w cieniu. Na szczegółowe wyjaśnienie ze strony odpowiednich instytucji państwowych trudno liczyć w obecnych warunkach. Spośród niezliczonej liczby afer, które miały miejsce w III RP, tylko w nielicznych udało się kogokolwiek osądzić, a chyba nie było przypadku, by sięgnięto dalej niż po płotki. Dlatego aktywność blogerska na tym polu jest szczególnie przydatna. W ramach tej aktywności należałoby poszukać wszelkich luk i niespójności w narracji przygotowanej przez ekipę rządzącą, bardzo wyraźnie te braki naświetlić i choćby w Internecie pozostawić świadectwo nadużywania władzy ze strony ludzi Tuska.

Ja w tym miejscu chciałbym odnieść się do afery hazardowej krótko i na zupełnie elementarnym poziomie. Jak się okazuje, na tym poziomie łatwo zauważyć pewne aspekty, na ogół pomijane, które muszą wzbudzać strach u porządnych ludzi. Strach przed tym, że jest już w naszym kraju beznadziejnie. Bowiem poza oczywistym analizowaniem afery hazardowej, szukaniem jej drugiego dna itd., mamy do czynienia z koniecznością odnotowania zupełnie elementarnego braku przyzwoitości oraz poszanowania dla prawa u rządzących. Z sytuacją, która w normalnym demokratycznym kraju doprowadziłby do politycznego trzęsienia ziemi i takiej medialnej burzy, że w zasadzie władza zastałaby zmieciona. Tymczasem u nas tylko dalej nadymany jest balon hipokryzji. Na czym ten brak przyzwoitości i poszanowania dla prawa polega?

Oto ministrowie rządu zostali przyłapani na korupcji przez instytucję powołaną do rozpracowywania właśnie takich spraw, czyli CBA. Jakby tego było mało miejscem akcji nie są salony, lecz mamy do czynienia z ordynarnymi, pełnymi wulgaryzmów, rozmowami przez telefon oraz spotkaniami w podejrzanych miejscach. Przypomina to trochę ministra Janusza Kaczmarka, który w hotelowym korytarzu nerwowo oczekuje na audiencję u rekina biznesu. W każdym jednym kraju korupcja na wysokich szczeblach władzy jest trudnym sprawdzianem dla systemu władzy. Bywa, że dochodzi do sensacyjnego załamania wielkich karier, ale bywa i tak, że sprawie ukręca się łeb. Takie życie, to jest próba sił – czasem między dobrem a złem, częściej między różnymi koteriami – i ktoś musi z niej wyjść zwycięsko. Ale chyba nigdzie nie jest tak, że demokratyczne społeczeństwo przyjmuje takie historie bezkrytycznie. Władza, jeśli już zdecyduje się iść drogą zła i korupcji, to skrzętnie to ukrywa, a gdy sprawy wyjdą na jaw, musi poddać się surowemu osądowi mediów i opinii publicznej. Nie może być tak, że premier po prostu wychodzi i mówi: „Właściwie nic się nie stało, nie ma przestępstwa (nasi prawnicy już to przeanalizowali), moi ludzie są super, ale wiem, że jesteście państwo trochę wkurzeni tym zamieszaniem, więc umówmy się, że tych moich super-ludzi przesunę na inne stanowiska, a wy za to nie będziecie się już gniewać. Aha, i jeszcze coś, tego gałgana, który wydobył tę aferę, wywalam na zbity pysk, bo on to zrobił nie z obowiązku, tylko tak specjalnie, żeby mi zaszkodzić.” Jeśli to ma być reakcja premiera na wykrycie korupcji w swoim rządzie, to jest to brak przyzwoitości. Jeśli ten brak przyzwoitości jest z jakiś powodów powszechnie akceptowany, to mamy do czynienia z sytuacją moralnego upadku, i to nie tyle samej władzy co władzy wraz z całym społeczeństwem.

Wspomniany moralny upadek społeczeństwa daje się wyjaśnić długoletnim przygotowaniem gruntu – przez stworzenie gimnazjów demoralizujących ludzi już od dzieciństwa, przez publiczne i bezkarne deptanie wyższych wartości (działalność ludzi pokroju Jakuba Wojewódzkiego i jemu podobnych), przez zniszczenie debaty publicznej i wprowadzenie do niej skrajnej pogardy dla oponentów (aktywność Palikota i większość tzw. twarzy PO oraz wspierających ich czołowych dziennikarzy). Daje się ten upadek wyjaśnić także stłamszeniem społeczeństwa przez żelazny uścisk mediów, które pozorując obiektywność i pluralizm, stanowią w rzeczywistości dobrze zsynchronizowaną orkiestrę ukierunkowaną na precyzyjnie zaplanowane pranie mózgów. To wszystko dobre wyjaśnienia, ale fakt pozostaje faktem. Społeczeństwo, które nie widzi lub nie chce widzieć ewidentnego zła, którego dopuszcza się władza, niezależnie od przyczyn tej ślepoty, staje się częścią tego przegniłego systemu, jego milczącym uczestnikiem.

Obok kwestii moralnego upadku jest jeszcze druga sprawa elementarna, która znika w ogniu sporów o to kto co powiedział któregoś-tam sierpnia (jak wspomniałem, sporów ważnych, ale tu piszę na nieco innym poziomie). Ta druga sprawa to obecne w słowach premiera otwarte lekceważenie prawa, o którym nikt z licznych „autorytetów” i ekspertów produkujących się w telewizjach i, niestety, kształtujących opinię publiczną nawet się nie zająknął. Chodzi mi w tym miejscu nie o podstępne i skrywane łamanie prawa przez urzędników, którzy dopuszczają się korupcji, ani nawet nie o przewrotne krycie tych urzędników przez premiera, tylko o lekceważenie prawa publicznie i z poczuciem dumy. Mianowicie od kilku dni Tusk, jego ludzie i wysługujący się partii rządzącej dziennikarze używają pewnej narracji w odniesieniu do konfliktu między premierem Donaldem Tuskiem a szefem CBA Mariuszem Kamińskim. Narracja ta mówi, iż Mariusz Kamiński zachował się źle, nielojalnie wobec swojego przełożonego, teraz więc Tusk może go – jako swojego podwładnego – po prostu dyscyplinarnie zwolnić. I z premedytacją wciska się ludziom ten kit, nie ukrywając zbytnio, że tak naprawdę chodzi tylko o to, byśmy przymknęli oko na faktyczny zamach stanu, jakim będzie ewentualna dymisja szefa CBA. Tymczasem struktury państwa nie są zwykłym biznesem, w którym szef może według własnych ocen rozwiązać umowę z podwładnym, na warunkach tej umowy, w dowolnym momencie. W życiu obywatela obowiązuje złota zasada demokratycznych społeczeństw, iż wszystko co nie jest zabronione – jest dozwolone. W razie potrzeby zawieramy umowy, a wątpliwości reguluje kodeks cywilny. Natomiast w administracji państwowej obowiązuje inna zasada mówiąca, że urzędnik może działać tylko na podstawie i w granicach prawa. Tusk też podlega tej zasadzie i, jeśli nie jest idiotą, to świadomie, perfidnie oszukuje społeczeństwo, twierdząc, że może podjąć autonomiczną decyzję o dymisji szefa CBA. Przesłanką do takiej dymisji nie może być przeświadczenie Tuska, że Kamiński zrobił coś złego. Jeśli nawet by zrobił, to musi to zostać udowodnione przed sądem i musi zapaść wyrok. Jeśli prawne przesłanki do zdymisjonowania Kamińskiego nie wystąpią, a Tusk tę dymisję przeforsuje, dokonując swoich manipulacji opinią publiczną oraz jakiś prawnych kreacji i łamańców, to znaczy, że nasze państwo znajduje się w kryzysie – nie tylko gospodarczym czy politycznym, ale bytowym. I jeśli społeczeństwo szybko się nie obudzi, to z tego kryzysu coraz trudniej będzie się nam wydobyć.

Obywatelska zgoda na respektowanie wspólnego systemu prawnego jest chyba podstawowym warunkiem funkcjonowania państwa. Obserwowany dziś upadek naszego systemu prawnego – podobnie jak wyżej opisany upadek moralny – też ma swoje podstawy i przygotowanie. Wystarczy przypomnieć lansowane przez polityków PO hasło nieposłuszeństwa obywatelskiego w stosunku do władzy sprawowanej przez PiS w latach 2005-2007. Hasło to wykorzystały szczególnie chętnie osoby podejrzane o współpracę z SB w czasach PRL dla uniknięcia złożenia oświadczeń lustracyjnych, a najgłośniejszym przypadkiem był wtedy Bronisław Geremek. Dalej mieliśmy niszczenie mediów publicznych przez zachęcanie społeczeństwa przez premiera Tuska do niepłacenia wymaganego przepisami i niewysokiego przecież abonamentu na publiczne radio i telewizję. Myślę, że uważni obserwatorzy mogliby wymienić więcej przypadków takich działań. Dziś możemy mieć do czynienia z bardzo poważnym atakiem na system prawny naszego państwa ze strony urzędującego premiera.

Premier Tusk na tym nie kończy. Na konferencji prasowej 07.10.09 (śr), by przykryć swoje niesłychanie szkodliwe działania, jednocześnie z zapowiedzią dymisji szefa CBA uderza w tony wojenne. Po sparaliżowaniu działań szefa CBA, czyli urzędnika, który wykrył korupcję w rządzie i mógł stanowić istotną pomoc w sprawie wyjaśnienia tej afery, a także wykrywać ewentualne kolejne afery, premier fałszywie zapewnia, że jego celem jest wyjaśnienie afery w swoim rządzie. Ale głównym przesłaniem jego przemówień oraz wypowiedzi jego ludzi w ostatnich dniach jest wezwanie do wojny. Wojny z opozycją, a konkretnie z PiS-em, bo tylko tę partię Tusk wymienia jako przeciwnika. Zwróćmy uwagę, że PR-owcy Tuska zadbali nawet o taki szczegół jak ton głosu. Premier i jego ludzie nazwę PiS i nazwisko Kaczyński wymawiają szczególnym jadowitym tonem, jakby sama nazwa była już obelgą. Celem wojny jest zniszczenie przeciwnika. Premier Tusk chyba więc boi się tej opozycji, skoro nie zadowala się już codziennym bezpardonowym zwalczaniem jej w mediach, a postanowił wykorzystać okazję i przekształcić aferę w swoim rządzie w oficjalną wielką wojnę z jedną opozycyjną partią. Coś takiego chyba jeszcze nie miało miejsca nawet w dotychczasowym chorym systemie zwanym III RP, w którym użycie służb specjalnych do walki z opozycją w latach 90. starano się przynajmniej trzymać w tajemnicy.

Mam w sobie wielką nadzieję, że nasze społeczeństwo jednak się obudzi. Że choćby ostatnie rocznice, przypominające o naszej nie zawsze zwycięskiej lecz zawsze chwalebnej walce o niepodległość oraz o ponoszonych w przeszłości ofiarach dla niepodległości, staną się iskrą, która obudzi w ludziach myślenie patriotyczne i propaństwowe. A wojna Tuska z opozycją o władzę nie dla dobra Polski, ale dla obcych interesów i przy okazji dla geszeftów swoich kolesi, stanie się „wojną polsko-tuską”, podobnie jak „wojna polsko-jaruzelska”, którą pod kłamliwymi hasłami wytoczył nam niegdyś niejaki „człowiek honoru”. Wojną, w której – tego akurat jestem pewny – ten mały żałosny zdrajca Tusk już przegrał, bo teraz chyba tylko cud mógłby sprawić, żeby spełnił swoje marzenie i został prezydentem Polski. Ale przebieg i ostateczny wynik tej wojny jest bardzo bardzo niepewny. Obawiam się bowiem, że została ona tak zaplanowana (łącznie z opisanym wcześniej upadkiem obywatelskiej przyzwoitości oraz szacunku dla prawa), by w najgorszym przypadku – z punktu widzenia macherów pociągających za sznurki – pogrzebać i PO, i PiS, a na zgliszczach wrócić wreszcie do władzy ze swoimi sprawdzonymi towarzyszami.

Moje obawy i pesymizm mają swoje uzasadnienie w obserwowanym zobojętnieniu społeczeństwa na bieżące sprawy państwa podobnym do tego, z którym mieliśmy do czynienia przez większość okresu III RP a szczególnie w umownym okresie 1995-2005. A trzeba tu polegać bardziej na własnych obserwacjach niż na zmanipulowanych sondażach opinii publicznej. Zapewne sondaże pokażą wahania poparcia dla PO, ale wiadomo w czyich rękach są firmy wykonujące badania opinii publicznej i czyje zlecenia one realizują. Najważniejszy jest dziś sondaż GfK Polonia z 06.10.09 (Rzeczpospolita 07.10.09), czyli przed konferencją prasową Tuska, w którym na pytanie „Czy Donald Tusk powinien odwołać szefa CBA Mariusza Kamińskiego?” 56% ankietowanych miało odpowiedzieć „tak”, a 37% – „nie”. Firma GfK Polonia zapewne wykonała tu odgórne polecenie, zgodnie z którym miała dać Tuskowi do ręki wygodny argument dla tej dymisji. Jeśli jednak faktycznie większość Polaków tak myśli, jest tak zindoktrynowana lub zdezorientowana, by nie dostrzec wymienionych przeze mnie wyżej dwóch zupełnie elementarnych spraw związanych z aferą hazardową, to jest po prostu bardzo źle z nami.

Gdy w 1989 roku entuzjaści mówili o upadku komunizmu, a realiści – o transformacji systemu, daleki byłem od triumfalizmu. Nastroje tonował redaktor rzekomo „naszej” gazety Adam Michnik oraz złowieszcza postać Wojciecha Jaruzelskiego na stanowisku prezydenta Polski. Jednak w najczarniejszych myślach nie sądziłem, że ta walka będzie trwać jeszcze tak długo. Dzisiaj widzę, że czeka nas bardzo długi marsz. Pogodziłem się nawet z tym, że nie spełni się moje marzenie i nie doczekam, przynajmniej w życiu aktywnym zawodowo, ojczyzny na swoją miarę silnej gospodarczo i militarnie oraz wolnej od obcych wpływów realizowanych na miejscu czy to przez postkomunistów, czy innych zdrajców. Wierzę jednak, że nie można rezygnować ani z tych marzeń, ani z walki o nie w takiej formie, jak jest to możliwe. Bardzo ważna jest też praca pozytywistyczna. Jeśli nie można zrobić nic innego, to trzeba dbać o osobiste powodzenie, budować lokalne społeczności, a najcenniejsze wartości – uczciwość, honor i szacunek dla Polski – przekazywać swoim dzieciom.

Mariusz Kamiński - Liga Republikańska - lata 90.

Obr. 1. Mariusz Kamiński w latach 90. jako założyciel i lider stowarzyszenia Liga Republikańska, które programowo sprzeciwiało się powrotowi byłych komunistów do władzy.

Podsumowanie: Ostatnia afera korupcyjna w polskim rządzie przyniosła dwa istotne nowe elementy w polskiej polityce. Jest to po pierwsze brak przyzwoitości premiera, który jawnie bagatelizuje sprawę oraz chroni swoich ludzi przed konsekwencjami, i po drugie brak poszanowania prawa przez premiera, który postanowił przeforsować dymisję szefa CBA, mimo że nie są spełnione przesłanki prawne dla takiej decyzji. Brak zdecydowanej reakcji medialnej oraz społecznej na te niesłychane działania jest powiązany z upadkiem dwóch wymienionych elementów w świadomości całego społeczeństwa, czyli upadku moralnym i upadku poszanowania dla prawa. Tymczasem Donald Tusk zapowiada polityczną wojnę, w której, wzniecając agresję i pogardę do opozycji, doprowadzi do dalszej degeneracji instynktu wspólnotowego i publicznego w naszym społeczeństwie, a co za tym idzie – degeneracji tkanki społecznej naszego państwa.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

One small step - refleksje po 40 latach

Patrząc ogólnie na osiągnięcia naszej cywilizacji, mamy prawo do dumy i obowiązek zachowania pokory. Nie można bowiem zapominać, że bezlitosny postęp sprawi, że dla naszych potomnych będziemy ze swoimi dzisiejszymi cudami techniki jedynie historyczną ciekawostką. Jednak w dzień 40. rocznicy kulminacyjnego momentu misji Apollo 11 – lądowania na Księżycu, mamy dobrą okazję do refleksji nad naszą potęgą. Gdybym miał najkrócej podsumować najwspanialsze osiągnięcia naszej cywilizacji, to racjonalistyczna część mojej osoby opowiedziałaby się za Internetem (z całą jego amorficznością i anarchicznością) natomiast romantyczna jej część opowiedziałaby się właśnie za lądowaniem na Księżycu. To wydarzenie ma rangę niezwykłego porywającego symbolu. Wymagało ono sprostania takim wyzwaniom, pokonania tylu trudności, że można je uznać nie tylko za triumf rozumu, ale i triumf woli.

Tło kosmicznego wyścigu

W latach 50. dla specjalistów było jasne, że rozwijająca się właśnie technologia balistycznych pocisków rakietowych pomyślanych głównie do przenoszenia ładunków jądrowych i termojądrowych może być wykorzystana do eksploracji Kosmosu. Takie plany istniały i były deklarowane zarówno po stronie amerykańskiej jak i rosyjskiej. Jednak prawdziwe emocje o globalnym zasięgu zaczęły się dopiero, gdy doszło do realizacji tych wizji. Zaczęło się od niemiłego zaskoczenia, wręcz szoku, jaki przeżyli Amerykanie w wyniku sukcesu, jaki odnieśli Sowieci na samym początku nieformalnego kosmicznego wyścigu. Sowieci mieli na koncie pierwszego sztucznego satelitę (Sputnik 1, 1957), pierwszego psa w Kosmosie (Sputnik 2, 1957, Rosjanie dopiero w 2002 ujawnili, że wskutek awarii Łajka zginęła po krótkim czasie), pierwszy program lotów bezzałogowych na Księżyc (Łuna 1-3, 1959, Łuna 1 wskutek awarii stała się pierwszym obiektem, który opuścił pole grawitacyjne Ziemi, Łuna 2 planowo uderzyła w Księżyc, Łuna 3 wykonała pierwsze zdjęcia niewidocznej strony Księżyca, program Łuna był kontynuowany w kolejnych latach), pierwszy załogowy lot kosmiczny (Wostok 1, 1961, Jurij Gagarin). Misja Mercury 3 z Alanem Shepardem odbyła się 23 dni po locie Gagarina, co było gorzką pigułką do przełknięcia przez inżynierów i astronautów z NASA. Te zwycięstwa Sowietów miały znaczenie nie tylko prestiżowe, ale i wojskowe. Stanowiły czytelny dowód na to, że ZSRS stało się pełnoprawnym mocarstwem atomowym dysponującym strategicznym środkiem przenoszenia w formie międzykontynentalnych rakiet balistycznych jako odpowiedzią na amerykańskie bombowce strategiczne B-52. Wyniesienie Sputnika dobitnie pokazało Amerykanom, że sowieckie rakiety są w stanie osiągnąć terytorium USA, natomiast trafienie w Księżyc udowodniło, że mogą one nie tylko dolecieć, ale i precyzyjnie uderzyć w amerykańskie miasta. Administracja USA nie była przygotowana na taką sytuację, analizy wywiadu mówiły, że Sowieci mogą zbudować pierwszy ICBM dopiero za 5 lat. Rosjanie odnieśli jeszcze wiele interesujących sukcesów w Kosmosie w latach 60. i 70., jednak tak naprawdę ich zdolność do przewodzenia w kosmicznym wyścigu zaczęła się wyczerpywać krótko po locie Gagarina.

W 1961 r. nastroje jednak nie były dobre. Sowieci nie mieli znaczącej przewagi technologicznej, ale za to mieli zdecydowaną przewagę psychologiczną. Trzeba było wizjonera, który potrafił wskazać cel i porwać naród do jego realizacji. Wizjonerem tym okazał się 35. prezydent USA John Fitzgerald Kennedy. Przypomnę tu 2 istotne fragmenty przemówień Kennedy’ego. Przemówienie Pilne potrzeby narodowe (Urgent National Needs) do połączonej sesji Kongresu 25.05.61 (po locie Gagarina):

Jeżeli chcemy wygrać bitwę, która toczy się teraz na całym świecie pomiędzy wolnością a tyranią, to dramatyczne osiągnięcia w eksploracji Kosmosu, które miały miejsce w ostatnich tygodniach, powinny nam wszystkim jasno unaocznić, tak jak zrobił to Sputnik w 1957 r., wpływ, jaki te przedsięwzięcia wywierają, na świadomość wszystkich ludzi, którzy próbują dokonać wyboru drogi, którą chcą kroczyć. Od początku mojej kadencji, dokonywaliśmy przeglądu naszej aktywności w dziedzinie eksploracji Kosmosu. Za radą wiceprezydenta, który jest prezesem National Space Council [chodzi o Lyndona Johnsona, późniejszego prezydenta], zbadaliśmy, w czym jesteśmy mocni, a w czym nie; gdzie możemy odnieść sukces, a gdzie nie. Teraz nadszedł czas na uczynienie większego kroku – czas na wielkie nowe amerykańskie przedsięwzięcie – czas, by ten naród zaczął zdecydowanie przewodzić w dokonaniach związanych z eksploracją Kosmosu, która w wielu aspektach jest kluczowa dla naszej przyszłości na Ziemi. (...) Jestem przekonany, że nasz naród powinien zmierzyć się z wyzwaniem, aby przed końcem tej dekady człowiek wylądował na Księżycu i bezpiecznie powrócił na Ziemię. Żaden projekt kosmiczny w tym okresie nie będzie bardziej porywający dla ludzkości ani ważniejszy dla długofalowej eksploracji kosmosu; i ukończenie żadnego nie będzie tak trudne ani tak kosztowne.

If we are to win the battle that is now going on around the world between freedom and tyranny, the dramatic achievements in space which occurred in recent weeks should have made clear to us all, as did the Sputnik in 1957, the impact of this adventure on the minds of men everywhere, who are attempting to make a determination of which road they should take. Since early in my term, our efforts in space have been under review. With the advice of the Vice President, who is Chairman of the National Space Council, we have examined where we are strong and where we are not, where we may succeed and where we may not. Now it is time to take longer strides – time for a great new American enterprise – time for this nation to take a clearly leading role in space achievement, which in many ways may hold the key to our future on earth. (...) I believe that this nation should commit itself to achieving the goal, before this decade is out, of landing a man on the Moon and returning him back safely to the earth. No single space project in this period will be more impressive to mankind, or more important for the long-range exploration of space; and none will be so difficult or expensive to accomplish.)

Przemówienie w Rice University 12.09.62:

Postanowiliśmy polecieć na Księżyc w tej dekadzie i dokonać innych rzeczy, nie dlatego że są łatwe, ale dlatego że są trudne.

We choose to go to the Moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard.)

Od tego momentu temu celowi były podporządkowane kolejne amerykańskie programy załogowych lotów kosmicznych: Mercury, Gemini i Apollo, a także programy bezzałogowych lotów na Księżyc. Po zabójstwie Kennedy’ego w Dallas w 1963 r. słowa te stały się powszechnie akceptowanym w Stanach Zjednoczonych testamentem politycznym tego prezydenta.

Źródłem kosmicznego wyścigu – jak wynika z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego – była walka o prestiż między USA i ZSRS. Wiąże się ona z nowym etapem szerzenia się kultury masowej, czyli upowszechnieniem kolejnych środków masowego przekazu, w szczególności – z szerokim upowszechnieniem telewizji w latach 50. Jak wiele innych przemian kulturowych i społecznych, zjawisko to było początkowo niedostrzegane i niedoceniane. Pierwsze kosmiczne projekty i eksperymenty w latach 50. odbywały się w cieniu tajnych projektów wojskowych, a miłośnicy sf byli główną grupą czekającą z utęsknieniem na początek eksploracji Kosmosu, przy czym przez resztę społeczeństwa byli traktowani jak nieszkodliwi wariaci... Władze po obu stronach były niezwykle ostrożne w kierowaniu zasobów z programów wojskowych na projekty kosmiczne – wydawały się one mniej ważne, mniej realne, zaś ewentualne korzyści wydawały się nieprzekonujące i odległe. Nawet sowieccy specjaliści od propagandy nie od razu docenili potencjał eksploracji Kosmosu. Plany umieszczenia sztucznego satelity na orbicie początkowo traktowano jako ciekawostkę, którą ekscytowali się naukowcy, a pierwszy sztuczny satelita miał być uświetnieniem Międzynarodowego Roku Geofizyki 1957/58. W 1955 r. prezydent Eisenhower poinformował o planach wystrzelenia sztucznego satelity w ramach cywilnego programu Vanguard, a sowiecka delegacja na konferencji w Kopenhadze oficjalnie ogłosiła, że możliwe, iż ZSRS wystrzeli satelitę wcześniej i będzie on cięższy. Tymczasem amerykańskiej opinii publicznej pomysł ze sztucznym satelitą wydał się dziwaczny.

Zupełnie niespodziewanie pierwsze zrealizowane loty kosmiczne – bezzałogowe i załogowe – w jakiś magiczny sposób wyzwoliły masową fascynację i entuzjazm dla eksploracji Kosmosu. Być może był to efekt kumulacji oczekiwań pokolenia wychowanego na sf w połączeniu ze znanym nam z dzisiejszych czasów medialnym szaleństwem. Media upowszechniały naukę i technikę w wersji pop – uproszczonej i lekkostrawnej. Okruchy materii wyniesione przez człowieka w Kosmos nazywano z emfazą „sztucznymi księżycami”, „sztucznymi planetami” (podobnie jak komputery nazywano „mózgami elektronowymi”).

Siłą rzeczy światowe media stały się pełne podziwu dla sukcesów Sowietów. Przy okazji niektórzy zaczęli zastanawiać się, czy obietnice postępu i świetlanej przyszłości składane przez komunistów faktycznie są tylko pustymi słowami. Podczas gdy przed Sputnikiem eksperymenty w ramach amerykańskiego programu Vanguard przechodziły bez szerszego echa, nieudany start zakończony efektowną eksplozją w grudniu 1957 r. wzbudził sensację, a w największych gazetach pojawiły się kpiny typu: Flopnik, Kaputnik, Oopsnik itd. Swoją drogą trudno wyobrazić sobie analogiczną reakcję mediów na porażkę po drugiej stronie żelaznej kurtyny :) W rzeczywistości Amerykanie już w 1954 r. mieli rakiety o wystarczającej mocy i niezawodności do wyniesienia sztucznego satelity w ciągu 2 lat (projekt Orbiter), ale ze względów politycznych i strategicznych nie chcieli, by pierwsze satelity były kojarzone z zastosowaniami wojskowymi (niezależnie od tego, która strona je wystrzeli). Projekt Vanguard był rozwijany na bazie rakiet meteorologicznych a nie przeznaczonych do przenoszenia głowic jądrowych. Sowieci oczywiście nie zawracali sobie głowy chociażby formalnym rozdzieleniem programów cywilnych i wojskowych, ale przynajmniej otwarcie deklarowali pokojowy charakter Sputnika i o to właśnie chodziło. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do roszczeń dotyczących dostępu do przestrzeni kosmicznej na zasadach przestrzeni powietrznej, co z kolei mogłoby na wiele lat zablokować eksplorację Kosmosu.

Dla komunistycznych reżimów agresywna i bezczelna propaganda oraz sterowanie opinią publiczną należały do podstawowych narzędzi władzy. Nic dziwnego, że komuniści szybko zorientowali się w nowej możliwości oddziaływania na świadomość społeczną, jaką stworzyły sowieckie sukcesy w eksploracji Kosmosu, i postanowili maksymalnie tę możliwość wyzyskać. Od tego czasu aż do symbolicznego zakończenia kosmicznego wyścigu sowieckie zespoły zajmujące się eksploracją Kosmosu dostawały ściśle wytyczone cele od władz politycznych, które kierowały się wyłącznie korzyściami propagandowymi. W ten sposób pojawiła się cała seria sowieckich kosmicznych „pierwszeństw”. Były one realizowane w pośpiechu i kosztem ogromnego ryzyka, często ocierały się o propagandowy absurd, a niektóre były kłamstwem, a jednak do dziś – także u nas i na Zachodzie – jest mnóstwo ludzi, którzy z podziwem i nostalgią wspominają Związek Sowiecki i potrafią jednym tchem wymienić te sowieckie kosmiczne sukcesy podmalowane przez ówczesną propagandę tyleż zręczną co bezczelną. Przykładem takiego do dziś uporczywie powtarzanego żałosnego „sukcesu” Sowietów był nieszczęsny pies, Łajka, który w wyniku awarii pojazdu zginął w mękach. Ugotował się po 7 godzinach lotu, a planowo miał zostać humanitarnie uśpiony po 10 dniach zbierania danych, powrót psa nie był planowany. Z technicznego punktu widzenia kłamstwem było pierwsze spotkanie na orbicie w ramach programu Wostok w 1962 r., gdyż był to efekt dokładnie zsynchronizowanych startów a nie manewrowania na orbicie. Manewr spotkania na orbicie (space rendezvous) pierwsi opanowali Amerykanie w ramach programu Gemini i przygotowań do lotu na Księżyc w 1965 r. W amerykańskim systemie nastawionym na efektywność strata zasobów na widowiskowe, lecz bezcelowe z technicznego punktu widzenia, zsynchronizowane starty byłaby nie do pomyślenia. Jednak zauroczona sowieckimi „sukcesami” publiczność na całym świecie nie interesowała się szczegółami technicznymi.

Oddzielnym fenomenem było stanowisko sowieckiego przywódcy, Nikity Chruszczowa. Od momentu, gdy loty kosmiczne stały się propagandowym hitem, nie tylko cieszył się nimi jak dziecko, ale i – zdaniem niektórych historyków – autentycznie uwierzył, że komunizm właśnie odnosi cywilizacyjne zwycięstwo nad kapitalizmem. Jednocześnie był pierwszym, który żądał od swoich biur projektowych kolejnych propagandowych sukcesów za wszelką cenę zamiast solidnej podstawowej pracy naukowej i inżynierskiej. Z punktu widzenia rzeczowych zachodnich obserwatorów (nie obciążonych lewicowym skrzywieniem) liczne wypowiedzi Chruszczowa sprawiały groteskowe wrażenie. Po sukcesie Sputnika i równoległej serii nieudanych startów rakiety Vanguard w ramach amerykańskich prób wyniesienia satelity mniejszego od Sputnika Chruszczow kpił w ONZ, że Sowieci z przyjemnością pomogą Amerykanom w wyniesieniu na orbitę ich „małego grejpfruta” (w ang. źródłach little grapefruit) w ramach programu ONZ pomocy krajom rozwijającym się. Z kolei po okrążeniu Ziemi przez Gagarina i locie suborbitalnym Sheparda Chruszczow nazwał amerykańską misję zwykłym skokiem pchły (w ang. źródłach a mere flea hop). Jest jasne, że Kennedy traktował program Apollo przede wszystkim w kategoriach politycznych, jednakże nie ma w tym porównania z Chruszczowem, dla którego program kosmiczny był politycznym ciężkim działem. Kosmiczna obsesja Chruszczowa połączona z chaosem panującym w sowieckim programie kosmicznym była jednym z istotnych czynników (czy też pretekstów), które doprowadziły do odsunięcia go od władzy.

W Polsce do dziś propagowana jest – pewnie nie bez udziału razwiedki – lewicowa narracja, według której Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki to byli w czasach zimnej wojny przeciwnicy nie różniący się pod względem oceny moralnej. W wersji hard tej narracji to USA było i jest głównym źródłem zła na świecie. Nawet jeśli przyjąć łagodniejszą wersję mówiącą o moralnej równorzędności Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego a później Rosji, to według lewicowej narracji Polacy z bliżej nie określonych powodów (może ze strachu?) powinni lojalnie wspierać historycznie Związek Sowiecki a obecnie Rosję Putina. Straszy nas jednocześnie ta narracja, że po transformacji systemu Polska przestała być zależna od Rosji, ale za to z własnej woli i na swoją zgubę uzależniła się od USA. Jest to kosmiczna bzdura, choć całkiem sprytny sposób na zamącenie w zbiorowej świadomości polskiego narodu, który przez pokolenia słusznie upatrywał w USA ostoję wolnego świata. Wbrew razwiedce – nie zmieniłem swoich sympatii i w kosmicznym wyścigu zawsze kibicowałem USA na dobre i złe. Mimo uzasadnionych słów krytyki, sportowo oddaję też szacunek rosyjskiej technice. Rosjanie na swój sposób przez cały ten czas desperacko starają się utrzymać w grze.

W kontekście rocznicy lądowania na Księżycu, które faktycznie zakończyło kosmiczny wyścig, a przynajmniej jego najbardziej spektakularny etap, trzeba tu koniecznie podkreślić jakże ważną prawdę o ludzkiej naturze. Okazuje się, że najbardziej niezwykłe osiągnięcia powstają w wyniku ostrej konkurencji. Gdyby USA nie miało przeciwnika zdolnego do nawiązania walki na tym polu, stopniowy rozwój techniki zapewne i tak doprowadziłby kiedyś do lądowania człowieka na Księżycu, ale nie byłoby w tym tego porywającego zogniskowania ludzkiego rozumu, zaradności i woli.

Podstawy lotów kosmicznych

Przestrzeń kosmiczna i jej specyfika

Istnieją rozbieżności dotyczące samej definicji przestrzeni kosmicznej oraz lotu kosmicznego, które jednak nie będą tu szczegółowo roztrząsane. Warto natomiast uświadomić sobie, iż Kosmos w pewnym sensie jest dość blisko (choć nader trudno tam się dostać). Przeciętna średnica i obwód Ziemi to odpowiednio 12,7 tys. km i 40 tys. km (dla porównania: Księżyc – 3,5 i 10,9; Mars – 6,8 i 12,1; Wenus – 12,1 i 38). Ziemia jest nieznacznie spłaszczona i dość gładka – w odniesieniu do poziomu morza średnia wysokość lądów wynosi 0,5 km (max ok. 9 km), a średnia głębokość oceanów 4,5 km (max ok. 11 km). Trzy czwarte powietrza znajduje się w troposferze – dolnej warstwie atmosfery do ok. 15 km. W tej warstwie występują chmury i zachodzi obieg wody w przyrodzie. Wraz z wysokością spada temperatura i ciśnienie – atmosfera staje się bardzo nieprzyjazna. Nad troposferą do 50 km jest stratosfera. Już w dolnej warstwie stratosfery temperatura ustala się na −60°C. Na wysokości 15-18 km niskie ciśnienie powoduje hipoksję – utratę tlenu i w konsekwencji utratę przytomności w ciągu ok. 10 s (aparaty tlenowe stosowane w samolotach w przypadku dehermetyzacji kabiny ratują życie do wysokości 10-13 km). Ciśnienie na wysokości ok. 19 km osiąga wartość, przy której w temperaturze ludzkiego ciała następuje wrzenie wody, ten efekt nazywamy ebulizmem, powoduje on puchnięcie, ale nie powoduje rozerwania tkanek i natychmiastowej śmierci. Powyżej stratosfery w miarę wzrostu wysokości kolor nieba przechodzi przez granatowy do czarnego, pojawiają się gwiazdy. Atmosfera pozostaje widoczna w formie niebieskiej wstążki nad horyzontem. Cząstki bardzo rozrzedzonego powietrza znajdują się jeszcze na wysokościach od 85 km do 2000 km. Temperatura staje się wartością umowną, gdyż w rozrzedzonym powietrzu nie zachodzi wymiana ciepła; nie rozchodzą się także fale dźwiękowe.

Orientacyjne osiągi statków powietrznych pod względem pułapu to: helikoptery – 6 km, samoloty śmigłowe – 7,5 km, samoloty odrzutowe – 15 km, niektóre myśliwce i samoloty bezzałogowe – 20 km, SR-71 – 26 km, niektóre systemy przeciwlotnicze – 30 km, balony meteorologiczne – 40 km. Atmosferę powyżej pułapu balonów bada się za pomocą rakiet badawczych (tzw. rakiety sondażowe, rakiety meteorologiczne). Rakiety sondażowe rutynowo stosowane przez NASA osiągają pułap 100-200 km. ICBM osiągają pułap do 1200 km (środkowa faza lotu – 25 min w przestrzeni kosmicznej).

Umowną granicą między atmosferą Ziemi a przestrzenią kosmiczną jest tzw. linia Kármána na wysokości 100 km (definicja FAI; NASA przyjmuje wysokość 50 mil, czyli 80 km). Na wysokości 100 km ciśnienie atmosferyczne wyonosi 1 Pa (na poziomie morza ok. 1000 hPa, czyli 100 000 Pa), powyżej tej granicy pojęcie ciśnienia atmosferycznego traci zastosowanie. Efekty związane z wejściem do atmosfery z przestrzeni kosmicznej zaczynają się od 120 km i jest to minimalna wysokość dla sztucznych satelitów.

Z przebywaniem w przestrzeni kosmicznej wiąże się szereg fenomenów, spośród których kilka zostanie omówionych. W Kosmosie występuje próżnia związana z brakiem atmosfery. Nie jest to próżnia doskonała (taka nie istnieje), ale jej jakość wielokrotnie przewyższa próżnię możliwą do uzyskania na Ziemi w warunkach laboratoryjnych przy obecnej technice. Ponadto w Kosmosie występuje stan nieważkości (weightlessness, zero gravity, zero-g). Warto zwrócić uwagę, że w istocie w niewielkiej odległości od Ziemi oddziaływanie grawitacyjne Ziemi nie jest znacząco mniejsze niż na jej powierzchni (nieważkość nie jest równoznaczna z brakiem grawitacji). Istnieją specyficzne miejsca, w których w wyniku znoszenia się pól grawitacyjnych nie ma żadnych oddziaływań grawitacyjnych (w pewnym sensie), ale takich miejsc jest w Układzie Słonecznym niewiele. Fizycznie stan nieważkości można rozumieć jako efekt spadku swobodnego. Obiekt na orbicie porusza się ruchem będącym złożeniem spadku swobodnego i ruchu poziomego. Olbrzymia prędkość pozioma jaką otrzymał obiekt znajdujący się na orbicie powoduje, że jego swobodne spadanie w kierunku Ziemi następuje w tym samym tempie, co „cofanie się” powierzchni Ziemi wynikające z jej krzywizny. Ruch orbitalny jest niekończącym się spadaniem.

Interesująca jest kwestia wpływu próżni na organizmy żywe. Nie występują efekty znane z filmów sf takie jak eksplozja czy zamarznięcie ciała astronauty albo zagotowanie krwi. W przypadku nagłej dekompresji (explosive decompression), która jest najgroźniejsza, następuje wyssanie powietrza z płuc oraz gwałtowna hipoksja. Jeszcze gorsze jest pozostanie na wdechu – nim powietrze ujdzie przez tchawicę następuje rozerwanie delikatnej tkanki płuc. W tym czasie można doznać uczucia silnego wysysania powietrza z płuc (ze świstem), uczucia gotowania się płynów na języku oraz uczucia mrozu, szczególnie na ustach i w miejscach wydzielania potu. Utrata przytomności następuje po ok. 10 s, gdy pozbawiona tlenu krew dotrze do mózgu. Ebulizm powoduje puchnięcie, jednak w przypadku przywrócenia ciśnienia w czasie do ok. 30 s objawy ustępują i możliwy jest pełny powrót do zdrowia. Ustanie akcji serca następuje po 1,5 min, a śmierć mózgu po ok. 2 min. Jeśli oddychanie nie jest zakłócone, kończyny mogą być wystawione na próżnię przez dłuższy czas. Występuje ebulizm powodujący ból i puchnięcie, ale po przywróceniu ciśnienia wracają do normy. W 1971 r. w końcowej fazie misji Sojuz 11 na wysokości 170 km nastąpiła dehermetyzacja, po czym w ciągu 112 s nastąpiła całkowita dekompresja i śmierć 3 kosmonautów. W 1991 r. w czasie misji STS-37 miał miejsce przypadek przebicia rękawicy astronauty przebywającego w przestrzeni kosmicznej. Na skutek uderzenia powstała dziura na ok. 3 mm oraz krwawienie. Dłoń astronauty oraz krzepnąca krew zatkały dziurę, tak że nie nastąpiła dekompresja kombinezonu. Co ciekawe, będący pod wpływem adrenaliny astronauta nie zauważył wypadku i wykonał zadanie do końca. Wypadek odkryto dopiero po powrocie do pojazdu. Nie wystąpiły żadne poważne konsekwencje zdrowotne.

Astronautów od próżni oddziela hermetyczna kabina. Podobne rozwiązanie stosuje się w samolotach pasażerskich latających na dużych wysokościach – w kabinie jest utrzymywane właściwe ciśnienie. Przy obecnej technice nie da się natomiast uniknąć stanu nieważkości w Kosmosie. Efektem stanu nieważkości u osoby nieprzyzwyczajonej jest ciągłe wrażenie spadania lub przebywania w pozycji do góry nogami, dezorientacja i niepokój. U połowy osób w trakcie adaptacji do nieważkości podczas pierwszego lotu kosmicznego pojawia się zespół objawów podobnych do choroby lokomocyjnej (np. mdłości itp.) nazywany chorobą kosmiczną (SMS, space motion sickness, SAS, space adaptation syndrome), który zwykle mija po 1-3 dniach. U 10% osób SMS ma ciężki przebieg. SMS po raz pierwszy wystąpił u Giermana Titowa w misji Wostok 2 – pierwszym całodobowym locie kosmicznym. Dopiero pod koniec misji zjadł posiłek, gdyż 2 wcześniejsze próby kończyły się nudnościami lub wymiotami.

Przy długotrwałym przebywaniu w stanie nieważkości następują takie efekty jak atrofia mięśni, demineralizacja kości w dolnej części ciała, co czyni je podatnymi na złamania. Szczególnie niebezpieczne jest zmniejszenie się mięśnia sercowego spowodowane tym, że serce przy zmniejszonym wysiłku pompuje mniej krwi. Konieczne są ćwiczenia 2-3 godziny dziennie, czasem wykorzystując zmyślne urządzenia. Z domowych przyrządów do ćwiczeń na stacji kosmicznej przydałby się ekspander, natomiast hantle byłyby oczywiście nieprzydatne. Ćwiczenia jednak pomagają tylko w pewnym stopniu i nie zapobiegają demineralizacji kości oraz innym zmianom fizjologicznym. Nie dopuszcza się do przebywania w Kosmosie kobiet w ciąży ani do poczęcia w Kosmosie, gdyż stan nieważkości zaburzyłby rozwój płodu. Po powrocie z długotrwałej misji na stacji kosmicznej astronauci nie mogą stać, gdyż na skutek zmniejszonej objętości krwi zemdleliby po kilku minutach. Wszystkie zmiany cofają się całkowicie po kilku tygodniach od powrotu na Ziemię. Nie wiadomo jaki jest krytyczny czas pobytu w stanie nieważkości, który spowodowałby nieodwracalne zmiany. Można jednak zakładać, że pobyt w stanie nieważkości trwający kilka lat jest przy obecnej technice niemożliwy.

Kolejnym problemem jest promieniowanie kosmiczne – naładowane cząstki, których głównym źródłem jest wiatr słoneczny. Promieniowanie kosmiczne jest zjawiskiem naturalnym na Ziemi – w każdej sekundzie przez ludzkie ciało przelatuje kilkadziesiąt naładowanych cząstek (powodując miliony jonizacji). Większość cząstek wiatru słonecznego jest odchylana od Ziemi przez magnetosferę, ich natężenie zmniejsza się też wskutek przejścia przez atmosferę. Poza atmosferą w czasie krótkiej misji orbitalnej astronauta otrzymuje zwiększoną dawkę promieniowania porównywalną z typowym badaniem rentgenowskim. Przy dłuższych misjach ta dawka odpowiednio zwielokrotnia się. Natężenie promieniowania kosmicznego jest jeszcze większe poza magnetosferą oraz zabójczo wysokie w Pasach Van Allena (Van Allen radiation belts)– otaczającej Ziemię pułapce magnetycznej na naładowane cząstki. Jak dotychczas na zagrożenia wynikające z przejścia przez Pasy Van Allena oraz wyjścia poza magnetosferę byli narażeni tylko członkowie księżycowych misji Apollo.

W medycynie kosmicznej rozważa się także psychiczne konsekwencje długotrwałej misji kosmicznej związane z długotrwałym przebywaniem kilku osób w małej przestrzeni przy ograniczonej liczbie zajęć. Problem ten rozważa się szczególnie w kontekście przyszłej misji na Marsa. Dotychczas tego typu problemy nie pojawiły się na dużą skalę, co wynika z tego, że astronauci są selekcjonowani nie tylko pod kątem predyspozycji fizycznych i intelektualnych, ale także pod kątem stabilności emocjonalnej i wysokiej motywacji. Ponadto programy misji zawierają tyle zadań, że są oni prawie cały czas zajęci. Jednak powstawanie napięć podczas długotrwałych misji zostało potwierdzone. Walentin Lebiediew, który w 1982 r. uczestniczył w długotrwałej misji na stacji Salut 7, ujawnił w wydanych wspomnieniach napięcia między nim a jego towarzyszem – w miarę upływu czasu rozmowy między nimi stały się krótkie i wrogie, na stacji zapanował terytorializm. Ogólne trendy w długotrwałych misjach kosmicznych są podobne jak w misjach polarnych i na okrętach podwodnych – po dłuższym czasie poziom interakcji między ludźmi zmniejsza się. Zapewne wszyscy zainteresowani misją na Marsa będą obserwować przebieg ambitnego eksperymentu Mars-500 zorganizowanego przez Rosję, w którym 6 mężczyzn ma przetrwać w kompleksie odizolowanych pomieszczeń o powierzchni ok. 200 m kw. (nie licząc „lądownika”) 500 dni hipotetycznej wyprawy na Marsa. Główna część eksperymentu ma zacząć się w marcu 2010 r.

Prędkości w lotach kosmicznych

Zacznijmy od jednostek. Prędkości dostępne codziennemu doświadczeniu mierzymy w kilometrach na godzinę (km/h), natomiast w lotach kosmicznych mamy raczej do czynienia z prędkościami rzędu kilometrów na sekundę (km/s). Dla lotów kosmicznych w fazie wynoszenia na orbitę oraz powrotu do atmosfery istotne są zjawiska z dziedziny aerodynamiki. W aerodynamice do określania prędkości wykorzystuje się tzw. liczbę Macha, która jest wielkością bezwymiarową określającą stosunek prędkości obiektu do prędkości dźwięku. Ma to praktyczne zastosowanie w lotnictwie, gdyż odniesienie do prędkości dźwięku jest tu często bardziej istotne od bezwzględnej wartości prędkości. W miarę zbliżania do prędkości dźwięku zachowanie powietrza otaczającego samolot podlega zakłóceniom, np. gwałtownie rośnie współczynnik oporu Cx i w pobliżu prędkości dźwięku osiąga maksimum (czasem mówi się o tzw. barierze dźwięku). Pojawia się fala uderzeniowa, która zawsze towarzyszy lotom naddźwiękowym i jest tym silniejsza im szybszy przelot. Z punktu widzenia obserwatora fala uderzeniowa jest głośnym dźwiękiem określanym jako podwójny bang. W wilgotnej atmosferze przy przekraczaniu bariery dźwięku wokół samolotu pojawia się obłok Prandtla-Glauerta (Prandtl–Glauert singularity, osobliwość Prandtla-Glauerta).

Stosowanie liczby Macha może prowadzić do nieporozumień przy przeliczaniu prędkości na tradycyjne jednostki. Tradycyjnie jako prędkość rozchodzenia się dźwięku podaje się wartość zmierzoną na poziomie morza w temperaturze 15°C, która wynosi 1225 km/h (340 m/s). Jednak prędkość dźwięku zmienia się zależnie od temperatury i ciśnienia, a zatem zmienia się wraz z wysokością – mianowicie ze wzrostem wysokości do pewnego momentu zmniejsza się. Jeśli osiągi samolotów odrzutowych pod względem prędkości podawane są w liczbach Macha, to zwykle bierze się pod uwagę prędkość dźwięku na wysokościach 11-25 km, która w tym zakresie wynosi 1062 km/h (295 m/s).

Poruszaniu się z wielkimi prędkościami w atmosferze towarzyszą określone zjawiska. Stąd podział tych prędkości (wg klasyfikacji NASA): poddźwiękowe (subsonic) – od 400 km/h, M<1; okołodźwiękowe (transonic) – 0,8<M<1,2; naddźwiękowe (supersonic) – 1<M<3; wysokie naddźwiękowe (high supersonic) – 3<M<5; hiperdźwiękowe (hipersonic) – 5<M<10; wysokie hiperdźwiękowe (high-hipersonic) – 10<M<25.

Samoloty śmigłowe latają z prędkościami poddźwiękowymi do 750 km/h. Cywilne samoloty odrzutowe zwykle latają z prędkościami okołodźwiękowymi do Ma 0,85 (900 km/h); najszybszy cywilny odrzutowiec Cessna Citation X osiąga Ma 0,92 (wycofane już Concorde i Tu-144 latały z prędkością Ma 2).

Z prędkościami naddźwiękowymi latają obecnie generalnie tylko myśliwce i samoloty eksperymentalne. Orientacyjne osiągi myśliwców pod względem prędkości wynoszą do Ma 1,5 bez dopalania i do Ma 2 z dopalaniem, przy czym dopalanie wykorzystuje się tylko w krótkich fragmentach misji takich jak start z lotniskowca, sytuacja bojowa. Pociski z ręcznej broni palnej wylatują zwykle z prędkościami okołodźwiękowymi i naddźwiękowymi – 300-900 m/s, czyli do Ma 2,6.

Z prędkościami wysokimi naddźwiękowymi latał samolot zwiadowczy SR-71 z silnikami strumieniowymi. Prędkości rakiet powietrze-powietrze, ziemia-powietrze leżą w zakresie Ma 2-5. Przy prędkościach od ok. Ma 2,5 staje się znaczące zjawisko nagrzewania aerodynamicznego (aerodynamic heating) – pojawiają się temperatury, przy których aluminium staje się plastyczne. Np. w SR-71 lecącym z prędkością Ma 3,1 niektóre części nagrzewały się do 315°C. Powoduje to konieczność stosowania specjalnych materiałów, np. tytanu. Zjawisko nagrzewania aerodynamicznego nasila się ze wzrostem prędkości.

W latach 60. odbywały się loty eksperymentalnego samolotu X-15 z napędem rakietowym z prędkościami hiperdźwiękowymi, maksymalnie Ma 6 w 1967 r. W sumie w ramach programu odbyło się ok. 200 lotów, a w kilku z nich pilotem był Neil Armstrong. Oprócz rekordowych prędkości osiągano także rekordowe pułapy, a w 2 lotach przekroczono granicę kosmosu. Obecnie jest w fazie testów silnik scramjet przeznaczony do lotów z predkościami hiperdźwiękowymi a w przyszłości wysokimi hiperdźwiękowymi. W latach 00. odbyło się kilka testów eksperymentalnych bezzałogowych samolotów z silnikiem scramjet, które osiągały prędkości do Ma 9. Spekuluje się, że na wyposażeniu CIA są załogowe samoloty Aurora z silnikami scramjet o pułapie 40 km i maksymalnej prędkości Ma 8. Spekuluje się także, że Rosja opanowała technologię głowic ICMB oraz pocisków manewrujących wyposażonych w silniki scramjet, które mogą manewrować z prędkością Ma 10-15 i są zdolne do uniknięcia ewentualnego przechwycenia. Przy prędkościach hiperdźwiękowych, czyli od Ma 5, zaczyna się zjawisko jonizacji cząsteczek powietrza, a lecący obiekt nagrzewa się miejscami do 1000°C.

Z prędkościami wysokimi hiperdźwiękowymi latają pojazdy kosmiczne oraz ICBM. W przestrzeni kosmicznej odnoszenie się do prędkości dźwięku nie ma praktycznego znaczenia. Znaczenie mają prędkości hiperdźwiękowe osiągane w trakcie wznoszenia i powrotu do atmosfery. W trakcie wznoszenia wysoka hiperdźwiękowa prędkość osiągana jest dopiero na granicy Kosmosu. Aerodynamika hiperdźwiękowa jest natomiast szczególnie istotna w trakcie powrotu do atmosfery (reentry). Pojazd zdolny do wykonania takiego manewru nazywamy pojazdem powrotnym (reentry vehicle), a prędkość, z którą wchodzi on do atmosfery – prędkością powrotną (reentry speed). Przykłady pojazdów powrotnych: wahadłowiec, który w końcowej fazie lotu jest szybowcem, kapsuły powrotne innych pojazdów kosmicznych (obecnie głównie Sojuz), głowice bojowe oddzielone od ICBM. Główne zjawiska aerodynamiczne przy tych prędkościach to nagrzewanie aerodynamiczne oraz fala uderzeniowa powodująca kompresję powietrza przed pojazdem i jego przejście w stan plazmy. Zjawiska te powodują, że na powierzchni zwykłych obiektów wchodzących w atmosferę zachodzi ablacja powodująca, że lecący obiekt ulega zniszczeniu, a mniejsze obiekty całkowicie wyparowują i rozpraszają się w atmosferze. Pojazdy muszą być wyposażone w osłony termiczne. Maksymalna temperatura występuje na wysokości ok. 50 km, a jej wartość zależy od prędkości powrotnej, kształtu pojazdu powrotnego i rodzaju osłony termicznej. Orientacyjne wartości maksymalnej temperatury to 3000°C dla kapsuły powrotnej Apollo, 6000°C dla wahadłowca, 11000°C dla głowic bojowych. Przyjęta w zestawieniu prędkości liczba Ma 25 określająca górną granicę prędkości wysokich hiperdźwiękowych odpowiada typowym sytuacjom powrotu do atmosfery z lotu orbitalnego, czyli 8 km/s. Dla precyzyjnej informacji lepiej jednak w tym zakresie prędkości posługiwać się wartościami bezwzględnymi niż liczbą Macha. W lotach suborbitalnych prędkości powrotne nie przekraczają 8 km/s. Najważniejszym przykładem są tu głowice bojowe, które nie zwalniają całkowicie tylko osiągają cel z prędkością maksymalnie 4 km/s (Ma 12). Typowa prędkość powrotna z niskiej orbity wynosi ok. 8 km/s. W przypadku bezpośredniego powrotu z lotów międzyplanetarnych prędkość powrotna jest jeszcze wyższa. Najwyższa prędkość pojazdu załogowego wystąpiła podczas powrotu kapsuły Apollo 10 – 11 km/s (załoga znalazła się w Księdze rekordów Guinnessa), natomiast najwyższa prędkość powrotna kapsuły bezzałogowej wystąpiła podczas powrotu kapsuły Stardust – 13 km/s. Meteory wchodzą w atmosferę z prędkościami od 12 km/s do 72 km/s, przy czym prędkości rzędu kilkudziesięciu km/s charakteryzują obiekty docierające do Ziemi z przestrzeni międzygwiezdnej.

Orientacyjne zestawienie prędkości w różnych jednostkach:

  • samolot śmigłowy Cessna 172, prędkość przelotowa – 226 km/h
  • lepsze helikoptery, prędkość maksymalna – 300 km/h
  • samolot pasażerski śmigłowy ATR 72, prędkość przelotowa – 500 km/h
  • samolot pasażerski odrzutowy Boeing 747 (Jumbo Jet), prędkość przelotowa – 900 km/h – Ma 0,85 (11 km)
  • dźwięk na wysokościach 11-25 km – 1062 km/h – 295 m/s – 1 Ma (11 km)
  • dźwięk na poziomie morza – 1225 km/h – 340 m/s – 1 Ma (0 km)
  • pocisk z pistoletu CZ 75, prędkość początkowa – 1440 km/h – 400 m/s – Ma 1,18 (0 km)
  • samolot myśliwski F-22, prędkość maksymalna bez dopalania – 1900 km/h – 550 m/s – Ma 1,82 (11 km)
  • samoloty myśliwskie F-16, F-22, Su-35, prędkość maksymalna – 2400 km/h – 650 m/s – Ma 2,25 (11 km)
  • samolot zwiadowczy SR-71, prędkość maksymalna – 3700 km/h – 1 km/s – Ma 3,5 (24 km)
  • rakiety systemu PAC-1 – 5300 km/h – 1,5 km/s – Ma 5 (11 km)
  • lot eksperymentalnego samolotu X-15 w 1967 r., prędkość – 7273 km/h – 2 km/s – Ma 6,25 (58 km)
  • lot eksperymentalnego bezzałogowego pojazdu X-43A w 2004 r., prędkość – 10300 km/h – 3 km/s – Ma 9,7 (11 km)
  • ICBM, prędkość głowicy w chwili osiągnięcia celu (maksymalnie) – 14400 km/h – 4 km/s – Ma 12 (0 km)
  • prędkości wahadłowca wracającego do atmosfery z niskiej orbity
    • 120 km (0 min)– 28400 km/h – 7,9 km/s
    • 90 km (5 min) – 28800 km/h – 8 km/s
    • 61 km (15 min) – 19800 km/h – 5,5 km/s
    • 55 km (18 min) – 13000 km/h – 3,6 km/s
    • 30 km (23 min) – 4400 km/h – 1,2 km/s
  • prędkość powrotna kapsuły Apollo 10 wracającej z orbity Księżyca – 39900 km/h – 11 km/s
  • prędkość powrotna kapsuły Stardust wracającej ze spotkania z kometą Wild 2 – 46500 km/h – 13 km/s
  • prędkość obiektu z przestrzeni międzygwiezdnej wchodzącego w atmosferę Ziemi – 260000 km/h – 72 km/s (prędkości meteorów wchodzących w atmosferę Ziemi leżą w zakresie od 12 do 72 km/s)
  • średnia prędkość wiatru słonecznego w pobliżu Ziemi – 450 km/s (od 200 do 890 km/s)