Humor i satyra. Tu nie ma tematów tabu ani świętych krów. Przełamujmy zmowę milczenia. Zdemaskujmy i zniszczmy kamarylę. Nadchodzi kontrrewolucja.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 lipca 2010

„Prawda” z Czerskiej

Jak wiadomo, w Warszawie na ulicy Czerskiej mieści się siedziba koncernu medialnego Agora. Powstały już książki na temat zła i kłamstwa, które skaziło i wypaczyło rodzącą się w Polsce wolność, a którego źródłem był Adam Michnik, jego koledzy, Gazeta Wyborcza i wyrosły wokół niej koncern Agora. Agora od wielu lat wydaje drugi dziennik, darmowe Metro. Kłamstwa i manipulacje są w nim uskuteczniane równie gorliwie jak w głównej gazecie.

Dlaczego przypominam o tym przed ciszą wyborczą? Można bez końca wymieniać powody, dla których Jarosław Kaczyński jest przynajmniej o klasę lepszym kandydatem na prezydenta Polski od Bronisława Komorowskiego. Wiemy też coraz lepiej, jak precyzyjnie prowadzony był projekt upodlenia naszego narodu, właściwie już od czasu pierwszej Solidarności, byśmy doszli do dzisiejszego dnia, gdy wszystko wskazuje na to, że naprawdę tak beznadziejny kandydat, z tak szkodliwej i zdradzieckiej formacji jak Platforma Obywatelska, ma w tych wyborach mniej więcej równe szanse z kimś takim jak Jarosław Kaczyński. Ja szczególnie mocno w pamięci mam jeden powód z tych tysięcy, dla których Jarosław Kaczyński jest dla Polski lepszy. Tym powodem jest pragnienie prawdy w życiu publicznym.

W drugiej debacie Jarosław Kaczyński szczególnie dobitnie podkreślił, jak ważne jest prowadzenie w Polsce polityki opartej na prawdzie. Tymczasem kłamstwo i manipulacja, prowokacja i zdrada, towarzyszą Bronisławowi Komorowskiemu na każdym kroku, są esencją jego kampanii wyborczej.

Wrócę dzisiaj do sprawy zakłamanych sondaży podawanych przez media wrogie Polsce takie jak właśnie gazety Agory, czy prywatne telewizje, w których Komorowski ma przyjaciół, czyli TVN i Polsat. Zakłamane były sondaże przedwyborcze jak i sondażowe wyniki wyborów. Co jest celem tego kłamstwa? Osłabienie woli zwycięstwa u Kaczyńskiego i jego sympatyków? Wywołanie na rzecz marszałka tzw. „efektu kuli śniegowej”? A może przykrycie fałszerstwa wyborczego? Każda z tych możliwości może być trafna. Wracam do tego dzisiaj, bo chciałbym, by pewne moje spostrzeżenie pozostało w przestrzeni publicznej (choćby w niszy), a po wyborach sprawa będzie miała już znaczenie wyłącznie historyczne.

W powyborczy poniedziałek 21.06.10 na jedynkach polskich dzienników pojawiły się informacje o wynikach wyborów. W chwili oddawania gazet do druku PKW jeszcze obliczała głosy więc pole do manipulacji było nadal otwarte. Redaktorzy Metra wykorzystali ten fakt przy użyciu całej pełni swojej nikczemnej wyobraźni. Artykuł na pierwszej stronie był podpisany nazwiskiem i pseudonimem: Mariusz Jałoszewski, akar. Z kolei grafika z wynikami wyborów była podpisana nazwiskami: S. Kamiński, W. Olkuśnik. Dodajmy jeszcze, że Metro jest czytane bardzo pobieżnie, częściej właściwie tylko przeglądane, w drodze do pracy, w środkach komunikacji. Nikt tej gazety nie studiuje dokładnie, a autorzy biorą to pod uwagę przy układaniu swoich manipulacji.

Metro, 1 strona, sondażowe wyniki I tury

Obr. 1. Wynik I tury wyborów według Metra. Tak to wygląda przy szybkim przeglądaniu. Rzuca się w oczy wysoka, około 10%, różnica między wynikiem Kaczyńskiego i Komorowskiego według wszystkich prognoz.

Metro, sondażowe wyniki I tury, objaśnienia małym druczkiem

Obr. 2. Wynik I tury wyborów według Metra. Tylko nieliczni, którzy zdecydują się wczytać w to, co napisano „małym druczkiem”, mają szansę spostrzec zaskakującą układankę wykonaną z wyników prognoz.

bogowie i przedmioty, przykładowe ćwiczenie typu połącz liniami

Obr. 3. W dziecięcych łamigłówkach i w ćwiczeniach szkolnych dla początkowych klas często można spotkać się z zadaniem typu „połącz liniami”.

Metro, sondażowe wyniki I tury, widoczna manipulacja

Obr. 4. Redaktorzy Metra na pierwszej stronie zamiast logicznego zestawienia danych z prognozowanymi wynikami wyborów zamieścili łamigłówkę. Tylko najbardziej dociekliwi czytelnicy mieli szansę spostrzec, że różnica między kandydatami według prognozy TNS OBOP (zresztą jedynej trafnej!) wynosi tylko 5,4%. Łamigłówka zawierała dodatkowe utrudnienia: jedną z błędnych par uwypuklono czerwonym kolorem (sugerując różnicę ponad 10%), a czcionkę podpisów tak dobrano, by zniechęcić do wczytywania się w nią.

środa, 23 czerwca 2010

Po I turze - spostrzeżenia i zalecenia

Dlaczego cel nie został osiągnięty?

Muszę odnieść się do postulatu, który wyraźnie stawiałem w okresie kampanii wyborczej przed I turą: „W tych wyborach ważne jest zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w I turze dużą większością głosów.” Wobec tego czuję się zobowiązany do próby odpowiedzi na pytanie: Dlaczego ten cel nie został osiągnięty? Zanim podam swoją odpowiedź, chciałbym wyraźnie powiedzieć, jakie przyczyny niepowodzenia odrzucam lub pomijam. Należy odrzucić wszelkie wyjaśnienia, które traktują polskich wyborców en bloc jako złych, nierozumnych lub intelektualnie gnuśnych, wreszcie zastraszonych i uległych. Piszę o tym wyraźnie, bo istnieje pokusa prostych emocjonalnych osądów. W tym opracowaniu zasadniczo pomijam kwestię manipulacji i oszustw wyborczych, której ewentualnie należałoby przyjrzeć się oddzielnie.

wybory prezydenckie 2010, wyniki I tury

Obr. 1. Wyniki I tury wyborów prezydenckich 2010

Analizując postawę społeczeństwa, należy przede wszystkim zadać sobie pytanie, o co walczymy. Przecież w ostatecznym rozrachunku nie chodzi w tej walce o PiS czy o Jarosława Kaczyńskiego, pozostając z ogromnym szacunkiem dla politycznych dokonań tej formacji i jej lidera. Jeśli Polska jest dla nas tak ważna, to przecież nie ze względu na nasze pola i miasta, nie chodzi o nasz piękny język, ani nawet o dziedzictwo naszej wspaniałej historii. To wszystko ma sens tylko pod warunkiem istnienia i zaangażowania tych milionów ludzi, którzy tu mieszkają, mówią po polsku i choć trochę tę historię znają. Bez tych ludzi atrybuty polskości byłyby martwe i straciłyby swoje znaczenie. I to ci ludzie muszą zdecydować, czy w ogóle te atrybuty polskości są jeszcze dla nich istotne, a jeśli tak, to w jakim stopniu, czy są na przykład gotowi do pewnych poświęceń dla polskości. Nie możemy się stawiać ponad zwykłymi Polakami. Musimy raczej wspólnie z nimi zastanowić się, co dalej z naszą polskością i czy chcemy, by władzę absolutną dzierżyła formacja, której lider uważa, że „polskość to nienormalność”.

panorama terytorium Polski na podstawie widoku z satelity

Obr. 2. Panorama terytorium Polski na podstawie widoku z satelity [źródło: Księgarnia Atlas]

Wynik I tury wyborów prezydenckich 2010 daje pewien obraz kondycji naszego społeczeństwa. Musimy spróbować przyjrzeć się tej kondycji. Przy takiej ocenie-analizie bardzo łatwo jest popełnić prosty błąd. Osoby politykujące mają mocno sprecyzowane poglądy na polską politykę i najczęściej ogólnie znany standardowy zestaw argumentów na poparcie tych poglądów. Obie strony przez lata sporów toczonych prywatnie, publicznie czy przez Internet, wykrystalizowały swoje argumenty i poznały argumenty przeciwnika. Spory przez to stają się powoli trochę nudne, przewidywalne, rytualne. Możliwy błąd przy ocenie wyborców polega na prostym przeniesieniu dobrze sobie znanego sporu politycznego na wszystkich wyborców i przyjęcie założenia, że cały elektorat danego kandydata zna i podziela obowiązującą w danym czasie linię polityczną.

Spośród ok. 17 mln osób, które wzięły udział w wyborach prezydenckich 2010 można wyróżnić sporą liczbę osób o dobrze zdefiniowanych sympatiach politycznych. Jest to ogromna zróżnicowana wewnętrznie grupa. Spróbuję dokonać teraz krótkiej analizy tej grupy, wyróżniając w jej ramach pewne grupy szczegółowe. Pierwszą grupę wśród ludzi o jasno określonych sympatiach politycznych stanowią oczywiście zawodowi politycy i osoby zaangażowane w politykę, czyli kilkaset tysięcy członków różnych partii i może drugie tyle osób bezpartyjnych, których interesy ściśle zależą od koniunktury politycznej. Dodajmy ich najbliższe rodziny i otrzymamy grupę liczącą jakieś 2 mln ludzi, których można umownie nazwać określeniem insiders. Następną grupę stanowią ludzie dbający o swoją wiedzę i w miarę uporządkowany światopogląd, których życie codzienne nieco wykracza poza pracę i typowe rozrywki. Siłą rzeczy ludzie z tej grupy mają wykrystalizowane poglądy a ewentualna zmiana nie jest prosta – jest światopoglądową rewolucją poprzedzoną zwykle długim procesem narastania wątpliwości i poszukiwań. Tę grupę nazwijmy umownie intelektualistami. Kolejna grupa to ludzie chętnie politykujący prywatnie, czy to w realu, czy w Internecie – umownie: amatorzy. Amatorzy i intelektualiści mają część wspólną, lecz wszystkich amatorów jest dużo więcej niż intelektualistów. Większość amatorów ma dość płytką wiedzęna temat wydarzeń politycznych, ich poglądy nie mają mocnych podstaw merytorycznych, biorą oni argumenty wprost ze środków masowego przekazu, a przy tym ten masowy przekaz traktują dość dosłownie. Brak im krytycznego podejścia do napływających informacji, często poważnie traktują tzw. „autorytety”, np. aktora czy piosenkarza, który demonstracyjnie opowiada się za daną opcją polityczną. Amatorzy często bardzo mocno emocjonalnie angażują się w dyskusje na rzecz opcji politycznej, z którą sympatyzują. Na pograniczu umownych intelektualistów i amatorów sytuuję blogerów politycznych. Intelektualiści i amatorzy to w sumie najwyżej 2-3 mln ludzi. Wprowadzę jeszcze jeden umowny termin na określenie wszystkich osób o dobrze zdefiniowanych sympatiach politycznych łącznie (czyli trzech wymienionych grup szczegółowych łącznie). Osoby te nazwę aktywnymi politycznie, a krótko będę o nich mówić: aktywni, ich przeciwieństwo to nieaktywni politycznie, czyli milcząca większość. Podsumowując to robocze oszacowanie: mamy 38 mln mieszkańców, w tym 31 mln uprawnionych do głosowania. Z tego 20 czerwca w wyborach wzięło udział 17 mln ludzi, a 14 mln nie skorzystało z tego prawa (frekwencja 55%). Dalej, posługując się przyjętym przeze mnie nazewnictwem, z 17 mln wyborców ok. 5 mln to aktywni politycznie, którzy podjęli decyzję wyborczą świadomie, kierując się swoim interesem lub silnym i jako tako umotywowanym przekonaniem (dla uproszczenia przyjmuję, że wszyscy aktywni konsekwentnie głosują); pozostałe 12 mln głosujących wyborców to ludzie nieaktywni politycznie.

Podkreślmy bardzo wyraźnie: większość dyskusji na argumenty, jakie by one nie były, cała ta nieustająca polityczna walka ostatnich lat toczy się w ramach co najwyżej 5 mln ludzi (myślę, że ta liczba prędzej jest przeszacowana niż niedoszacowana). W toku tych dyskusji zostały już nakreślone pewne pola dyskusji, punkty odniesienia, wspólny kod pojęciowy. Jeśli przykładowo pada hasło Cimoszewicz-Jarucka, to u osoby należącej do tych umownych 5 mln pojawiają się określone skojarzenia niezależne od tego, z którą opcją polityczną ta osoba sympatyzuje. Pojawia się więc skojarzenie z atmosferą wyborów 2005 roku, splotem interesów i konfliktów między głównymi siłami politycznymi: SLD, PO i PiS, przypomina się podstępny atak i dziwna kapitulacja, wreszcie wyłaniają się z pamięci narracje poszczególnych stron biorących udział w tym wydarzeniu. W tym kontekście jawi się nasza ocena tych narracji i ewentualne przyjęcie jednej z nich za prawdopodobną. Dla pozostałych Polaków hasło Cimoszewicz-Jarucka jest całkowicie puste. Jeśli nie wierzycie, to zróbcie eksperyment i zapytajcie o skojarzenia kilka osób, o których wiecie, że nie należą do aktywnych – nie należą do żadnej partii, nie pracują na kierowniczym stanowisku w administracji lub w korporacji, nie blogują, ani nie politykują namiętnie w innej formie. Możecie – tak jak ja – powiedzieć żartem, że robicie prywatną ankietę czy sondaż. Taka osoba w najlepszym przypadku będzie kojarzyła Cimoszewicza jako prominentnego polityka lewicy, który kiedyś pełnił jakąś ważną funkcję, a obecnie sytuuje się politycznie gdzieś na pograniczu SLD i PO. Jedna z indagowanych przeze mnie osób przyznała, że Cimoszewicza kojarzy z pełnioną kiedyś jakąś wysoką funkcją w państwie, i że ze zbliżonego kręgu oraz czasów kojarzy Mazowieckiego czy Oleksego.

Terra Incognita

Obr. 3. Terra incognita [źródło: Mouse-eater on deviantART]

Pewnie widać już, do czego zmierzam. Te 12 mln wyborców to terra incognita. Choćbyśmy stawali na głowie, to nie ma prostej metody, by do nich dotrzeć, wyłożyć im prawdę o stanie polskich spraw i przekazać naszą przejmującą troskę o przyszłość kraju. Problemem jest samo zainteresowanie ich dyskursem politycznym i przezwyciężenie barier pojęciowych. Do wielu z nich najłatwiej trafiają sensacje i skandale, łatwo ulegają stereotypom, a nie mają oni czasu i ochoty, by walczyć ze swoimi stereotypami. Do argumentów ważnych dla sporej części tej grupy należą kwestie obyczajowe i podejście do Kościoła. W latach dekoniunktury i ubożenia najważniejsze stają się kwestie ekonomiczne. Zwykli ludzie chcą bowiem przede wszystkim realizować swoje materialne aspiracje – mieszkanie, samochód, atrakcyjne wakacje; mieć pracę, ale też w miarę możliwości uniknąć konieczności pracy ponad siły.

W Polsce został przygotowany i dopracowany medialno-polityczny aparat, który pozwala sprawnie przekierowywać frustracje tych milionów wyborców tak, aby prawdziwe elity władzy trwały niezmiennie na swoim miejscu. Poszczególne osoby i projekty polityczne pełnią funkcję przedmiotową w politycznym teatrze. Klasycznym przykładem jest teatralny – jak okazało się po latach – wybór w 1995 między dwoma agentami SB, Wałęsą a Kwaśniewskim. A był to wybór, który wzbudził największe społeczne emocje w ciągu tych 21 lat – frekwencja w II turze wyniosła 68%. Innym klasycznym przykładem politycznego teatru jest UW – partia, która stopniowo przepoczwarzyła się w PO, a jednocześnie zachowała odłam równolegle lansujący projekty określane jako lewicowe (PD, później LiD), przy czym wszystkie te projekty funkcjonowały w ramach jednego kręgu interesów (wskazówka: poparcie udzielane temu kręgowi przez Gazetę Wyborczą). Kolejny przykład to chowanie i wyciąganie Lecha Wałęsy w zależności od bieżących potrzeb. W kluczowych momentach łatwo zauważyć zbieżność interesów wszystkich wymienionych frakcji. W ostatnich latach dobrze to widać we wspólnych i dopełniających się atakach na PiS.

Wyborca należący do grupy nieaktywnych zwykle łatwiej zmienia sympatie polityczne niż aktywny, ale jednocześnie jest w zasadzie poza zasięgiem naszego oddziaływania. Manipulacje mediów, choć dziś czytelne jak nigdy dotąd, w odniesieniu do nieaktywnych są nadal skuteczne. Dlatego właśnie są stosowane, nawet kosztem zdemaskowania i ośmieszenia całego oficjalnego przekazu w oczach bardziej świadomych odbiorców. Chodzi o to, że grupa aktywnych ma przekonania w dużej mierze autonomiczne. Osób o sympatiach pro-PO nie zniechęci nawet największa kompromitacja mediów, gdyż dla nich jest to po prostu wkład w zwycięstwo słusznej sprawy. Osoby o sympatiach pro-PiS są całkowicie zdystansowane od oficjalnego przekazu i zabieganie o ich sympatię jest traktowane jako bezcelowe, czyli zbędne. Stosuje się jedynie praktyki godzenia w morale sympatyków PiS przez poniżanie ich za pomocą przekazu w stylu Palikota, Wojewódzkiego czy Szkła kontaktowego i jego wiernych widzów zabierających głos na antenie, ale to już inny temat.

Motywy, które kierują elektoratami poszczególnych stronnictw politycznych, są oczywiście złożone, elektoraty te mają też określoną strukturę. Nie wchodzę w tym miejscu w te szczegóły, bo chodziło mi głównie o zademonstrowanie immanentnych trudności związanych z wymianą elit rządzących w ramach demokratycznego porządku. Trudności te mają zresztą charakter uniwersalny wykraczający poza dzisiejszą Polskę. Kwestię wymiany elit rządzących można jeszcze bardziej uogólnić. Elity rządzące w każdym miejscu, epoce i systemie politycznym mają tendencję do degeneracji przy jednoczesnym konserwowaniu systemu i próbach utrzymania się przy władzy za wszelką cenę. W kolejnych epokach zmieniają się tylko nazwy i metody, rośnie oczywiście stopień komplikacji systemu.

Znaleźliśmy się w punkcie, w którym starania części aktywnych – wyborców jednego stronnictwa politycznego – zbiegły się z procesami odnowy polskiego narodu trwającymi od dobrych kilku lat. Przejawem tych procesów był już pierwszy okres rządów PiS, które znacząco zmieniły dość zabetonowany do 2005 układ władzy w Polsce. Dziś aż trudno uwierzyć, że wcześniej pojawienie się w mainstreamie jakiegokolwiek newsa nieaprobowanego przez Michnika było praktycznie niemożliwe, że przez tyle lat obce służby mogły oficjalnie panoszyć się w sercu polskiego państwa pod płaszczykiem WSI. Osiągnęliśmy więc niemało. Ten proces odnowy został zachwiany w 2007 roku przez zmasowane działanie broniącego się układu, ale uzyskał nowy potężny impuls po katastrofie w Smoleńsku.

Mieliśmy nadzieję i całym sercem wierzyliśmy, że nadszedł czas, by polski naród już teraz, w I turze tych nadzwyczajnych wyborów prezydenckich, głośno i zdecydowanie przemówił własnym głosem, odrzucając zdegenerowane elity władzy, stąd postulat zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego w I turze. Danie Kaczyńskiemu tak silnej legitymacji społecznej bez najmniejszych wątpliwości miałoby wielką wagę zarówno dla porządkowania spraw wewnętrznych, jak i dla zewnętrznych potęg, które są zainteresowane ingerowaniem w nasze sprawy. Krótko mówiąc, władza w Polsce zostałaby zmuszona do większego uwzględniania w swoich planach interesów zwykłych ludzi i zaniechania osłabiającej państwo wojny z opozycją, a kraje zewnętrzne zostałyby zmuszone do większego liczenia się z interesem Polski w swoich kalkulacjach. Na takie rozwiązanie system okazał się jeszcze zbyt silny, a dynamika procesów społecznych w Polsce jeszcze za słaba.

Co osiągnęliśmy w I turze?

Przed I turą wyborów prezydenckich 2010 obie strony miały wygórowane oczekiwania. System wspierał swojego kandydata, Bronisława Komorowskiego, za pomocą mediów i części sondaży. Oficjalne sondaże publikowane przez TVN24 i Gazetę Wyborczą okazały się księżycowe. Na 2 dni przed wyborami dawały Komorowskiemu od 15% do 18% przewagi nad Kaczyńskim, co należy zestawić z 5% przewagi osiągniętej w wyborach. To bardzo duży błąd. A Gazeta Wyborcza zachęcała: „Gdyby takim wynikiem skończyło się głosowanie, to zamiast walki przed drugą turą zaczęłyby się wakacje.” Brzmi efektownie, ale od kiedy wynik wyborczy Komorowskiego ma decydować o czyichś wakacjach, z wyjątkiem jego własnych i ewentualnie jego ludzi? Czy Gazeta Wyborcza już oficjalnie robi za biuletyn PO?

Trzeba przyznać, że były też dostępne w mediach trafne sondaże, np. w TVP. Ciekawe jest to, że wiele nieoficjalnych sondaży, w tym wiele internetowych, dawało bardzo dużą przewagę dla Jarosława Kaczyńskiego. W tym przypadku trudno mieć zastrzeżenia, gdyż sondaże te nie rościły sobie pretensji do reprezentatywności (z jednym wyjątkiem, który stanowi Społeczna Inicjatywa Sondażowa), do jakiej są zobowiązane firmy przeprowadzające oficjalne sondaże.

Mamy do czynienia z sytuacją, w której przeważająca część mediów jest stronnicza na rzecz systemu. Nie jest to nic nowego. System od 21 lat w ten sposób zwalcza siły patriotyczne, wymyślając przy tym dla nas coraz nowsze obelgi: oszołomy, ciemnogród, zwierzęcy antykomuniści, genetyczni patrioci, ostatnio: moherowe berety czy mohery. Zmiana polega na tym, że do 2005 do mainstreamu nie miało prawa przebić się nic, co zakłócałoby ten przekaz, a zatem stronniczość mediów dla niezorientowanej osoby była praktycznie niezauważalna.

Po roku 2005 zmieniło się bardzo wiele. Już w 2005 redaktorem naczelnym Gazety Polskiej został Tomasz Sakiewicz. Po zmianie redaktora naczelnego Rzeczpospolitej z Grzegorza Gaudena na Pawła Lisickiego w 2006, gazeta ta z wtórnika Gazety Wyborczej przekształciła się w świetną i obiektywną gazetę. Świeży powiew wniósł początkowo po swoim powstaniu w 2006 Dziennik, który na stronach redakcyjnych z udawaną bezstronnością wspierał Tuska, ale dopuszczał też do głosu wielu publicystów niepoprawnych polityczne, jak choćby Macieja Rybińskiego. W telewizji mimo gwałtownych reakcji systemu pojawił się zupełnie nowy przekaz: kultowe programy Pod prąd, Misja specjalna, programy Pospieszalskiego, Wildsteina, Sakiewicza – to była nowa jakość. Katalizatorem zmian w świadomości społecznej jest też Internet. Nie da się już przemilczeć Nocnej zmiany, każdy z pomocą Internetu może łatwo dotrzeć zarówno do tego filmu, jak i do wielu wielu innych filmów demaskujących system. Mamy więc sytuację, w której stronniczość mediów staje się faktem dość łatwo dostrzegalnym. Dostrzeżenie tego faktu nie wymaga już długotrwałych poszukiwań, a tylko pewnej intelektualnej odwagi, wyjścia z utartych kolein myślowych.

Wspomniana wcześniej dynamika zmian społecznych oraz opisywane tutaj stopniowe przełamywanie monopolu mediów znajduje swoje odzwierciedlenie w wynikach wyborów. Przyjrzyjmy się na spokojnie liczbom bezwzględnym, by zrozumieć jak wielu Polaków wewnętrznie przełamało już propagandowy ucisk systemu oraz dostrzec, że – wbrew propagandzie – jest to proces wzrostu, a czas działa na naszą korzyść.

Liczba głosów na partie i kandydatów na prezydenta w milionach

wybory parlamentarne 2005: frekwencja – 40%; PiS – 3,2; PO – 2,8

wybory prezydenckie 2005, I tura: frekwencja 50%; Lech Kaczyński – 4,9; Donald Tusk – 5,4

wybory prezydenckie 2005, II tura: frekwencja 51%; Lech Kaczyński – 8,3; Donald Tusk – 7,0

wybory parlamentarne 2007: frekwencja – 54%; PiS – 5,2; PO – 6,7

wybory prezydenckie 2010, I tura: frekwencja 55%; Jarosław Kaczyński – 6,1; Bronisław Komorowski – 7,0

Zasadnicza część tego przyrostu od 3,2 mln zwolenników PiS w 2005 do 6,1 mln głosów oddanych na Jarosława Kaczyńskiego w 2010 to przyrost nie w grupie aktywnych, a w tej wielomilionowej szarej masie nieaktywnych, o których w gruncie rzeczy wiemy niewiele. Jest to wynik bardzo znaczący wobec faktu, że PiS jest partią antysystemową, z którą walczą wszyscy. Jako pierwsi nowy przekaz polityczny przyjmują osoby najbardziej intelektualnie odważne i otwarte. Proces zmian nie objął jeszcze tzw. lemingów, które najlepiej czują się w stadzie. Gdy to nastąpi, proces ten może przyjąć charakter lawinowy. Chcielibyśmy oczywiście, by to nastąpiło jak najszybciej. Jest to szczególnie ważne w warunkach ewidentnej dekoniunktury w zakresie bezpieczeństwa międzynarodowego. Geopolityczne wakacje się skończyły.

Konsekwencje I tury

Musimy cieszyć się tym, co udało się osiągnąć. Wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez stronę medialno-rządową coraz trudniej będzie im ciągle obrażać wielomilionowy elektorat PiS, wysyłać go do kąta, rozbijać i pacyfikować. Ten elektorat jest polskim ogromnym kapitałem społecznym. To w jego rękach spoczywa dziś dziedzictwo naszej historii i odpowiedzialność za suwerenną Polskę. Naszym obowiązkiem jest wytrwać i sprawić, by coraz więcej Polaków zaczęło rozumieć, że polskość jest wspaniała i zachęcić ich do przejścia na naszą stronę. Byłoby jednak absurdem negowanie politycznych konsekwencji dzisiejszego stanu świadomości społecznej w Polsce takiego, jaki on jest. Nawet jeśli wiemy, że reguły gry są nieuczciwe.

Wybory są równoznaczne z nieodwracalnym podjęciem decyzji przez społeczeństwo w danym momencie i wszystkimi tego konsekwencjami. Polskie państwo można naprawiać albo nie. Nie da się tego przekładać na później, gdy Polacy wreszcie do tego dojrzeją. Kaczyńscy w latach 2005-2007 złożyli Polsce jednoznaczną propozycję: likwidacja wyprowadzania ogromnych pieniędzy z budżetu państwa, uzdrowienie korporacji prawniczej, ujawnienie agentów SB, ukrócenie przywilejów postkomunistów, podmiotowość na arenie międzynarodowej, ambitna reforma finansów publicznych przygotowana przez Zytę Gilowską, reforma służby zdrowia Zbigniewa Religi, bardzo ważne a mniej znane działania na rzecz ujednolicenia systemów informatycznych w administracji publicznej przy jednoczesnej likwidacji patologicznego uzależnienia od wiadomej firmy. W 2007 – niezależnie od szczegółowych analiz wyników wyborów – propozycja ta została jednoznacznie odrzucona. Po historycznym wydarzeniu w Smoleńsku w 2010 towarzyszyła nam tylko jedna myśl przewodnia: zakończyć spory i bratobójcze walki polityczne w imię ratowania suwerenności Polski. Wynik I tury i tym razem nie dał pozytywnej odpowiedzi społeczeństwa.

Daleki jestem od negowania zbiorowej mądrości narodu. Procesy społeczne biegną swoim torem, czy nam się to podoba, czy nie; czy je rozumiemy, czy nie. Prędzej czy później doprowadzą do przemian i konsekwencji, których dziś może nie umiemy przewidzieć. Wbrew propagandzie – to władza sprawowana przez PO prowokuje i nakręca konflikty w naszym społeczeństwie. Dekoniunktura ekonomiczna i rosnąca frustracja może doprowadzić do tego, że wymiana elit nastąpi w sposób bardziej burzliwy niż byłoby to możliwe, gdyby strona medialno-rządowa traktowała społeczeństwo poważnie i nie nadużywała tak bardzo swoich wpływów. A może czekają nas jeszcze inne niewyobrażalne zmiany.

Zalecenia przed II turą

„Kluczem do zwycięstwa, do ostatecznego zwycięstwa, bo te wybory nie są zakończone, jest nasza wiara, nasze przekonanie, że zwyciężyć można i trzeba.” Te słowa Jarosława Kaczyńskiego po zakończeniu I tury wyborów są dobrą ogólną podpowiedzią, jak zachować się w zaistniałej sytuacji.

Musimy jasno zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy nie tyle liczącą się, co wręcz potężną siłą społeczną. Cechujemy się na ogół odwagą w głoszeniu swoich poglądów, jesteśmy wręcz zahartowani w polemicznych bojach z przeciwnikami specjalizującymi się w manipulacjach, pyskówkach i obrażaniu. Kochamy Polskę, swoje rodziny i jesteśmy piękni. Tak, nie bójmy się tego powiedzieć. Wykreowano mit, według którego piękni to np. oślizgły pulpet Michał Figurski lub obleśny dziad Kazimierz Kutz. W programach telewizyjnych mogliśmy poznać tak spokojnych i ciepłych ludzi jak choćby Jan Pospieszalski czy Tomasz Sakiewicz, którzy nie używają brutalnych słów, ani nikogo nie obrażają. Jednak system skupia na nich swoją złość i kreuje ich na wcielenia zła, ludzi pełnych bezrozumnej nienawiści, i wreszcie brzydkich. Nie przypadkiem w prawie każdej relacji telewizyjnej dotyczącej wiecu patriotycznego czy wiecu zwolenników PiS muszą pojawić się ludzie brzydcy, którzy wykrzykują prymitywne obelgi pod adresem obecnej władzy. Ciekawe, że w takich kreacjach specjalizują się „przyjaciele z mediów” – redakcje TVN i Polsat. Cieszę się, że nie udała się prowokacja Palikota w Lublinie. Bardzo wymowne było zdjęcie prowokatora, który pokazywał do obiektywu fucka. Według planu to zdjęcie miało stać się w tej kampanii wyborczej symbolem zwolenników PiS, a stało się symbolem metod, które stosuje PO – twarz zacięta i arogancka, wyciągnięty środkowy palec i całkowity brak skrupułów w stosowaniu brudnych chwytów.

13.04.10, Kraków, Protest przeciwników Lecha Kaczyńskiego

Obr. 4. 13.04.10, protest przeciwników Lecha Kaczyńskiego w Krakowie

09.06.10, Lublin, Prowokacje Palikota na wiecu Jarosława Kaczyńskiego

Obr. 5. 09.06.10, mężczyzna, który miał stać się symbolem agresji zwolenników PiS. Gdy okazało się, że to mogła być prowokacja Palikota, sprawę błyskawicznie wyciszono [źródło: Gazeta Wyborcza]

10.05.10, Warszawa, Marsz Pamięci

Obr. 6. 10.05.10, Marsz Pamięci w Warszawie. Tego mainstreamowe media nie chcą wiedzieć, nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć [źródło: Blogpress.pl]

Będą chcieli nas skłócić, rozbić i zniszczyć. My musimy zachować w sobie coś w rodzaju pozytywnej zawziętości. Ta zawziętość musi być ukierunkowana na osiągnięcie celu nadrzędnego – w pełni suwerennej Polski. Inne sprawy są drugorzędne, dawne krzywdy i urazy schodzą na dalszy plan. Wobec wyniku wyborów w I turze trzeba nastawić się na długi marsz, którego celem jest uzyskanie w przyszłym roku pełnej władzy w Polsce przez zjednoczone siły patriotyczne. Mój postulat zwycięstwa w I turze nie wynikał z arogancji czy chęci spektakularnego pogrążenia przeciwnika. Takie zwycięstwo byłoby oczywiście ważną demonstracją polityczną, o czym wcześniej wspominałem. Chodziło też o pokazanie przez społeczeństwo czerwonej kartki dla stosowania w polityce metod Janusza Palikota. Skoro nam się nie udało, to strona medialno-rządowa będzie czuła się upoważniona do dalszego stosowania tych metod. Wojownicze deklaracje sugerują, że po tamtej stronie jest wielka liczba osób, które lepiej czują się w wojnie na zniszczenie przeciwnika niż w sporach merytorycznych. Oni będą rozgrzewać emocje i dążyć do ostrej konfrontacji, my musimy odpowiadać spokojem i godnością, z wyrozumiałością ludzi mądrzejszych, rozumiejących więcej, patrzących dalej.

Niektórzy po naszej stronie podważają sens zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Mówią, że ten polityk jest lepszy do rządzenia i lepiej, by poczekał do wyborów parlamentarnych, po których będzie prawdopodobieństwo, że zostanie premierem. Według tej koncepcji mała porażka PiS w wyborach prezydenckich może być dobrym punktem wyjścia do walki o zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. To błędna strategia. Po pierwsze kandyduje się po to, by wygrać. Plan B wdraża się po ewentualnej porażce, nie wcześniej. Po drugie władza absolutna Platformy Obywatelskiej stanowiłaby ogromne zagrożenie dla Polski i dla wolności obywatelskich Polaków. Po trzecie (przypominam to) w tej walce nie chodzi o PiS ani o Jarosława Kaczyńskiego, tylko o to, by uczynić z Polski kwitnący i silny kraj. Do tego będzie potrzebna współpraca prezydenta i patriotycznego rządu. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo mógłby zaszkodzić nienawistny i arogancki Komorowski, współpracując z destrukcyjną opozycją i mediami, które nagle przypomniałyby sobie o funkcji kontrolnej w stosunku do rządu.

Po tych zaleceniach ogólnych, chciałbym poświęcić kilka zdań na to, jak powinniśmy formułować pewne konkretne argumenty i reagować na pewne konkretne zarzuty. Nawiasem mówiąc, wcale nie uważam się za osobę cechującą się nadzwyczajną mądrością, by tego rodzaju zalecenia od siebie przekazywać. Te zalecenia to raczej efekt poświęcenia pewnej pracy na zebranie i uporządkowanie rozproszonych argumentów, które uznałem za szczególnie ważne i cenne w dzisiejszej sytuacji.

Na początek zwróćmy uwagę, że argumentacja naszych przeciwników jest starannie przemyślana i podstępna. Jest ona przygotowywana w formie swego rodzaju pułapek. Przykładem jest usilne kierowanie głównego ciężaru politycznych sporów w tej kampanii wyborczej na problem, czy Jarosław Kaczyński się zmienił naprawdę, czy też jego zmiana jest jedynie jakimś diabolicznym planem wymierzonym przeciwko Polsce. Pułapka polega na tym, że samo podjęcie dyskusji na ten temat jest przyznaniem, że spośród polskich polityków Kaczyński jest w jakiś szczególny sposób zobowiązany do zmiany, a może jeszcze lepiej by było, gdyby w jakiś poniżający dla siebie sposób odszczekał swoje dotychczasowe poglądy i może w ogóle zrezygnował z kandydowania w wyborach. Jeśli odpowiemy, że się nie zmienił, to zostanie to potraktowane jako przyznanie się, że próbuje on dojść do władzy na oszustwie. Jeśli odpowiemy, że się zmienił, to zarzucą nam brak konsekwencji i w ogóle po co nam PiS, skoro chce on być drugim PO.

Kluczem do prawidłowej odpowiedzi na to pytanie-zarzut jest zrozumienie przełomowego znaczenia katastrofy smoleńskiej. Oczywiście przeciwnik i tu ma gotowe argumenty. Po pierwsze maksymalnie obniża rangę tego zdarzenia, mimo że była to katastrofa niespotykana dotąd w dziejach, a jej symbolika była wręcz uderzająca. Próbuje się szybko przejść nad tą katastrofą do porządku dziennego, a za całe wyjaśnienie ma nam wystarczyć to, że piloci rzekomo podjęli ciąg bezrozumnych decyzji. Narrację o małym znaczeniu tej katastrofy dopełniają doniesienia o szokujących zaniedbaniach w prowadzonym śledztwie. No, a kto miałby przejmować się niedbałym śledztwem, skoro katastrofa była mało znacząca? Po drugie przeciwnik stosuje szantaż polegający na tym, że każde przypomnienie o tej katastrofie ma być równoznaczne z wykorzystywaniem ofiar do walki politycznej. Temu szantażowi nie możemy się poddać. Możemy odłożyć w czasie rozliczenie winnych zaniedbań poprzedzających katastrofę i zaniedbań w śledztwie dotyczącym katastrofy. Ale mamy prawo przypominać o randze i przełomowym znaczeniu katastrofy smoleńskiej dla polskiej polityki. Każdy Polak miał pełne prawo odczuć wstrząs i przeżyć wewnętrzną przemianę po tym zdarzeniu, tym bardziej miał do tego prawo brat naszego prezydenta. Myślę, że Jarosław Kaczyński zmienił się w tym sensie, że kroczy swoją drogą jeszcze pewniej i patrzy jeszcze dalej w przyszłość niż dotychczas. Nie tylko nie dał się zniszczyć, ale z polityka bardzo dobrego stał się politykiem perfekcyjnym i z pewnością groźnym dla tych, którzy za nic mają polską rację stanu.

IV RP była dobrą odpowiedzią z 2005 roku na nabrzmiałe problemy, które pozostały nam w spadku po reglamentowanej rewolucji 1989 roku. Czas jednak nie stoi w miejscu, priorytety się zmieniają. Katastrofa smoleńska zmieniła Polaków, a dowodu na to nie trzeba szukać. Był nim narodowy tydzień, w którym nasz ból przeżyliśmy z należną powagą i godnością. Strona medialno-rządowa na chwilę zrobiła się jakaś malutka, a jej główni przedstawiciele gdzieś się pochowali. Nadal mam w pamięci niekończące się kondukty, żałobną muzykę i setki tysięcy ludzi na Krakowskim Przedmieściu. Pytanie o to, czy Jarosław Kaczyński się zmienił jest więc źle postawione. Kaczyński daje nam po prostu aktualną odpowiedź na nową sytuację, w jakiej Polska znajduje się dziś, na bieżące problemy i zagrożenia. Tą odpowiedzią jest odrzucenie dawnych sporów na rzecz wspólnych działań na rzecz utrzymania suwerenności Polski.

Kolejny argument przeciwko Kaczyńskiemu polega na karkołomnym żonglowaniu pojęciami prawicy i lewicy. W skrócie brzmi to tak: my (PO/SLD) jesteśmy dobrą prawicą i dobrą lewicą, a oni (PiS) są złą prawicą i złą lewicą. W tej karkołomnej retoryce przymiotniki prawicowy, lewicowy w odniesieniu do PO i SLD mają być pochwałą, a w odniesieniu do PiS – przyganą.

Faktem politycznym stał się niepokojący sukces Napieralskiego. Nie niepokoi mnie to, że polska lewica może znowu liczyć na pokaźne zaplecze w społeczeństwie, ani nawet to, że zakulisowa współpraca PO i SLD może skłonić część wyborców Napieralskiego zorientowaną w tych grach do przepłynięcia do Komorowskiego w II turze. Chodzi o to, że kandydat stosunkowo mało znany, bez predyspozycji do urzędu prezydenta, mógł zostać tak znacząco wylansowany w ciągu tak krótkiego czasu. Zmiana poparcia z kilku do kilkunastu procent w ciągu ok. 2 tygodni jest ściśle skorelowana z jego intensywnym lansowaniem w telewizji. Niepokojąca jest w tym łatwość, z jaką można sterować społeczeństwem. Wynik Napieralskiego można potraktować jako niezwykle udany eksperyment systemu i sygnał, że takie metody będą nadal stosowane i doskonalone.

Pominę dywagacje na temat możliwej struktury elektoratu Napieralskiego. Jest jasne, że trzeba ten elektorat potraktować poważnie. Media chętnie propagują narrację, że Kaczyński kokietuje lewicę czy też stosuje umizgi do Napieralskiego. Słowa kokietować i umizgi są powtarzane często i z naciskiem, gdyż chodzi tu o manipulację językową. Są to usilne próby, by jedynemu poważnemu liderowi politycznemu w Polsce maksymalnie tej powagi ująć, choćby za pomocą rodzaju języka używanego w komentarzach.

Jarosław Kaczyński wypowiedział w Szczecinie słowa niezwykłe: „Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi. Może i po trosze jesteśmy. Dzisiaj zresztą warto używać tego słowa «lewica» właśnie, a nie postkomunizm. Bo stało się coś symbolicznego, zwrócili na to uwagę inni, ale ja to też Państwu powiem. W tej strasznej katastrofie zginęli także ludzie – i to ludzie dojrzali – z tego pokolenia, które było aktywne jeszcze w PRL, z tamtej formacji. I jest w tym coś, co ma wymiar symbolu i dlatego ja dzisiaj będę zawsze już mówił «lewica», nie będę używał tego słowa, którego sam używałem.” Od początku, gdy analizowałem katastrofę w Smoleńsku, nie dawał mi spokoju Jerzy Szmajdziński na liście ofiar. To ktoś z samego rdzenia tej formacji, która przez ostatnie 21 lat uważała się za spadkobiercę PZPR i prawowitego właściciela Polski. Nie ma możliwości, by ktoś z nich świadomie poświęcił Szmajdzińskiego. Ta ofiara realnie zmienia sytuację, ale są jeszcze inne sprawy. Po 21 latach tropienie winnych komunistycznych zbrodni przekształciło się w smutną farsę, ostatni agenci i byli funkcjonariusze SB powoli kończą swoje parszywe żywoty, IPN został brutalnie przejęty przez PO, a społeczeństwo jako całość nie bardzo rozumie, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi. Lech Kaczyński docenił i odznaczył tylu bohaterów Solidarności, ilu zdołał. Jeśli Polska zrobiła tak mało dla historycznej sprawiedliwości, to pozostanie to już na zawsze naszym wstydem wobec przyszłych pokoleń, ale nadrobić tego już się nie da.

Platforma Obywatelska tak bardzo już zaplątała się w żonglowanie terminami prawica i lewica, że lepiej, by to oni tłumaczyli się ze swoich poglądów, które tak skrzętnie ukrywali przez ostatnie lata podczas gdy media lansowały sztuczny termin postpolityka. Chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. Szermują liberalizmem, ale wstydzą się zamiaru sprywatyzowania służby zdrowia i wytaczają w tej sprawie kuriozalny proces („program partii na stronie internetowej jest programem roboczym” – to jakaś kpina). Krytykują PiS za rzekomą lewicowość, ale ich zdaniem to Komorowski ma „naturalne” prawo do głosów lewicowego Napieralskiego, nawet nie musi o nie zabiegać. Dziwne to wszystko.

Trzeba przyznać, że ostatnie lata nie ułatwiały ludziom uporządkowania sobie pojęć prawicy i lewicy. Publicyści w imię realizacji politycznych zamówień miast wyjaśniać i porządkować pojęcia tylko wprowadzali coraz większy mętlik. Prawica to poszanowanie własności prywatnej w gospodarce oraz konserwatyzm obyczajowy. Lewica to dążenie do kontroli państwowej (współcześnie przyjęło to formę koncentrowania uprawnień kontrolnych i regulacyjnych w rękach coraz bardziej rozbudowanych urzędów, także ponadnarodowych) oraz liberalizm obyczajowy. PiS jest partią pod każdym względem prawicową. Troska o przetrwanie dużych zakładów w czasach dekoniunktury, o interes zwykłych ludzi, próby ukrócenia wszechwładzy oligarchów – to nie neguje prawicowych poglądów, jak usiłuje się nam wmawiać od lat. Może to być natomiast pole do dyskusji i współpracy z ideową lewicą. Ważne jest i to, że PiS przynajmniej otwarcie i odważnie formułuje swoje postulaty, natomiast PO tak kręci, że od lat nikt nie może doszukać się w polityce tej partii szumnie deklarowanego liberalizmu gospodarczego.

Pamiętajmy, że 10. kwietnia 2010 skończył się czas wstydu za patriotyzm w wolnej Polsce. Platforma Obywatelska straciła prawo, które zresztą sama sobie przyznała, do tego, by elektorat PiS wyzywać od moherów, wysyłać do kąta i pacyfikować. Szyderczy przekaz w stylu Palikota i Wojewódzkiego stracił swoją atrakcyjność i moc. Nowak z PO szydzący „Kłamstwo ma krótkie nóżki jak u kaczuszki” nie wygląda już na fajnego wesołka – jest żenujący. Poważni sympatycy PO przy tych wyskokach czują chyba takie zażenowanie, że tylko im współczuć. Pamiętajmy, że to nas cechuje godność, duma z Polski i poważne traktowanie spraw publicznych. Warto być sympatykiem PiS i zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego.

piątek, 18 czerwca 2010

Przed wyborem prezydenta - spostrzeżenia i zalecenia

W miarę skromnych możliwości obserwuję zwykłych ludzi i polityków w ciągu 2 miesięcy, które minęły od katastrofy i narodowego tygodnia. Najważniejsza przemiana dokonała się na początku. To wtedy wielu zwykłych Polaków dostrzegło z całą wyrazistością, jak iluzoryczna jest wolność, która została dana Polsce w 1989 roku. Dostrzegliśmy też, że cała polska polityka była oparta na wielkim medialnym oszustwie. Symbol Katynia związał się metafizycznie z symbolem Smoleńska i te dwa symbole stały się odtąd trwałym elementem polskiej świadomości społecznej. Wydaje się, że symbole te zrozumieliśmy i za ich sprawą gotowi jesteśmy nawet do pewnych poświęceń dla utrzymania ciągłości naszego państwa i naszej wspólnoty narodowej.

Wymienione procesy ugodziły z ogromną mocą w Platformę Obywatelską, która od 2007 wydawała się nie do ruszenia z pozycji dominującej siły politycznej w Polsce. Z całego hałasu związanego z PO, z jej księżycowych obietnic, markowania rządzenia, dziwnych ludzi na najwyższych urzędach, i z niekończącej się nienawiści do Kaczyńskich, została tylko ta nienawiść z jej symbolami – Palikotem, sztucznym penisem i świńskim ryjem. Perfekcyjnie to podsumowała pani Jadwiga Staniszkis w jednej z ostatnich rozmów, gdy powiedziała do Palikota: „Pana nie ma”. To stwierdzenie dotyczy właściwie całej tej dziwnej partii: was nie ma. Jest tylko nienawiść, chciwość i zdrada. Poza tym pustka.

Wielu porządnych ludzi w Polsce wiernie popiera PiS, szczególnie od 2005 roku, gdy pojawiła się nadzieja na naprawę spraw publicznych w Polsce. Wielu innych porządnych ludzi jednak łatwo dało się zwieść oszukańczej retoryce PO. Poprzez wydarzenia ostatnich miesięcy otrzymaliśmy kolejną szansę, by wszyscy, którym zależy na silnej i suwerennej Polsce, jeszcze raz policzyli się i zawiązali silną wspólnotę, niezbędną do osiągania celów.

Z bólu i zagubienia, które zapanowały w Polsce po tragedii w Smoleńsku, wyłonił się niewątpliwie odmieniony Jarosław Kaczyński. Wrócił niczym Gandalf Szary po walce w otchłani z Barlogiem. Wszyscy myśleli, że ta walka zniszczyła Gandalfa i że bezpowrotnie go stracili. I teraz wielu martwiło się lub cieszyło na myśl, że ta tragedia zniszczyła Jarosława Kaczyńskiego i nie będzie on już w stanie wrócić polityki. On jednak wrócił w wielkim stylu – odmieniony i gotowy poprowadzić nas do zwycięstwa.

Kampania wyborcza była taka, jak miała być. Jarosław Kaczyński po tym wszystkim, co stało się w Polsce w kwietniu chyba nie mógłby nie wygrać tych wyborów. On jednak poszedł dalej i porwał swoich wyborców swoją wspaniałą spokojną i godną postawą w tej kampanii. Myślę, że ta godność udzieliła się wielu z nas. Platforma Obywatelska nas nie zaskoczyła. Nienawiść i jątrzenie to elementy, bez których tej partii nie ma. Dlatego szybko z powrotem pojawił się Palikot i nastąpił powrót do retoryki nienawiści. Wynikało to z całkowitego braku zrozumienia dla przemiany, która dokonała się w Polsce. Wydaje się, że w nowej rzeczywistości ciosy PO trafiały w próżnię i tylko pogrążały tę partię. Kandydat PO okazał się dramatycznie nieudolny. Był szykowany na zupełnie inną kampanię, los sprawił, że znalazł się w okolicznościach, które go całkowicie przerosły. Nie umiał wyjść poza dość głupawe w gruncie rzeczy ataki na swojego głównego przeciwnika.

W odświeżonej perspektywie na polską politykę widzimy dziś jasno, że praktycznie mamy dwóch kandydatów: Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Ostatnio pospiesznie podrasowano notowania Napieralskiemu, ale nie wydaje mi się, by zbyt wielu ludzi dało się na to nabrać. Jednocześnie podano taką narrację, że ten przebłysk Napieralskiego daje Kaczyńskiemu szansę na II turę. Nieprawda – to Komorowski walczy o II turę. Lansowanie Napieralskiego to rozpaczliwa próba doprowadzenia do tego, by Komorowski dostał tę szansę na II turę, a przynajmniej do tego, by bezwzględna przewaga Kaczyńskiego mniej rzucała się w oczy. Inaczej system nigdy nie zdecydowałby się lansować kandydata, który korzysta z tego samego elektoratu, co jego główny faworyt. Wybory jako walka między ociężałym umysłowo i nienawistnym Komorowskim, a politykiem najwyższej klasy – Kaczyńskim – muszą skończyć się dramatyczną porażką tego pierwszego. I niech tak pozostanie. W tych wyborach ważne jest zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w I turze dużą większością głosów. Tylko to będzie dobitnym sygnałem dla naszych niekoniecznie kochających nas sąsiadów, że „jeszcze Polska nie zginęła”.

Wygrane wybory nie zmienią politycznego status quo. Pozycja Polski i sił patriotycznych w Polsce po śmierci Lecha Kaczyńskiego bardzo się pogorszyła. Kolejne instytucje zostały utracone, wiele niewidocznych tajnych nici władzy zostało przeciętych. Odbudowa tego potrwa jakiś czas. Wybory to jednak nie tylko formalne wyznaczenie prezydenta. W tych szczególnych warunkach musimy uznać Jarosława Kaczyńskiego jako lidera wspólnoty narodowej odrodzonej po 10 kwietnia. Akt wyboru Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta niech będzie jednocześnie świadomym aktem powierzenia mu naszych wspólnych aspiracji, które wyraził prosto i dobitnie 6 maja, dziękując za zebrane podpisy: „Jestem przekonany, że coś nas łączy. Że łączy nas przekonanie, że Polska ma prawo do marzeń o tym, że będzie silna, licząca się w świecie, że będzie sprawiedliwa, że będzie dumna.” Jarosław Kaczyński, dysponując urzędem prezydenta o ograniczonych uprawnieniach, ale i potężną legitymacją społeczną będzie mógł działać na rzecz tej wspólnej wizji. Konieczne będzie powściągnięcie polskiej kłótliwości, sobiepaństwa i natrętnego mędrkowania. Jeśli uznaliśmy Jarosława Kaczyńskiego za naszego naturalnego lidera i depozytariusza marzeń o silnej Polsce, to dlatego że jest naprawdę idealnym liderem i należy mu się nasze wsparcie, ale i swoboda działania na etapie realizacji naszych celów.

wybory prezydenckie 2010, zestawienie sondaży

Obr. 1. Wybory prezydenckie 2010, zestawienie sondaży z różnych źródeł. Oficjalne firmy zajmujące się badaniami opinii publicznej podały bardzo zróżnicowane wyniki, niespójne są również tendencje. Wszystkie firmy pokazują przewagę BK. Największą różnicę między BK a JK pokazują wyniki podane przez PBS DGA (dla GW) i SMG KRC (dla TVN24); najmniejsza różnica jest w wynikach Homo Homini (dla PR) i OBOP (dla TVP); pośrednie wskaźniki podaje GfK Polonia (dla Rz) i CBOS. Nieoficjalne inicjatywy i sondy internetowe w przeważającej większości pokazują wyraźną przewagę JK. Najbardziej spektakularne są tu wyniki sondy sms-owej Telegazety TVP, w której poparcie dla JK przekroczyło 73%.

piątek, 14 maja 2010

Bronisław Katastrofa

Kierownik PGR-u kandydatem PO?

Moje poglądy na temat zbliżających się wyborów prezydenckich są jasne. Ludzi Tuska należy jak najszybciej pozbawić wpływu na państwo. Ze względu na kolejność wyborów musimy zacząć od prezydenta. Jarosław Kaczyński jest naturalnym liderem odrodzonej polskiej wspólnoty narodowej i jako prezydent będzie nas w najbliższych latach prowadził do odnowienia Polski. Z pokorą przyjmuję, że nie wszyscy tak myślą, i oczekiwałbym twardej, lecz uczciwej walki na argumenty i osobowości kandydatów. Walki o przyciągnięcie do naszych idei jak największej liczby wyborców. Znamy dobrze przeciwnika, a pierwsze dni kampanii wyborczej pokazały, że nie wyzbył się on upodobania do stosowania brudnych chwytów i kampanii negatywnej. Człowieka, który z podniesioną głową stanął wobec sytuacji utraty rodziny, wielu oddanych współpracowników oraz zagrożenia faktyczną utratą suwerenności przez ojczyznę, którą – śmiem twierdzić – kocha nad życie, oni nazwali nekrofilem i pedofilem. Ich przekaz z tych pierwszych dni kampanii można by tak streścić: „Ten nekrofil, pedofil i rusofob, jest strasznie agresywny. On chce tylko konfliktować się z nami i konfliktować ludzi. Próbuje nas oszukać swoim spokojem, ale mu się to nie uda.” Jeśliby ten przekaz odnieść do rzeczywistości i sytuacji Jarosława Kaczyńskiego, to trzeba by stwierdzić, że ludzie Tuska są jakimiś potworami.

Ani przez myśl mi nie przejdzie, by przeciwnika lekceważyć, lecz nieporadność kandydata Platformy Obywatelskiej, Bronisława Komorowskiego, w pierwszych dniach kampanii wyborczej mogła dziwić. Wydawało się jednak, że specjaliści w mig wypolerują wizerunek tego polityka, jak przystało na partię, która właściwie nie ma do zaoferowania nic poza wizerunkiem. Dodatkowy czynnik powodował, że poza zdziwieniem nie przywiązywaliśmy jakiejś zasadniczej wagi do wpadek marszałka. Wiadomo było, że on jest w tej komfortowej sytuacji, że kreatorzy medialnego przekazu są po jego stronie. Przy każdym kroku Jarosława Kaczyńskiego media podnoszą wrzawę, a w uporczywym wyszukiwaniu jego wpadek przekraczają granice absurdu, sięgając po imbryk i fortepian. Równolegle kolejne politycznie znaczące faux-pas marszałka traktują z ostentacyjną pobłażliwością. Niejeden pobłażliwy uśmiech prezentera czy komentatora głównych stacji telewizyjnych konsekwentnie rozbrajał kolejne miny, które marszałek właściwie sam sobie podkładał. Przypomnijmy choćby reakcję Komorowskiego na alarmujące informacje o przedmiotach a nawet fragmentach ciał znajdowanych po 3 tygodniach na miejscu katastrofy w wypowiedzi z 5 maja: „Ja bym sugerował zachowanie umiaru w tworzeniu atmosfery, że gdzieś znaleziono jakiś kawałek... yyy... czy fragment odzieży, to nie jest wielki problem. Trzeba z szacunkiem tę sprawę zakończyć, to znaczy przejąć to, i jeżeli się nie da tego przekazać rodzinom, no to po prostu w inny sposób, ale z pełnym szacunkiem jakoś to rozwiązać.” 9 maja Komorowski, pełniąc obowiązki prezydenta, prezentował w Moskwie dla telewizji TVN24 swoje „talenty” dyplomatyczne: „400 lat temu w trochę innym charakterze maszerowali polscy żołnierze po Placu Czerwonym.” 10 maja miał błyszczeć przed wielką telewizyjną publicznością Tomasza Lisa. I zabłysnął... „Pan generał Jaruzelski (...) powiedział, że mam charyzmę i jako żywo bardziej tu ufam generałowi, niż pani profesor [Staniszkis], która nawet nigdy harcerką nie była.” 11 maja w TVN24 szef sztabu wyborczego Komorowskiego, Sławomir Nowak, stwierdził: „Jarosław Kaczyński jest kandydatem specjalnej troski, ale oczekujemy większej aktywności.” W ten sposób PO kolejny raz strzeliło sobie w stopę. Żądanie aktywności od konkurenta brzmi śmiesznie – tak jakby sztab wyborczy Komorowskiego nie posiadał przekazu sui generis i otwarcie nastawiał się głównie na kampanię negatywną, i to tylko w stosunku do tego jednego konkurenta, który jest na celowniku. Do tego, oczywiście, mamy w tym zdaniu rażącą agresję: użycie obelżywego określenia nawiązującego do dzieci specjalnej troski, czyli upośledzonych umysłowo, i to w stosunku do kandydata, któremu nieustannie zarzuca się zmyśloną agresję.

To wszystko było trochę śmieszne i przykre, ale bez przesady. Nawet najbardziej niezgrabny kandydat nie może nam przesłonić istoty tych wyborów – gra toczy się o zagrożoną suwerenność kraju, której nieudolna ekipa Tuska nie szanuje i nie zamierza szanować. Naturalnie, cieszy mnie, że nasz kandydat jest elegancki i kompetentny, jego współpracownicy mili i profesjonalni, a posunięcia sztabu wyborczego perfekcyjne. Podkreślam jednak jeszcze raz, choć są to sprawy miłe i przede wszystkim ważne dla wyniku wyborów, to jednak nie dotyczą istoty tych wyborów.

W dniach 12-13 maja, które zostaną dalej omówione, okazało się, że to, co działo się wcześniej, to był dopiero przedsmak możliwości marszałka Komorowskiego. Żenujące wpadki i kompromitujące występy marszałka wyglądają obecnie na jakąś czarną serię, a kandydat Platformy zasłużył na miano Bronisława Katastrofy. Ustępujący premier UK, Gordon Brown, w kampanii wyborczej zaliczył tyle gaf, a media (bardziej niezależne niż nasze) tak sobie na tym biedaku używały, że aż przypisano mu przydomek Calamity Brown. Patrząc na naszego Bronisława Katastrofę oczami najwierniejszych wielbicieli tej ekipy, trzeba przyznać, że oni mogą powoli zacząć wpadać w panikę. Wiadomo bowiem, że żelazny elektorat Platformy Obywatelskiej zniesie bardzo wiele – afery korupcyjne go nie obchodzą; polityką zagraniczną zaniepokoi się dopiero wtedy, gdy mu się pokaże, że źle o nas piszą zagraniczne gazety; dla dorżnięcia pisowskiej watahy zaakceptuje każdą podłość itd. Elektorat ten nie zniesie tylko jednego – obciachu. Komorowski jako polityk dość bezbarwny, wcześniej nie rzucał się w oczy, mimo pełnionej funkcji, a jego toporność, choć zauważalna, jakoś przechodziła bez echa. Teraz, gdy siłą rzeczy skupiają się na nim światła jupiterów, Bronisław Katastrofa jakby uparł się, by wbrew dającym mu pełne wsparcie mediom, pokazać się jako ktoś totalnie obciachowy. Groteskowość tego kandydata pogłębia to, że on w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki jest śmieszny. Ten ewentualny prezydent kompletnie nie umie ukryć emocji. Głupkowato cieszy się ze swoich ciężkich dowcipów, a gdy coś idzie nie po jego myśli, to robi minę obrażonego buca. Przypomina postać gospodarza domu Stanisława Anioła albo kierownika jakiegoś zapyziałego PGR-u z minionej epoki. I teraz pomyślmy – ci wszyscy „młodzi, wykształceni, z dużych miast” mają niby uwierzyć, że na niego muszą oddać swój głos? Tym bardziej w sytuacji, gdy już powiedziano wprost, że negatywny wizerunek braci Kaczyńskich był tylko podstępną kreacją?

Na marginesie odnotujmy aktywność na blogu Palikota, znanego polityka Platformy od brudnej roboty, którego na miesiąc wyciszono. Palikot zaczął swoją kampanijną aktywność właśnie 12 mają od przestrogi i przecięcia uskutecznianych gdzieniegdzie spekulacji, że ewentualne zwycięstwo Kaczyńskiego nie zaszkodzi PO tylko jemu samemu: „Przegrana Bronisława Komorowskiego to przegrana Platformy. Ta przegrana nie tylko, że nie ułatwi zwycięstwa PO w wyborach parlamentarnych, ale przeciwnie, oznacza utratę władzy i upadek koalicji PO-PSL. (...) Witamy w IV RP bis!” Kolejny dzień u Palikota to wezwanie do jedności w PO, pojednawczy zwrot w kierunku Schetyny, a dzisiaj już mieliśmy przypuszczenie pierwszego solidnego ataku na kontrkandydata w specyficznym cuchnącym stylu Palikota.

12 maja

12 maja w kampanii Komorowskiego to przede wszystkim prezentacja wyborczej strony internetowej zorganizowana na Politechnice Warszawskiej. Miejsce miało zapewne sprawić wrażenie wysokich standardów platformerskiej myśli technicznej. Zamysł sztabowców – może niezbyt oryginalny, ale sensowny – nasz „kierownik PGR-u” ośmieszył już w pierwszym zdaniu, które przerwał w połowie i załomotał w mikrofon ze słowami „To działa czy nie działa? Działa! Mam nadzieję, że strona internetowa będzie również świetnie działała...” No i zapeszył. Ale wcześniej uraczył zebranych przemówieniem pełnych fraz na miarę jakiegoś prymitywnego partyjnego aktywisty, tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę, że wyborcza strona internetowa to banalna oczywistość dzisiejszej ery. Na potwierdzenie fragment: „Ta strona oznacza ułatwienie w komunikowaniu się wzajemnym. Liczę również na to, że tą nowoczesną formą przekazu i kontaktu będziemy łatwo dostępni i łatwo będziemy docierali do wielu środowisk w Polsce, w tym także środowisk ludzi młodych, którzy w sposób naturalny są zainteresowani używaniem tego rodzaju metody komunikowania się wzajemnego.” Prezentacja odbyła się tradycyjnie w takich przypadkach na dużych ekranach i z laptopem umieszczonym w widocznym miejscu. Strona odpaliła się z przytupem, a wirtualny Bronek ze strony, stojąc obok żywego Bronka przejął inicjatywę i przywitał się drugi raz: „Witam wszystkich serdecznie i zapraszam do zapoznania się z moją stroną internetową.” Potem zapadło milczenie – może wszyscy oniemieli z zachwytu, bo nigdy wcześniej nie widzieli takiego bajeru, nie wiem.

Głos przekazano młodej działaczce, Agnieszcze Pomasce, która stwierdziła, że zacznie prezentację strony od głównego menu. W pierwszej kolejności wypadło jej pokazanie, że strona posiada wersję WAI (Web Accessibility Initiative), co jest swego rodzaju wyznacznikiem profesjonalnego podejścia do projektowania stron, choć ja bym pewnie nie zaczął takiej prezentacji akurat od tego. Ale to już i tak nie miało żadnego znaczenia, bo zdarzył się tzw. zonk. Barwną stronę marszałka zastąpił szary ekran błędu: „Połączenie z serwerem zostało zresetowane podczas wczytywania strony.” Operator laptopa w tej sytuacji przystąpił do nerwowego klikania w przycisk „Spróbuj ponownie”. Jeden plus tej sytuacji, to dyskretne zareklamowanie wolnego oprogramowania, o czym nie mogę nie wspomnieć, bo to zawsze fakt miły mojemu sercu. Na wyborczo-marszałkowym laptopie ewidentnie zainstalowano przeglądarkę Mozilla Firefox. Po chwili konsternacji obie panie towarzyszące marszałkowi zaczęły jednocześnie. Małgorzata Kidawa-Błońska próbowała nadrabiać uśmiechem, natomiast Agnieszka Pomaska stwierdziła: „To na pewno jakiś atak” (czyżby macki kaczystów sięgnęły już platformerskich serwerów?). Pani Pomaska coraz bardziej zdenerwowana próbowała referować dalej, podczas gdy operator laptopa, klikając nerwowo, pokazywał nie to, co trzeba, a raz po raz powracał błąd. W końcu – chyba przypadkiem – wpadł na stronę początkową Google, dokładnie w chwili, gdy Pomaska mówiła o dostępnych na stronie materiałach PDF: „Tutaj są 4 bardzo konkretne strony informacji, o tym jak Bronisław Komorowski widzi prezydenturę, swoją – mamy nadzieję – prezydenturę, jeśli wygra te wybory.” Ostatecznie ten dość żenujący spektakl został przerwany, ale my zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Wpadki techniczne w świecie komputerów nie są niczym nowym, ale czy to aby nie pachnie jakąś improwizacją i niekompetencją? W tak ważnej chwili? Czy równie sprawnie ma działać urząd prezydenta, gdyby faktycznie Komorowski wygrał? Duże obciążenie serwera po zainaugurowaniu strony internetowej łatwo było przewidzieć – bo oczywiście nie był to żaden atak, ani awaria komputera, tylko przeciążenie serwera. Poza tym dla tak ważnej prezentacji należało pomyśleć o zabezpieczeniu się przed awariami i przygotować wersję off-line strony na tzw. lokalnym serwerze. Mało tego, można było mieć pod ręką 2 skonfigurowane i uruchomione laptopy gotowe do przepięcia do systemu projektorów i nagłośnienia w każdej chwili. I pomyśleć, że wśród tych „młodych, wykształconych, z dużych miast” pokutuje przesąd, że platformersi są najlepiej oswojeni z tzw. nowoczesną techniką. A tu dupa...

Wróćmy na tę nieszczęsną konferencję marszałka. Małgorzata Kidawa-Błońska zdecydowała się na posunięcie taktyczne i stwierdziła, że skoro zawiodła technika, to zgromadzeni dziennikarze mają wyjątkową okazję do zadania pytań marszałkowi, kończąc sentencjonalnie: „Technika jest techniką, ludzie są silniejsi.” Ale marszałek był już wyraźnie wkurzony i na pytania odpowiadał przez zaciśnięte ze złości zęby. W odpowiedzi na różne pytania unikał opisywania swojej wizji, usilnie zastępując ją krytyką Jarosława Kaczyńskiego. Wymieniając rzekome sukcesy polityki zagranicznej PO znowu użył nieeleganckich i groźnych sformułowań: „Po naszej stronie jest przyjazd premiera Rosji na Westerplatte. Po naszej stronie jest spotkanie premierów Rosji i Polski nad grobami żołnierzy polskich w Katyniu. Po naszej stronie jest działanie w postaci mojej obecności w Moskwie, rozmowy z prezydentem Miedwiediewem i ustaleniem dalszych kroków ewentualnie na powybory, kiedy będziemy mogli sprawy pojednania polsko-rosyjskiego uczynić elementem ważnym w polityce obu krajów. Więc po naszej stronie są działania, czyny i konkretne kroki, a po drugiej stronie [stronie Jarosława Kaczyńskiego] są słowa. Słowa są rzeczą ważną, ale czasami mało zobowiązującą i niekoniecznie bardzo kosztowną.” W tej wypowiedzi wyraźnie potwierdza się groźny dla naszej suwerenności zamiar pogłębionego osunięcia się w rosyjską strefę wpływów. Do realizacji tej polityki ekipa Tuska chce przystąpić od razu po wygranych wyborach prezydenckich! Jeśli przypomnimy sobie, jak niedawno media obwołały katastrofę w Smoleńsku przełomem w stosunkach polsko-rosyjskich, to bon mot Komorowskiego skierowany do Kaczyńskiego, który stracił tam najbliższą rodzinę, że „słowa są rzeczą niekoniecznie bardzo kosztowną” jest czymś nie do przyjęcia. Tak mógł powiedzieć tylko niewyobrażalnie głupi buc bez krzty empatii. Głupi, bo gdyby był choć trochę sprytny, jak na przykład Tusk, to by choć udawał współczucie.

Na tym zakończyła się ta nieudana i ponura konferencja prasowa. Agnieszka Pomaska wyjaśniła jeszcze przyczyny awarii technicznej, co zacytuję już bez komentarza. Każdy, kto ma jako taką wiedzę informatyczną sam sobie odpowie, ile sensu jest w tym wyjaśnieniu ze strony PO – partii ludzi „kompetentnych technicznie”: „Na skutek wielkiego zainteresowania tą stroną internetową tutejszy serwer po prostu nie wytrzymał, ale zapewniam, że strona działa i mamy sygnały, że w całym kraju ta strona internetowa działa.” Małgorzata Kidawa-Błońska: „To wspaniale, że jest takie duże zainteresowanie stroną – bardzo się z tego cieszymy – większe niż wytrzymuje technika. Zapraszamy do odwiedzenia strony w innych miejscach.” Bronisław Katastrofa: „Dziękuję państwu bardzo.”

13 maja

Dzień 13 maja Komorowski zaczął od briefingu, na którym zapowiedział, że zamierza w poniedziałek powołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Jest to gest czysto polityczny i jako taki został skomentowany pozytywnie przez stronników PO i negatywnie przez przeciwników tej partii. Taka polityczna rutyna. Co by tu spieprzyć? Okazuje się, że dla Bronisława Katastrofy nie ma rzeczy niemożliwych. Krótko po konferencji na portalach pojawiła się informacja ciekawsza niż to, co miał do powiedzenia marszałek. Wścibscy dziennikarze dostrzegli kartki wystające z egzemplarza Konstytucji RP, którą miał w rękach marszałek. Na wierzchu rzucał się w oczy wydruk hasła Rada Bezpieczeństwa Narodowego z... Wikipedii. Artykuł na portalu Gazety Wyborczej zaczyna się dość dowcipnie: „Co to jest Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Bronisław Komorowski już wie – sprawdził w Wikipedii. A żeby nie zapomnieć – zabrał jeszcze wydruk z hasłem RBN na konferencję, na której zapowiedział powołanie nowego składu takiej Rady.” Człowiek, który ma pod sobą Biuro Analiz Sejmowych – można sądzić i mieć nadzieję, że jeden z najbardziej kompetentnych zespołów prawnych w Polsce – opiera swoje decyzje na Wikipedii. Osoba pełniąca obowiązki prezydenta, która przypuszczalnie ma do dyspozycji potężne zaplecze informacyjno-analityczne naszego kraju w postaci różnorakich służb tajnych, jawnch i... mniejsza o to jakich, robi sobie zwyczajnie jaja z powagi sprawowanych urzędów. Pomijam tu już znany fakt, że jego poprzednik sprawiał wrażenie, jakby znał całą naszą konstytucję na pamięć – cytował z pamięci artykuły, podając do nich precyzyjną interpretację. Rozumiem, że polityk potrzebuje w pracy dodatkowych materiałów, ale żeby wspomagać się ściągami z tak elementarnych spraw?! To trochę tak, jakbym do przeprowadzenia wykładu z całkowania przygotował sobie notatki ze wzorami skróconego mnożenia... Sytuacja była żenująca przede wszystkim ze względu na zademonstrowanie ignorancji marszałka. Wyborcy to widzą, co można spostrzec w komentarzach internetowych, gdzie właśnie ci szczególnie uczuleni na obciach, ale nie pozbawieni jeszcze całkowicie zdolności samodzielnego rozumowania zwolennicy PO, wyrazili zdegustowanie tą sytuacją (przykład: „Ehhh, jak mnie ten Komorowski denerwuje... w życiu nie czułem takiego zażenowania... Niech już on wreszcie przegra te wybory...”). Tak zaczął się kolejny długi dzień koszmaru sztabu wyborczego kandydata Bronisława Komorowskiego, a także jego najbardziej zagorzałych zwolenników, którzy chyba zaczęli się już bać kolejnych wystąpień publicznych swojego ulubieńca.

Następnym punktem programu Bronisława Katastrofy było spotkanie społeczności akademickiej z marszałkiem na Uniwersytecie Śląskim, na którym miał on wygłosić wykład zapowiedziany pod tytułem: Wiedza kapitałem XXI wieku. Po wykładzie były przewidziane pytania. Wykład zaczął się o 11.30. Temat tematem, ale Bronisław już we wstępie musiał wbić szpilę – zresztą bardzo topornie – w swojego znienawidzonego wroga (to chyba jakaś obsesja). Nawiązując do tego, że został zaproszony przez prezesa Koła Naukowego Politologów UŚ, powiedział: „Swojego czasu również byłem prezesem koła naukowego. Było to Koło Naukowe Historyków na Uniwersytecie Warszawskim, więc prezesom się nie odmawia, jak państwo pamiętają, nawet się składa meldunki [krótka pauza na śmiech publiki i... nic] od czasu do czasu [?... nadal nic], także robią to politycy [?... nadal nic], więc ja serdecznie dziękuję politologom za zaproszenie [tu wesołkowaty ton głosu na chwilę opadł].” Marszałek był już poinformowany o konsternacji na portalach, jaką wywołał wydruk z Wikipedii na porannym briefingu, i odniósł się do tego: „Należy sięgać do wszelkich źródeł wiedzy i informacji, szczególnie tych, które dają możliwość szybkiego uzyskiwania wiedzy, szybkiego także podejmowania decyzji i działania. Kto zada pierwsze pytanie temu sprezentuję z największą przyjemnością wydruk z Wikipedii o Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. [oklaski]” Gdybym był wykładowcą na uczelni lub ambitnym studentem, to po tej wypowiedzi ostatecznie przekreśliłbym Komorowskiego. Trzeba naprawdę nie mieć zielonego pojęcia o problemach uczelni, żeby powiedzieć coś takiego. Wikipedia jest bardzo specyficznym źródłem wiedzy i nie miejsce tutaj, by ten temat tutaj rozwijać, ale wiadomo, że dużym problem uczelni jest natrętne pisanie prac studenckich w oparciu o bezrefleksyjne wykorzystanie Wikipedii, zamiast bardziej pożądanego korzystania ze źródeł naukowych. Marszałek zakończył wykład przaśnym bon motem: „Proszę państwa, mowy powinny być krótkie, a kiełbasy tylko długie, więc ja już na tym skończę.” Był wyraźnie zadowolony z dowcipu, choć ja nie byłbym taki pewny czy studenci śmiali się z tego tekstu. Raczej – z marszałka.

Po wykładzie Komorowski odpowiadał na pytania. Kolejny raz w ostatnich dniach pokazał, że jest zupełnie nieprzygotowany do odpowiadania na trudne pytania. On najwyraźniej zachowuje się tak, jakby był przekonany, że Platforma nadal jest powszechnie i bezwarunkowo kochana, a ludzie nie chcą słyszeć niczego innego, niż cienkie i zgrane dowcipy na temat PiS, moherów itp. A studenci nie byli pobłażliwi. Jedno z pierwszych pytań dotyczyło niewywiązania się z obietnic, braku realizacji słynnego liberalnego programu Platformy, jak mamy wam powtórnie zaufać itd. Dla marszałka musiało być zaskakujące (nawet dla mnie było), że wiele takich trudnych pytań spotkało się z aplauzem na sali. Trzeba jednak przyznać, że dla przeciwwagi niektórzy oklaskiwali pytania antypisowskie. Jego odpowiedzi były, jak zwykle, niezbyt błyskotliwe, np. na wspomniane pytanie o obietnice przedwyborcze: „Po pierwsze, kompletnie nie zgadzam się z taką oceną. Po drugie, bardzo bym chciał, żeby równie intensywnie rozliczano inne partie.” Odpowiadając na pytanie o debaty wyborcze znowu użył aroganckich przechwałek, znanych już z rozmowy z Lisem: „Jestem liderem listy zaufania. Jestem na jednym z ostatnich miejsc, jeśli chodzi o poziom nieufności, co też jest ważne. Jestem liderem także rankingów związanych z szansami wyborczymi.” Mówi to facet najwyraźniej ślepy na to, że notowania dość dramatycznie mu zjeżdżają.

Po spotkaniu na UŚ Komorowski w Katowicach jeszcze udzielał wywiadów i odbył konferencję prasową. Relacje z tej konferencji skupiły się na sprawie stanowiska prezesa NBP wakującego od czasu katastrofy w Smoleńsku. Ale, jeśli chodzi o konferencję prasowej w Katowicach 13 maja, trzeba przynajmniej wspomnieć sprawę poważniejszą, przemilczaną przez jakże litościwe dla Komorowskiego media. A Komorowski pokazał wtedy najczarniejszą twarz tej kampanii, swego rodzaju kwintesencję pogardy i nienawiści. Przypomnijmy, że od wielu dni media rozliczają Jarosława Kaczyńskiego z nieobecności. 12 maja m.in. Grzegorz Schetyna wyraził poirytowanie PO z tego powodu: „Na razie to jest kampania bez kandydata. [Jarosław Kaczyński] jest mocno schowany i liczymy, że PiS rozpocznie kampanię.” I Komorowski tak się nasłuchał od kolegów tych żali, że bez Kaczyńskiego, którego można nienawidzić, to oni nie bardzo mają co zaprezentować wyborcom, że z właściwą tylko jemu – Komorowskiemu – kompletną bezrefleksyjnością powiedział to, co powiedział: wyraził zazdrość, że podczas gdy on – Komorowski – tak ciężko pracuje, to Kaczyński siedzi sobie w kącie i nic nie robi. Ten tekst skupia się raczej na gafach Komorowskiego, a ta ostatnia wypowiedź nie była przecież gafą, a jedynie tępą bezwzględną i złowieszczą nienawiścią. Podłość tej wypowiedzi świetnie wyraził i wyjaśnił Toyah (Toyah, Przepraszam, czy to mnie ktoś nazwał bydłem?, 13.05.10).

Do czego to zmierza?

Ciąg dalszy tego żenującego przedstawienia – kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego – trwa. Nie jestem w stanie spisywać wszystkiego na bieżąco. Polecam za to refleksję, o co w tym chodzi. Większość z nas rozumie, że cała ekipa z Tuskiem i Komorowskim na czele stanowi zagrożenie dla Polski. Ale dlaczego Komorowski poprzez to całe przedstawienie działa na przekór żelaznemu elektoratowi PO, który nie wybacza obciachu i wiochy? On przecież robi wszystko, by pokazać, że kompletnie nie nadaje się na prezydenta. Jest tak głupi czy tak pewny siebie? A może chce dobrze, ale mu nie wychodzi? Na stronie Newsweeka 11 maja pojawiła się sugestia, że Tuskowi jest wszystko jedno, czy Komorowski wygra: „Donald nie kiwnie palcem, aby pomóc Komorowskiemu w kampanii. Deklaruje poparcie, ale nie robi nic, by pomóc kandydatowi własnej partii. Komorowski ma o to pretensję do premiera. Podejrzewa także ludzi Tuska z Kancelarii Premiera o nielojalność i sączenie do prasy przekazu, że marnie się spisuje w roli tymczasowego prezydenta. Na blogach zaczyna się dyskusja, czy czasami Tusk nie gra na przegraną Komorowskiego.” Z drugiej strony Komorowski już teraz przygotowuje się do trwałego sprawowania władzy prezydenckiej: omawia wspólne zamierzenia z prezydentem Rosji, organizuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego, chociaż akurat teraz nie jest to najpilniejsza sprawa. Czyżby miał od kogoś jakieś gwarancje rozstrzygnięcia korzystnego dla siebie? Może Platforma ma w zanadrzu jakieś niewyobrażalne asy? Zaprezentowana powyżej analiza prowadzi do zdumienia głupotą „lidera społecznego zaufania” i „lidera rankingów wyborczych” ale i niepokoi.

sobota, 21 listopada 2009

Losy jeszcze się ważą

Divide et impera

Osoby, które świadomie i rozumnie obserwują scenę polityczną, często blogerzy (te 2 kategorie dziś w znacznym stopniu pokrywają się), dokonują świetnych spostrzeżeń szczegółowych, ale wszyscy mamy spory problem z nakreśleniem naszej sytuacji na bardzo ogólnym poziomie. Nie można zatem ustawać w wysiłkach na rzecz uporządkowania podstawowych faktów i prób przewidywania rozwoju sytuacji w kolejnych miesiącach i latach. Podtrzymywanie wrażenia niezrozumiałego chaosu, rozchwiania jest dziś korzystne dla bad guys, ale o tym za chwilę. Problem narasta i ma on wymiar zarówno globalny jak i lokalny – polski. Zwykły obywatel jest zasypywany ogromną ilością chaotycznych przekazów. Może przy tym poczuć się mały i zastraszony, bądź też wkurzony i obojętny. Dla macherów pociągających za sznurki obie opcje są korzystne. Dziś alienacja, zanik instynktu wspólnotowego, działa silnie na ich korzyść. Stara zasada divide et impera jest cały czas aktualna, w coraz to ulepszonych wersjach.

Przyjrzyjmy się w wielkim skrócie, jak zasadniczo rozchwiany jest obraz dzisiejszego świata. W czasach zimnej wojny wiedza o tym, że kapitalistyczna demokracja jest dobra, a komunistyczna dyktatura jest zła, była – mimo kontrkulturowych zawirowań na zachodzie i wszechobecnej siłowej propagandy po stronie wschodniej – wiedzą powszechnie akceptowaną po obu stronach żelaznej kurtyny jako pewien punkt odniesienia. Po upadku ZSRS w naturalny sposób pojawiła się koncepcja USA jako „światowego policjanta”, która była tyle nierealistyczna, co wygodna dla narodów, które po latach życia w cieniu bomby atomowej, chciały nacieszyć się spokojnym rozwojem i bogactwem. A co mamy dzisiaj? Z jednej strony potęga i rozsądek USA jako jedynego kraju, który zdecydowanie przeciwstawia się proliferacji broni atomowej, a z drugiej strony skuteczna propaganda mówiąca, że to polityka USA jest źródłem wojen i zła we współczesnym świecie. Obama miał być dobry przez to, że sprawi, że Ameryka przestanie się wtrącać w sprawy innych krajów, ale czy tę obietnicę dobrze zrealizował, a jeśli tak, czy to na pewno dobrze dla świata? Z jednej strony widzimy powrót groźnych imperialnych aspiracji Rosji, a z drugiej strony mamy uspokajanie, że jest to nasz naturalny partner, który już się ucywilizował. Mimo że się ucywilizował, należą mu się jednak daleko idące ustępstwa, by go nie drażnić, bo jednak może być groźny, no i ma te rakiety... Niektórzy już zaczęli przejmować się apetytem Chin na silniejsze zaakcentowanie swoich interesów w globalnej grze, ale znowu gubią się – cieszyć się, że ktoś wreszcie przytrze nosa tym aroganckim Jankesom? A jeśli tak, to pozostaje niepokojąca myśl – czy można zakładać, że Chińczycy będą nas bardziej lubić od Jankesów, czy choćby będą bardziej sprawiedliwi w swoich działaniach dotyczących innych krajów? A Unia Europejska? – cały ten euroentuzjastyczny przekaz jest jakiś plastikowy. Staje się on dla myślących ludzi niewiarygodny przez sam fakt całkowicie bezrefleksyjnej akceptacji dla wszelkich posunięć zwiększających integrację. Jak w starym dowcipie o temacie wypracowania w sowieckiej szkole: „Kto jest twoim największym bohaterem i dlaczego Lenin?” W Jewropejskim Sojuzie (tak naprawdę nazywa się UE po rosyjsku! – był Советский Союз, a jest Европейский союз) temat brzmiałby: „Jaka jest najlepsza przyszłość dla Europy i dlaczego jest to pełna integracja w ramach UE?”

Podobne rozchwianie mamy w polityce wewnętrznej. Trwający czwarty rok medialny jazgot mający całkowicie zdyskredytować jedną tylko partię polityczną, czyli PiS, doprowadził do spustoszenia w społecznej świadomości. Z jednej strony bowiem efekt został osiągnięty. Powtarzane wszędzie jak mantra zawołania, że „Każdy byle nie PiS i Kaczyńscy”, „Prezydent Kaczyński jest niewybieralny na drugą kadencję”, zostały metodą prania mózgu trwale wdrukowane u sporej części mniej świadomych, można powiedzieć – bezbronnych, odbiorców medialnego przekazu. Dziś już nikt nie pyta – właściwie dlaczego nie PiS? – to jest aksjomat. Z drugiej strony jednak te antypisowskie zaklęcia powoli tracą swoją moc, wycierają się. Na dodatek w mediach powoli zaczyna pojawiać się dość nieśmiała jeszcze krytyka partii, która miała być lekarstwem na PiS, czyli PO, pod ochroną jest jeszcze tylko Donald Tusk. Ta krytyka jest podyktowana tylko tym, by wiodące media nie utraciły do reszty kontaktu z rzeczywistością, a co za tym idzie – wiarygodności. Rządowe zaklęcia o dobrej sytuacji gospodarczej Polski stoją wszakże w sprzeczności z codziennym doświadczeniem, szczególnie na rynku pracy, w służbie zdrowia. Nieuchronnym kosztem dopuszczenia głosów krytycznych jest to, że u odbiorcy pojawia się dysonans poznawczy. Sytuację skomplikowało ujawnienie afer w rządzie – w ich kontekście służalczość mediów w stosunku do rządu jest tak jaskrawa, że trudno to sobie wewnętrznie poukładać i nadal wierzyć, że w mediach panuje obiektywizm i pluralizm.

Gdyby istniała siła, która miałaby możliwość ustanowienia w społeczeństwie poważnej, uczciwej debaty na kilka kluczowych tematów, to szybko okazałoby się, że ocena elit III RP musiałaby być miażdżąca. Od początku w 1989 aż do dzisiejszych rządów PO poczynania tych elit były antyspołeczne, antypolskie i skupione na maksymalizacji korzyści dla wąskich grup. Taka poważna debata nie tylko całkowicie pogrążyłaby Platformę Obywatelską, ale i pozbawiła legitymizacji całe nasze zaprzedane elity, establishment oraz skompromitowałyby korporacje, które pełnią głównie funkcje usługowe dla układu, a poniekąd stanowią jego komponenty (prawnicza, dziennikarska itd.). I to jest właśnie przyczyna wspomnianego na wstępie podtrzymywania wrażenia zamętu na scenie politycznej, wrażenia, że logiczne poukładanie wszystkich dziwnych procesów, których odpryski do nas docierają przez media, jest z gruntu niemożliwe.

Zwróćmy uwagę na to, że w mediach pojawiają się zamiennie dwie główne „szkoły” w analizie bieżącej sytuacji politycznej uprawiane zresztą przez te same osobowości medialne. Raz pojawia się bezwstydnie stronnicza kampania na rzecz jednej partii na zasadzie „wszystkie ręce na pokład”. W ramach takiej kampanii wzmacnia się w społeczeństwie entuzjazm, zaangażowanie w „słuszne” idee. Drugim razem pojawia się smęcenie, że cała polityka to jedno wielkie bagno, żadnym politykom nie wolno wierzyć, wszyscy są w coś umoczeni. Najlepiej w ogóle zająć się własnymi ciekawszymi sprawami i zostawić całe to polityczne tałatajstwo swojemu marnemu losowi. W tym podejściu wzmacnia się w społeczeństwie cynizm, zobojętnienie. Oczywiście, tego typu akcje są ściśle zsynchronizowane z aktualną sytuacją polityczną i teraz jesteśmy w drugiej fazie. Nietrudno zgadnąć, na czym polega odpowiednia synchronizacja. Gdy trzeba udupić wrogów układu, jak np. PiS i Kaczyńskich, to przechodzi się do pierwszej fazy. Gdy trzeba zneutralizować krytykę swoich ludzi, jak np. w przypadku katastrofalnych rządów PO i Tuska, to przechodzi się do drugiej fazy.

Warto zwrócić uwagę, że SLD sprowadzono dziś do roli partii czysto usługowej dla podtrzymania elektoratu w stanie korzystnym dla układu. Myślę, że ta konieczność jest dla SLD, która czuje się – jeszcze z moskiewskiego nadania – prawowitym gospodarzem Polski, bardzo trudna do przełknięcia i odbywa się to tam z wielkim bólem. Stąd smętne przepychanki na lewicy i trudności z pogodzeniem się z tą sytuacją przez takich polityków jak na przykład Leszek Miller. Ta rola została ostatecznie przypisana do SLD po porażce w 2005 roku. W 2007 odbyło się ewidentne przekazanie elektoratu SLD/LiD Platformie Obywatelskiej, by nie dopuścić do katastrofy układu, jaką byłoby przedłużenie rządów Kaczyńskich. Starannie przemyślanym sygnałem dla wyborców było huczne ogłoszenie Kwaśniewskiego „lokomotywą wyborczą” LiD, po czym epatowanie społeczeństwa jego błazeństwami i rzekomą nieumiejętnością zapanowania nad alkoholizmem w ciągu ledwie kilku miesięcy kampanii wyborczej. Drugim takim sygnałem były przesłania Kwaśniewskiego i Tuska do wyborców LiD w podsumowujących wystąpieniach na koniec ostatniej debaty przedwyborczej Tusk-Kwaśniewski, a zatem przed ogromnym audytorium tuż przed wyborami. Uważne przesłuchanie tych wystąpień pokazuje, że Kwaśniewski nie wezwał wprost do głosowania na LiD, a wymienił je dopiero na 3. miejscu na liście celów! Czy tak mówią zasady marketingu politycznego, którymi ponoć Kwaśniewski biegle się posługuje? „Namawiam wszystkich, którzy myślą tak jak lewica – zagłosujcie. Potrzebna Polsce jest równowaga polityczna, potrzebna jest Polsce centrolewica i potrzebny jest Polsce LiD.” Tusk wtedy przemawiał jako drugi i spokojnie i jednoznacznie poprosił, by ze względu na konieczność odsunięcia od władzy braci Kaczyńskich wyborcy LiD zagłosowali na PO. Ani Kwaśniewski, ani nikt z liderów LiD, po tej debacie nie zaprotestował wyraźnie przeciw takiemu postawieniu sprawy. Wyborcy LiD to często ludzie zdemoralizowani, aspołeczni, ale na tyle inteligentni, by doskonale zrozumieć zaistniałe okoliczności oraz wagę takiego komunikatu.

Dziś politycy SLD kontynuują odgrywanie usługowej roli na rzecz układu. W trakcie wspomnianej przeze mnie drugiej fazy akcji medialnej zakłada się kompromitowanie klasy polityków jako całości. Dlatego politycy SLD pojawiają się na kompromitujących sesjach fotograficznych. Przypomnijmy: w maju przed wyborami europejskimi Olejniczak w rozpiętej koszuli pokazuje owłosioną klatkę na okładce Wprost jako przykład polityka „wylaszczonego”. W lipcu we Wprost Light ukazała się profesjonalna sesja fotograficzna z Napierniczakiem ucharakteryzowanym na Jamesa Deana – czy to nie jest cokolwiek żałosne? Ale okazuje się, że to nie koniec. Teraz dowiadujemy się o Senyszynce (profesor! – haha) na okładce grudniowej Machiny, gdzie niezbyt skromnie wystawia na publiczny widok swoje starcze wdzięki. Dziennikarz Sylwester Latkowski usłużnie zapytuje na swoim blogu „Jak nisko jeszcze mogą upaść politycy w autopromocji?” Ach, ci nasi dziennikarze z ich instynktownym wyczuciem, skąd wieje wiatr, i starannie wypracowaną umiejętnością udawania idioty. Druga faza trwa, toteż Latkowski w żadnym razie nie odnosi swojego zdegustowania do Senyszyn, SLD, czy lewicy. On właśnie zdegustował się politykami w ogóle i to zdegustowanie ogłasza społeczeństwu na swoim blogu, by ono za jego przykładem i mocą jego dziennikarskiego autorytetu podzieliło to uczucie do całej klasy politycznej.

Klincz

W toku kolejnych, często wzajemnie niespójnych, medialnych akcji siłą rozpędu zostały utrwalone w świadomości społecznej kalki, które tworzą dziś dziwną układankę, nie zawsze zgodną tym, czego oczekiwaliby macherzy. Operują oni na materii, która – to jasne – nie jest dowolnie plastyczna. Na przykład utrwalił się od pewnego czasu schemat, że SLD nie można popierać, bo popieranie postkomunistów jest rzeczą wstydliwą. Na tym schemacie budowano poparcie dla PO jako dla partii, która rzekomo nie wchodzi we wstydliwe układy z postkomunistami, a jednym z zaklęć przeciwko PiS w ostatnich miesiącach stały się oskarżenia o współpracę z SLD. Doszło do tego, że postacie, dla których układ ma jakieś opcje, trzeba było medialnie wypreparować ze środowiska czerwonych, mam tu na myśli chociażby Jolantę Kwaśniewską czy Włodzimierza Cimoszewicza. Inną ciekawostką jest to, że nie udało się wypromować Libertasu czy SD – w tym przypadku oszustwa były szyte zbyt grubymi nićmi nawet dla najbardziej lojalnych i wyrozumiałych odbiorców mediów. W przypadku SD wyrachowanie takich polityków jak Piskorski czy Olechowski, zresztą nie tak dawno należących do wierchuszki PO, zbyt mocno rzucało się w oczy. Najsilniej lansowaną kalką jest oczywiście odrzucenie PiS, i to odrzucenie a priori, na zasadzie aksjomatu przyjętego bez dowodu. Stąd nieuchronnie musi pojawiać się takie zdanie jak w wywiadzie Olejnik ze Schetyną sprzed 2 dni, w którym Olejnik podsumowała zaniedbania rządu PO: „Jedyny wasz plus jest taki, że dla was nie ma alternatywy.” Świadczy to o żelaznym klinczu w jakim znajdują się dziś macherzy i ogłupione – lecz nie do końca – społeczeństwo. Z jednej strony utrwalono kalki, z których medialnym osobowościom trudno nagle wycofać się – PiS jest złe, popieranie SLD jest wstydliwe. Z drugiej strony już wiadomo, że nie przejdzie bezczelny kant z SD, a PO padnie z hukiem tym większym im dłużej medialna kroplówka jest do tego projektu podłączona, sztucznie podtrzymując poparcie.

Jaka jest właściwie świadomość elektoratu

Kilka dni temu serwer Blogpressa też stanął po stronie bad guys i pożarł moją dyskusję z Ckwadratem, który nie pierwszy raz z poświęceniem wziął na siebie niewdzięczną rolę advocatus diaboli, co umożliwiło sformułowanie kilku ważnych spostrzeżeń. W dyskusji tej Ckwadrat pesymistycznie ocenił, że miernota naszej dzisiejszej władzy jest odzwierciedleniem miernoty elektoratu. Arogancja, cynizm, pozerstwo to wszak cechy, które w wielu kręgach zapewniają towarzyski sukces. Ludziom tego pokroju może zaimponować Palikot czy cierpiący na jakąś wściekliznę Niesiołowski – osoby w niemałym stopniu odpowiedzialne za zdemolowanie debaty publicznej opartej o argumenty merytoryczne. Nie zgodziłem się z taką generalizacją, uznając, że proces powstawania w społeczeństwie określonych sympatii politycznych jest bardziej złożony. Mało tego, kierując się taką uproszczoną analizą, narażamy się na łatwe rozegranie przez układ. A i poczucie rezygnacji i bierności, które łatwo może pojawić się przy takiej interpretacji, też nie byłoby korzystne. A po stronie układu nastroje społeczne są niewątpliwie monitorowane przez sztaby analityków.

Myślę, że cała zabawa z analizą zbiorowej świadomości elektoratu polega na tym, że równie łatwo jest przecenić jego możliwości zrozumienia sytuacji politycznej, jak i tych możliwości nie docenić. Bez wątpienia mamy tu do czynienia z równaniem z wieloma zmiennymi i na szczęście żaden wynik nie jest z góry przesądzony. Gdyby było inaczej i pożądany wynik można było osiągnąć tylko i wyłącznie poprzez dostrojenie określonych parametrów tego równania, to by oznaczało, że demokracja straciła wszelki sens, a jedyną szansą na zmianę sytuacji są rozwiązania siłowe, jak to drzewiej bywało.

Tymczasem parametry równania będące pod kontrolą układu są naciągane do granic możliwości. Wspomniałem już o obrzydzeniu ludziom PiS metodą prania mózgu, a dalej o taktyce nazwanej przeze mnie roboczo drugą fazą, która polega na obrzydzeniu ludziom polityki w ogóle. Oczywiście do sporej części wyborców PO można z powodzeniem zastosować spostrzeżenie Ckwadrata. Są to ludzie, którzy legitymizują takie działania PO jak zamiana polityki w kabaret, kpiny z ludzi, którzy próbują nawiązać merytoryczną dyskusję, prowadzenie polityki, kierując się wyłącznie PR-em, ciągłe krętactwa. Grupa ta pokrywa się z fanami Kuby Wojewódzkiego, wszyscy oni operują wspólnym kodem kulturowym. Inna duża część wyborców doskonale rozumie układ polityczno-medialny, który ukształtował się w Polsce i będzie głosowała za tym układem, bo zwyczajnie ma w tym interes. Te 2 ostatnie grupy są także brane pod uwagę i maksymalnie motywowane do dalszego zainteresowania projektem PO. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te czynniki (parametry) są już mocno naciągnięte, a w powietrzu wisi jakaś zmiana.

Napisałem wyżej, że łatwo też nie docenić możliwości elektoratu. Prawdę powiedziawszy w dużym stopniu wszyscy popełniamy nieustannie taki właśnie błąd. Bo przecież elektorat to tak naprawdę my wszyscy. Właśnie my, którzy widząc szaleństwo Tuska i jego kolegów, powtarzamy naokoło wszem i wobec, że jesteśmy za Platformą, bo jakże inaczej, przecież SLD to czerwoni, a z Kaczorami to na Księżyc, więc tylko tę Platformę mamy, a ona jest taka nasza, swojska, przecież nie bez wad tak jak my sami. A jak zechcemy snobować się na oryginałów, to powiemy, że jesteśmy za UPR, bo Platforma to socjaliści, którzy tylko przybrali maskę liberałów, a SLD i Kaczory to socjalizm, którego wszak nie znosimy. No ale jak ktoś przyciśnie, to przyznamy, że Platforma a nawet SLD lepsze od PiS, bo przecież to partie mniej socjalistyczne. Elektorat to także my, którzy chcemy jakoś przeżyć, a normalnie w naszym biednym kraju przecież nie da się żyć. Kto nie kombinuje, ten całe życie klepie biedę. Więc może chcemy silnej Polski, ale nie jesteśmy pewni, czy gdy przyjdzie ten PiS i zaprowadzi ten swój upragniony porządek, żadnych przekrętów, to czy nie stracimy na tym za bardzo. A choć – w odróżnieniu od tych najbiedniejszych, którzy siedzą po części na garnuszku rodziców i nie są w stanie nic zaoszczędzić – mamy może już częściowo spłacone kredyty, stać nas w tym wszystkim na kochanki, to nagłe zmniejszenie dochodów może spowodować finansową katastrofę. Zatem może lepiej nie ryzykować. Polskę naprawimy innym razem. Wszystkie te ludzkie uwikłania oczywiście przekładają się na decyzje wyborcze tak lub inaczej, ale nie oznacza to, że można lekceważyć polityczne wyczucie ludzi te decyzje podejmujących, że wszyscy tak naiwnie wierzą w pierdoły, które opowiada Tusk, czy w bajki o złych Kaczorach, które chcą wprowadzić w Polsce dyktaturę. Jaką motywację mieli chociażby penitencjariusze zakładów karnych, którzy gremialnie zagłosowali na PO? Przecież nie kierowała nimi wiara w cud gospodarczy.

Dynamikę zmian świadomości społecznej w tej dekadzie nadała afera Rywina. Niedoceniany już dziś wpływ miała też chyba śmierć Jana Pawła II. Od tamtego czasu panuje chwiejna równowaga. Wiemy przecież, że zwycięstwo PiS i Lecha Kaczyńskiego w 2005 nie przyszło bynajmniej łatwo, do ostatniej chwili toczyła się walka o nieprzerwaną kontynuację Rywinlandu pod światłym i nowoczesnym przywództwem tandemu Tusk-Rokita. Częsty błąd w ocenie elektoratu polega także na tym, że wydaje nam się, że w ciągu zaledwie kilku lat i bez takich wstrząsów jak afera Rywina może dojść do zasadniczych zmian w elektoracie. Owszem, następna dekada będzie kierowała się już nową logiką, którą – oprócz podkładu, który dziś wypracowujemy – wyznaczą zmiany pokoleniowe, prawdziwy kryzys ekonomiczny i niepewna sytuacja międzynarodowa. Mamy więc od kilku lat praktycznie ten sam elektorat, a kolejne wyniki wyborów są efektem jedynie pewnych wahań nastrojów, szczególnej mobilizacji wspólnoty lub zręcznej inżynierii społecznej. W 2005 mieliśmy do czynienia z niezwykłą mobilizacją. Wielu ludziom – tym samym, którzy wcześniej głosowali na Kwacha i na kolejne projekty Michniksa – w tym jednym szczególnym roku wydało się, że to jest ten moment, gdy warto coś poświęcić dla dobra wspólnoty. Może na początku nie będzie lekko, ale razem będziemy w stanie zbudować uczciwe państwo, tak różne od tego zafundowanego przez wielkie okrągłostołowe oszustwo. Podtekstem wściekłego ataku na PiS po wyborach 2005 była chęć obrzydzenia ludziom takich myśli na przyszłość. Temu służyły takie medialne kreacje związane z Samoobroną i LPR, jak prowokacja TVN z Beger czy choćby sprawa Ferdydurke w zestawie lektur, którą tak mocno rozpalono społeczne emocje. Ale to nie wystarczyło, PiS miał nadspodziewanie dobre ostatnie tygodnie i przez kilka chwil przed wyborami 2007 układ był faktycznie zagrożony. Wtedy trzeba było uciec się do inżynierii społecznej i szczególnej mobilizacji części elektoratu – młodego, nieuświadomionego politycznie, lecz urobionego przez tę specyficzną dzisiejszą popkulturę. Temu służyła całkiem udana z marketingowego punktu widzenia akcja z obroną geja Tiky Winky, akcja „zabierz babci dowód” (babci! – przecież babcie i dziadków mają osoby dość młode, zwykle do dwudziestu paru lat), czy wreszcie wielka manipulacja z rzekomo społecznymi akcjami skierowanymi do młodego elektoratu typu „Zmień kraj. Idź na wybory” (Jak zmanipulowano wybory 2007 roku). Analitykom wiele mówią liczby związane z wyborami 2007 – frekwencja, bezwzględne poparcie dla określonych partii. Ale pozostaje faktem, że finisz, czyli ostatni tydzień, należał do Platformy, a na dodatek skala jej zwycięstwa była duża i raczej niespodziewana. Wieczór wyborczy i długie dramatycznie oczekiwane na pojawienie się słupków obrazujących takie wyniki miało kolosalne znaczenie psychologiczne. W blokowiskach widać było jak niecodziennie rozświetlone są późną porą mieszkania aż do ogłoszenia wyników mimo tego, że następny dzień był dniem pracy. W moim odczuciu to dopiero w tym momencie pękła ta wspólnota, która pozwoliła na zwycięstwo PiS w 2005 roku i dała duże szanse w 2007 roku, pomimo zabójczej mobilizacji elit przeciwko PiS, zgodnie z zasadą „wszystkie ręce na pokład”. Ludzie na gorąco nie analizowali szczegółowo wyników i przyczyn porażki. Po prostu zrozumieli, że cały ten wysiłek nie ma sensu, i tak nic się nie zmieni, nie warto grać na straconych pozycjach, stali się na powrót pragmatyczni, wspólnota pękła jak bańka mydlana. Chęć ostatecznego zdeptania wszelkiej nadziei była podtekstem narracji, którą najtrafniej tuż przed wyborami wyraził Radek Sikorski: „Jeszcze jedna bitwa, jeszcze dorżniemy watahy, wygramy tę batalię!”. Dorzynanie watah – to była przyczyna dość zaskakującego faktu, że kulminacja medialnej nagonki na PiS i prezydenta Kaczyńskiego przyszła po wygranych przez PO wyborach, o ile to jeszcze pamiętamy.

Dziś przypuszczam, że po dwóch latach rządów PO następuje powrót do stanu równowagi z czasów afery Rywina. Trudno będzie wykrzesać tego ducha prawdziwej nadziei na zmiany, jaka mimo braku politycznej stabilności i ostrego oporu ze strony układu towarzyszyła rządom PiS w latach 2005-2007. Plusem jest to, że dziś lepiej wiadomo, kto gdzie stoi. Wielu zostało zniechęconych do PiS, ale i wielu przyznaje dziś, że w 2005 głosowało na PO z niewiedzy. Jarosławowi Kaczyńskiemu zarzuca się ostre sformułowania, a układ stara się go ośmieszyć i zakrzyczeć, ale to dalekowzroczny polityk. Mówiąc o tradycji AK z jednej strony politycznej barykady, i tradycji ZOMO z drugiej strony, wyznacza istotne ramy dla trwającej walki politycznej, zasadniczo ułatwia intuicyjne zaklasyfikowanie jej różnorakich uczestników i nadaje tej walce właściwą rangę symboliczną. Choćby media nie wiem jak wyśmiewały ten podział i zaklinały rzeczywistość, to nie zdołamy już od niego uciec i bardzo dobrze. Nie chodzi tu bowiem o polaryzację sceny politycznej, w istocie to Tusk zaczął totalną wojnę z Kaczyńskimi, wojnę na wyniszczenie. Także Tusk odrzucał wszelkie próby nawiązania choćby nikłego porozumienia i współpracy. Chodzi o to, byśmy jako społeczeństwo dokonali ostatecznego wyboru. Takiego wyboru nie zapewnią żadne oszukańcze projekty polityczne na kilka lat, żadna inżynieria społeczna, najbardziej wymyślne hasła, spoty, najmądrzej napisane programy, których nikt nie czyta, żadni mistrzowie ciętej riposty w telewizji. Ale dobrze zdefiniowane odniesienia do sfery symbolicznej mogą umożliwić dokonanie takiego wyboru. Jeśli faktycznie większość z nas to ci, którzy uważają Jaruzelskiego za bohatera, Kiszczaka za człowieka honoru, Kuklińskiego za zdrajcę, powstanie warszawskie tylko za tragiczną pomyłkę, a pamięć o Katyniu za przeszkodę w unormowaniu stosunków polsko-rosyjskich, a także ci, którzy nie płakali po papieżu, to wtedy może przyjdzie ten czas, by pogodzić się z ostatecznym przedefiniowaniem projektu Polska, a może i jego zamknięciem w nieodległym terminie. Dziś jednak mamy czas, gdy próby przywrócenia naszej historii do powszechnej świadomości znajdują szeroki oddźwięk, istnieje wręcz pewien głód wiedzy na ten temat, a to dobry znak. Jeśli jesteśmy przy sferze symbolicznej, to jak ładnie zawołanie Sikorskiego o dorzynaniu watah komponuje się z piosenką Okudżawy/Kaczmarskiego Obława i jak potwierdza to diagnozę Kaczyńskiego, jeśli idzie o pozycje, jakie zajęli poszczególni politycy w dzisiejszej politycznej wojnie.